High Five! Big moments

Dech zaparty w piersiach, łezka w oku lub obfity płacz – to najczęstsze reakcje na wielkie filmowe momenty. Wydawać by się mogło, że my, filmoznawcy i kinofile, nie damy się nabrać i nie pozwolimy, by twórca filmu nami manipulował. A jednak każdorazowo wpadamy jak śliwka w kompot, denerwując się gdy mimowolnie jesteśmy wzruszeni bądź coś nas zachwyca. Emocje zawsze biorą górę. Przedstawiamy Wam zatem nasz (jak zwykle subiektywny) wybór „big moments” i skrycie liczymy na to, że i Wy czujecie się podobnie podczas oglądania tych scen.

high five_polecane


Michał Twardowski krzyczy razem z Tomem Hanksem: „Wilson! Wilson! WILSON!” w „Cast Away – poza światem” / Cast Away:

Film Roberta Zemeckisa z 2000 roku nie jest może najlepszym dziełem w karierze tego twórcy, tak jak i opisywana scena – w której grany przez Hanksa Chuck Noland musi wybrać między swym okrągłym przyjacielem a powrotem na tratwę – nie jest najsłynniejszym momentem w historii kina. Lecz dla mnie obraz wynędzniałego człowieka żyjącego przez kilka lat na bezludnej wyspie, który niemalże poświęca swe życie dla jedynego towarzysza – brudnej, zakrwawionej piłki ze sterczącymi z niej chaszczami – jest jednym z najbardziej tragicznych i wzruszających obrazów, jakie widziałem. Kiedy po wielkiej burzy Chuck budzi się na zdemolowanej tratwie, wiemy, że coś jest nie tak. Wilson odpływa w milczeniu. I choć Noland – pomimo ogromnego zmęczenia – próbuje do niego dopłynąć, nie jest w stanie skrócić dzielącego ich dystansu. I wtedy zaczynamy płakać. Chuck musi wracać na tratwę, a my słyszymy delikatną, melancholijną melodię i widzimy kołyszącą się na falach piłkę, głośno pociągając nosem. Rozpacz nadchodzi, gdy Noland krzyczy: „Wilson, I’m sorry!”. Przyjaciel odpływa, a my przestajemy wstydzić się łez, rycząc już na całego. Tylko burak bez empatii nie zapłacze, gdy Wilson znika na horyzoncie. Żegnaj, Wilson! Naprawdę, bardzo nam wszystkim przykro.

By obejrzeć scenę KLIKNIJ TU!

cast away materiały prasowe

fot./ materiały prasowe


Patrycja Gut roni łzę nad losem mamy „Bambiego”:

Chyba każdy z nas, oglądając „Króla Lwa”, płakał jak bóbr, gdy umarł ojciec Simby. Nikt już jednak nie pamięta wstrząsającej w swej prostocie sceny śmierci matki małego Bambiego z filmu z 1942 roku. Historia jelonka, który został sierotą i nagle musiał stać się dorosły, była ulubioną opowieścią Walta Disneya, przez co osobiście czuwał nad jej produkcją i dbał o to, by jak najbardziej realistycznie ukazano leśne zwierzęta o niepowtarzalnych osobowościach – jak Tuptuś czy Kwiatek.
Mamę Bambiego poznajemy przy narodzinach jej maleńkiego książątka. Stawia przy niej pierwsze kroki i chowa się za jej bokiem przed burzą. To ta piękna łania uczy go, jak zachowywać się w lesie, co to jest śnieg i dlaczego musi uważać na człowieka. W ponurej, zimowej scenerii, gdy matka z synem idą zjeść pierwszą przebijającą się przez śnieg trawę, coś wywołuje niepokój łani. Z desperacją w głosie każe uciekać Bambiemu do lasu, a tymczasem do uszu widza dobiega brutalny dźwięk strzału. Nie musimy nic widzieć, by domyślić się, co się stało. Nie wie tego jednak mały jelonek, który rozpaczliwie woła swoją mamę. Serce się kraja, a na domiar złego przybywa ojciec Bambiego, który bez zbędnych ceregieli oznajmia mu, że jego matka już nie wróci. Nic tylko płakać. Obraz wielkiej łzy spływającej po pyszczku jelonka pozostaje w pamięci na długo. Śmierć matki odcisnęła piętno na życiu Bambiego, ale jej duch wciąż towarzyszył mu na każdym kroku.
Pamiętajmy więc o niej, bo jej śmierć była jedną z pierwszych tragicznych chwil, jakie ukazano w animacjach Disneya. Mufasa stratowany przez rozpędzone antylopy nie był pierwszym umierającym w bajce rodzicem. Mama Bambiego, która osierociła urokliwego jelonka, wywołując potok moich łez, pojawiła się na ekranach kin na długo przed potężnym lwem.

By obejrzeć scenę KLIKNIJ TU!

