„Interstellar” razy dwa

Po raz kolejny w dziale filmowym toczą się Gwiezdne Wojny! „Interstellar” dzieli publiczność na całym świecie, podzielił także nas i nasze mikrośrodowisko filmoznawców-pasjonatów. Prezentujemy Wam dwie różne opinie o nowym dziele Christophera Nolana.

PS. To tylko przypadek, że w obu filmach zagrał Matthew McConaughey (KLIK!).

Interstellar ulotki

fot./ Michał Twardowski

Michał Twardowski o filmie:

interstellat michałChristopher Nolan – to brzmi dumnie. Nazwisko brytyjskiego reżysera niezmiennie kojarzy się z kinem realizacyjnej perfekcji i angażującej emocjonalnie opowieści. Obecnie „Nolan” to marketingowe słowo-klucz, przepis na spektakularny sukces filmu, który staje się hitem zanim ktokolwiek zdąży go obejrzeć. Nie ma co się dziwić: ktoś, kto eksperymentuje z formą, a w dodatku podoba się masowej publiczności, zadowala wszystkich. Czy jednak na pewno? Już przy „Incepcji” pojawiały się głosy, że film wybitny technicznie nie oferuje nic poza swą warstwą wizualną. „Mroczny Rycerz powstaje” potwierdził opłacalność inwestycji w nazwisko Nolana, lecz zawiódł rzeszę fanów łaknących rewolucji, którzy otrzymali film hollywoodzko spacyfikowany. Nadszedł „Interstellar”. Czy Nolan poszybuje w gwiazdy glorii, czy spadnie na ziemię wraz z modułem odłączonym od promu przy starcie?

Ani to, ani to – pozwólmy mu spokojnie orbitować wokół niebieskiej planety. Aż dziw bierze, że dopiero teraz Nolan nakręcił film science-fiction. Z jego realizatorskim talentem i zainteresowaniem ludzkim postrzeganiem rzeczywistości już dawno powinien opowiadać o międzygwiezdnych podróżach i piątym wymiarze. Trzeba przyznać, że Nolan pasuje do sci-fi (lub na odwrót). Jego opowieść o Cooperze (Matthew McConaughey), niespełnionym kosmonaucie w świecie przyszłości, w którym ludzkość zagrożona jest epidemią głodu, jest piękna w swej prostocie. Wielką zasługą brytyjskiego reżysera w „Interstellarze” jest to, że odrzuca blichtr i barokowe piękno na korzyść meczu bejsbola w tumanach duszącego pyłu, pożegnania ojca z córką czy kosmicznej ciszy. Science-fiction nie jest tutaj czymś wydumanym, oddalonym o setki lat, ale bliskim, zwyczajnym, choć nieokreślonym. W tym sensie „Interstellar” jest bardzo charakterystyczny dla twórczości Nolana – mamy uwierzyć w tę historię, jakby miała wydarzyć się naprawdę.

Trzeba się pogodzić z tym, że brytyjski twórca jest teraz hollywoodzkim pewniakiem, który ma zdobywać dolary. Stąd w „Interstellarze” miłość jako fizyczna względna ratująca wszechświat, przyspieszone kursy naukowe dla widza ukryte w dialogach i finał wyglądający jak interwencja „happyendowego” cenzora. Pozostaje jednak poruszające aktorstwo, znakomita muzyka Hansa Zimmera oraz zdjęcia, które wyglądają tak pięknie, jakby Nolan i Hoyte Van Hoytema przemierzyli cały kosmos z kamerą. Po raz kolejny zachwyciła mnie umiejętność brytyjskiego reżysera do programowania z matematyczną dokładnością tempa filmu i momentów, kiedy z nadmiaru napięcia wyrywamy oparcia z kinowych foteli. „Interstellar” nie jest pozbawiony błędów, niepotrzebnego patosu czy nieścisłości fabularnych. Dla mnie jest jednak świetnym odświeżeniem filmowego science fiction, historią pełną emocji i zapewniającą wiele nowych wrażeń. Aż chce się krzyknąć w niebo po skończonym seansie: „Piąty wymiarze! Przybywamy!”.

