Jak wdałam się w jesienny romans

zadura_okKiedy dostałam do ręki tomik wierszy Bohdana Zadury o wdzięcznym skądinąd tytule Kropka nad i, zdałam sobie sprawę, że kompletnie tego pana nie znam i nigdy o nim nie słyszałam. Poniżej moje wrażenie z naszego pierwszego spotkania. Dość intymnego, bo bez ceregieli: słowa poety wryły mi się w mózg, i, jak na razie, to najbardziej obiecujący romans mojej jesieni.

Jak przed każdym spotkaniem, mającym miejsce w wieku XXI, w erze fejsbuka i wszędobylskich łączy, wygooglowałam mojego towarzysza i doznałam rozczarowania, bo artykułów było mało, zdjęć też niewiele, a na każdym dość sympatyczny starszy pan o siwych włosach, w okularach bądź bez, często z papierosem, w golfie lub kamizelce à la rybacka. Biegły tłumacz języka rosyjskiego, ukraińskiego, angielskiego i węgierskiego, para się krytyką literacką, prozą i poezją, jest też od 2004 roku redaktorem naczelnym Twórczości. Przy jego nazwisku mało jest uniesionych kciuków (261); nawet przy Hoffmanowym Bohunie jest więcej (ponad 2000).

Otwieram tomik i nie wiem, czemu tych lajków tak mało.
Nie wiem, dlaczego nie kazano mi go czytać w szkole (ale może to i lepiej?), a zamiast tego katowano mnie poezją Stachury, która jest odpowiednia tylko przy ognisku, z gitarą w ręce i śpiewem na ustach.

Wiersze Zadury to wnikliwa obserwacja rzeczywistości, przeprowadzona wprawnym okiem, uchem i piórem niezwykłego mężczyzny; rzeczywistości internetowej, w której młode wierne szukają Boga na Twitterze, pisuje do nas minister zdrowia, na kolorowych ulotkach, dostarczanych pod same drzwi, a o nasze zdrowie troszczą się serwisy internetowe. Egzystujemy w warunkach kłamliwej czasoprzestrzeni, gdzie reklamy nigdy się nie kończą, chyba że jest to Eurosport – tam możemy oglądać Australian Open, podczas którego osią są sutki Serbki – intrygująco pojawiające się i znikające. Cała reszta to stos tabletek, smartfonów, banków, ubezpieczeń, samochodów, „jakbyśmy byli / tego warci” (Dlaczego kłamią).

Nie zabraknie tu rozmyślań nocą, a dokładnie o trzeciej nad ranem, którą od dzisiaj będę nazywać myśleniem „(…) o nas / i o nich / i o was / i o niej / i o nim / i o tobie” (Roztrojony). Dołączy więc do mojej osobistej czołówki: o czwartej króluje czarny blues Starego Dobrego Małżeństwa, a z Szymborską modlę się o piątą, jeżeli mam dalej żyć.

W niektórych miejscach zdania układają się w swoisty dziennik, w którym poeta rozlicza się z udziałowcami własnego zawału (Bilans), dokumentuje pobyt w szpitalu i okoliczności pierwszego ataku serca, co jest prawdziwym majstersztykiem, suchym i celnym. A przy tym makabrycznie zabawnym. Starość jednak to nie tylko kwestie zdrowotne, ale również przywoływanie wspomnień dawnych miejsc, spotkań i rozmów, jednakowoż bezimiennych (ach, ta pamięć). Jasnym znakiem, że nadeszła, jest też zdziwienie będące reakcją na to, że ktoś (o połowę młodszy), chce rozmawiać z poetą o pomyśle na życie, podczas gdy ten kolejny raz ogląda te same filmy – bo dopiero pod koniec orientuje się, że już je kiedyś widział.

Znajdziemy tu też chyba najbardziej rzeczową, bolesną i prawdziwą relację z Majdanu (Hotel Ukraina), oczyszczoną z telewizyjnego przekazu, idiotycznych haseł oraz masy niezidentyfikowanych ofiar, które są tylko liczbami.

To wszystko: ta lekkość, złośliwość i brak rymów, zasługuje już na moje wieczne uwielbienie dla poety. Jednak moją miłość i wierność pozyskał smakowitą zabawą słowem w krótkich wierszach, a w zasadzie wersach, porozrzucanych tu i tam.

Pars pro toto – gdybym poznała go w szkole, raz na zawsze nauczyłby mnie, czym jest synekdocha, a Reprezentatywność latem jest najkrótszym podsumowaniem stanu polskiego sportu, zachwycającym oszczędnością słów, nawet takiego laika jak ja.

I na sam koniec, w formie zachęty i przynęty, przedstawiam wiersz, który zostanie ze mną już na długo, myślę, że na zawsze:

Wiersze miłosne

powinny być pisane
(i czytane)
brailem

B. Zadura: Kropka nad i, Biuro Literackie, Wrocław 2014.

Aleksandra Gepert