Bambi materiały prasowe

fot./ materiały prasowe


Serce Gaby Bazan zastyga na chwilę podczas wielkich momentów w „Przeminęło z wiatrem” / Gone with the wind:

Wielkie filmowe momenty to coś więcej niż ważna (często kulminacyjna) dla danej fabuły scena. Są to fragmenty, które przeszły do historii kina i – oderwane od filmu – żyją własnym życiem. Warto tutaj wspomnieć między innymi o „Pancerniku Potiomkinie” i sławetnej scenie na schodach odeskich. Nie o dziele Eisensteina jednak będzie tu mowa, a o innej produkcji wpisującej się w kanon klasyki filmowej, mianowicie: „Przeminęło z wiatrem”.

Tylko w tym jednym dziele można naliczyć kilka wielkich scen. Do tej pory, gdy widzę Rhetta Butlera mówiącego „Frankly, my dear, I don’t give a damn” (KLIK!), serce na moment mi zastyga. Nie ten fragment jednakże postanowiłam wybrać.

Big moment „Przeminęło z wiatrem” to genialna scena, która ściska za wszystkie wnętrzności jednocześnie: chwila, w której główna bohaterka, Scarlett O’Hara, wraca na rodzinne włości i klęcząc przy drzewie, obiecuje sobie, że nigdy już nie będzie głodna (KLIK!). To scena w pięknym anturażu – zachód słońca, wzniosła muzyka i cudowna Vivien Leigh. „Przeminęło z wiatrem” oglądany po raz setny to zdecydowanie niezawodny wyciskacz łez. Pomimo upływu czasu (bo nie można zapomnieć, że film za kilka lat będzie obchodzić swoje 80. urodziny) nie stracił na wydźwięku, jak to zdarzało się z niektórymi produkcjami tamtych czasów. Kolejne pokolenia poznają tę filmową klasykę i płaczą rzewnymi łzami razem ze Scarlett O’Harą.

By obejrzeć scenę KLIKNIJ TU!

przeminęło z wiatrem materiały prasowe

fot./ materiały prasowe


Marta Rosół przeżywa najlepszy czas oglądając Dirty Dancing (nie piszemy polskiego tytułu z oczywistych względów):

Nie lubię wielkich momentów. Jakieś to wszystko przerysowane, nadęte. Pościgi, bijatyki, wybuchy – życie nie składa się z wielkich wydarzeń. Wręcz przeciwnie! Życie to wypadkowa małych, prawie niezauważalnych momentów (piszę jak Paulo Coehlo…).
Myśląc o wielkich chwilach w filmach, miałam w głowie pustkę. Do czasu. Pomyślałam: „dlaczego nie potraktować tego przewrotnie”? Dla mnie takim wielkim momentem jest chwila, gdy Johnny unosi na swoich ramionach (a ramiona ma piękne) drobną i uroczą Baby. Upragniona figura taneczna w końcu zostaje wykonana, a oni, szczęśliwi i zakochani na przekór całemu światu, mogą próbować zmierzyć się z dalszym życiem i trudnościami, jakie przed nimi staną.
Mimo że cała ta sytuacja jest również przerysowana, przesłodka i w ogóle „prze”, to chyba właśnie o to chodzi. Wstrzymujesz oddech razem z bohaterami, chcesz, żeby się im udało, kibicujesz im, po cichu śpiewając „Now I’ve had a time of my life”. A jeszcze ciszej marzysz, żeby taki Patrick Swayze Ciebie też uniósł wysoko.

By obejrzeć scenę KLIKNIJ TU!

Dirty dancing materiały prasowe2

fot./ materiały prasowe


Patrycja Mucha śpiewa wszystkie piosenki Britney w trakcie seansu Spring Breakers:

Wielkie filmowe momenty to sceny, w których „kinowość” sięga zenitu. Chwile wzruszeń, płaczu, pisków i westchnień. Nie znajdziemy ich w każdym filmie i nie każdemu reżyserowi udaje się je zgrabnie wpleść w fabułę tak, by wywołać palpitacje serca w trakcie seansu. A jednak są takie sceny, które na dekady zapadają w pamięć.

Śmierć Mufasy czy utonięcie Jacka w „Titanicu” to przykłady nader oczywiste, choć są to chwile doniosłe i generujące wiele uczuć. Dla mnie jednak filmowym majstersztykiem jest scena tańca trzech blondynek w kominiarkach do wyśpiewanej przez Jamesa Franco piosenki „Everytime” – to kwintesencja momentu, który staje się wizytówką dla całego dzieła. Sam film (a mowa o genialnym „Spring Breakers”) nie został odpowiednio doceniony, ale widok hulańców nastolatek z bronią w ręku, przeplatany ujęciami napadów rabunkowych zrealizowanych w slow motion, zapiera dech w piersiach nawet największym przeciwnikom dzieła Harmony Korine’a. Toż to istna perfekcja i to zrealizowana całkiem na serio! Muzyka blond Britney zresztą nieustannie towarzyszy bohaterkom filmu, będąc doskonałym kontrapunktem dla tej wizualnej doskonałości.

By obejrzeć scenę KLIKNIJ TU!

spring breakers materiały prasowe

fot./materiały prasowe