interstellar1

fot./ Michał Twardowski

Patrycja Mucha o filmie:

output_XSJNyMJak zachować umiar przy tworzeniu filmu, mając do dyspozycji budżet tak duży, że w Polsce wystarczyłby na zrealizowanie co najmniej dwudziestu produkcji? Wygląda na to, że jest to niewykonalne. Każdy, kto w łapy dostaje „gruby hajs”, przepada wraz ze swoimi artystycznymi postulatami. Christopher Nolan i jego (czyżby?) „Interstellar” są tego najlepszym przykładem, i nie ma znaczenia to, że jest to hollywoodzki reżyser blockbusterów. Ostatecznie „nie płakałam, jak oglądałam”, bo już od pierwszych minut filmu wiadomym było, w jakim kierunku sprawa się potoczy: wielka pompa, wielki kosmos, wielkie chwile, wielcy ludzie, ogólnie wszystko bardzo duże. I nie ma sprawy, bo takie filmy też są potrzebne i też bywają dobre, ale Nolan chyba nie wiedział, co zrobić z danymi mu 180 minutami czasu, więc połączył ze sobą „2001: Odyseję kosmiczną”, „Obcego”, „Grawitację” i (to porównanie od razu rzuca się w oczy, zwłaszcza za sprawą odtwórcy głównej roli, Matthew McConaugheya) „Kontakt”.

Ponieważ w „Interstellarze” połączono szereg wątków, przedstawiono wiele relacji międzyludzkich i rozciągnięto je w czasie na całe trzy godziny, trudno było o identyfikację z którymkolwiek z bohaterów, co w efekcie spowodowało, że los ich wszystkich był mi niemal obojętny. Cooper i cała gromadka nie obchodziła mnie nawet w połowie tak, jak losy postaci w „Pacific Rim” czy potyczki wielkiego Godzilli. Nie można natomiast odmówić twórcom wykonania dobrej roboty jeżeli chodzi o „inscenizację” (jakkolwiek staromodnie by to nie brzmiało) – jest w tym filmie kilka scen, których realizacja zapiera dech w piersiach: jazda jeepem wśród pól kukurydzy, finałowe dokowanie czy sceny na pierwszej planecie, na którą dociera załoga Endurance. Jednak pomiędzy wielkim widowiskiem a małymi dramatami ludzkimi rozciąga się wielka, niczym nie wypełniona czarna dziura. Brakuje zatem tego, co spoiłoby w jakiś sposób te dwa, tak dalekie od siebie światy – autorskiej wizji. W nowym filmie Nolana zabrakło Nolana i nikt nie przekona mnie, że jest inaczej. „Interstellar” jest w mojej opinii marki „no name”. Zniknął mrok i ciemne zakamarki ludzkiej duszy, obsesje i labirynty, a pozostał realizacyjny rozmach i refleksja momentami ocierająca się o banał.

Być może jestem idealistką, ale od autorów wymagam autorskich rozwiązań stylistycznych, których w „Interstellarze” mi zabrakło. Nie będę jednak Nolana spisywać na straty, bo zwykle jest w stanie wcisnąć mnie w fotel, a każde potknięcie (bo jego najnowsze dzieło to nie jest znowu jakaś katastrofa) może być dobrą nauką na przyszłość. Rozpatrując „Interstellara” jako widowisko, nie można mu wiele zarzucić, ale scenariusz bogaty w luki, konstrukcja postaci płytkich i nieangażujących emocjonalnie widza oraz brak reżyserskich szwów wyrównują rachunek zysków i strat. Dostaliśmy od Nolana prezent ładnie zapakowany, ale raczej pusty w środku.

Film można obejrzeć w Cinema-City:

ccPoczujMagie_600x100

 

korekta: Paulina Goncerz