„Od Artauda do Homera” czyli polsko-włoskie warsztaty teatralne

Jeśli w ostatnim tygodniu lipca komuś zdarzyło się przejść korytarzami Teatru Śląskiego, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że spotkał tam piękną Afrodytę, mędrca Nestora, nabuzowanego Posejdona czy honorowego Patroklesa.

fot. K. Lisiak

fot. K. Lisiak

Postacie z „Iliady” Homera zmartwychwstały po blisko trzech tysiącach lat, a to za sprawą włoskiego reżysera, autora ponad siedemdziesięciu sztuk teatralnych, Waltera Revello. W ramach międzynarodowej współpracy między katowickim teatrem a Teatro Araldo (Stowarzyszenie Barbari Invasori) z Turynu, odbyły się polsko-włoskie warsztaty. Finał zajęć zwieńczyła sztuka „Iliada – od Artauda do Homera” wystawiona na Scenie w Malarni, złożona z 15., w większości improwizowanych, scen. Spektakl mógł zobaczyć każdy, natomiast to, co działo się za kulisami, było widoczne tylko dla wąskiego grona.

Jak to wszystko wyglądało od strony zaplecza?

Nie było wśród nas zawodowych aktorów. Każdy posiadał większe lub mniejsze doświadczenie sceniczne. Abyśmy mogli oddać role w jak najbardziej wiarygodny sposób, reżyser przeprowadzał wiele ćwiczeń, by sporządzić jak najdokładniejszy portret psychologiczny każdego z nas. Wszystko skrupulatnie zapisywał w swoim zeszycie z obrazami Tamary Łempickiej na okładce. „Powiedz swoje imię w sposób, który oddaje twoją osobowość; Zwierzę, kolor, który najbardziej do ciebie pasuje; miejsce, w którym chciałbyś się znaleźć” to niektóre z pytań, na które musieliśmy odpowiedzieć przy wszystkich, aby jak najlepiej się wzajemnie poznać, a także dostarczyć Walterowi niezbędnych informacji. On sam udzielał informacji na własne pytania.

Wiele rozmawialiśmy o Iliadzie, o problematyce utworu, o psychologicznych portretach jego najważniejszych bohaterów. Kolejne zajęcia związane były z pogłębianiem osobowości postaci, jednak skupialiśmy się maksymalnie na dwóch, trzech z nich, by nie ominąć żadnego szczegółu. Koncepcja teatru okrucieństwa (posłużyła do przedstawienia Iliady) Antonina Artauda mówi, aby ukazać rzeczywistość nie taką, jaką ją widzimy, ale wyciągnąć z niej esencję, a następnie przenieść ją na scenę. Słowa schodzą na boczny plan. Umowność, symbolika, ruch stanowią podstawę. Każdy dźwięk staje się muzyką, a podział między aktorami a publicznością nie istnieje. W celu dokładniejszego zrozumienia tej teorii, wykonywaliśmy szereg ćwiczeń związanych z ruchem. „Zamknij oczy, nie ruszaj się z miejsca i stań się muzyką”. Stań, nie tańcz do niej. Niektórzy z nas przechadzali się po sali, udając smak czekolady, tornado, przeobrażali się z ugotowanego jajka do surowego, by finalnie powrócić do wyjściowego stadium, czy też zwyczajnie przejść na drugi koniec pomieszczenia, pamiętając o tym, że w połowie drogi nagle odpada ci penis. Typowy świat włoskiego reżysera.

fot. K.Lisiak

fot. K.Lisiak

„Teraz ułóżcie się w wygodnej pozycji. Puszcze wam muzykę, a wy wyobraźcie sobie, że wykluwacie się z jajka i w ciągu trzech minut musicie przejść wszystkie etapy waszego życia – od bycia pisklakiem do śmierci.” Byliśmy zdani na własne poczucie czasu. Gdy muzyka się zatrzymywała, każdy zastygał w swojej pozie. „Ile masz lat?”, padało pytanie. Niektórzy skończyli siedem, inni czterdzieści, były wśród nas także trupy. To pokazało nam wszystkim, jak różnie ludzie potrafią odczuwać czas, w jakim tempie przeżywają uczucia, gdy pozostają sami ze sobą. Zamykanie oczu podczas większości ćwiczeń pozwalało każdemu pozostać samemu w swoim własnym, wewnętrznym świecie, odizolować się od sugestii innych, ukazać esencję siebie, a przecież o to chodziło Walterowi. Taka separacja nie trwała tylko chwilę. Całe warsztaty stały się synonimem odcięcia od świata. Zamknięci w teatrze od porannych godzin, spędzaliśmy ze sobą całe dnie do późnego wieczora, a zdarzało się, że i do białego rana. To pozwalało na wytworzenie silnych więzi między uczestnikami w bardzo krótkim czasie. Szybko przekształciliśmy się w rodzinę, stworzoną przez jedną osobę, która nadała nam ten sam cel i stan umysłu.

Jak wcześniej wspomniałem, większość scen nie była całkowicie wyreżyserowana. Nasz realizator, jak sam podkreślał, miał wszystko zaplanowane w głowie, zanim przyjechał do Polski, ale tworzenie kolejnych sekwencji nie opierało się na zasadzie „ty stań tu, a ty chodź w kółko”. Opracowanie każdej poszczególnej części poprzedzały długie wyjaśnienia Waltera, a następnie burza mózgów całej grupy. Każdy, kto miał jakikolwiek sposób na przedstawienie całej sceny czy choćby wykonania najmniejszego motywu, mógł go pokazać, a wręcz wskazane było, by to uczynił. W efekcie wszystkie partie stanowiły wypadkową pomysłów uczestników, a reżyser wyciągał
z nich esencję. Proces twórczy nie był zmonopolizowany przez Waltera. Wszyscy mogli przedstawić swoje obiekcje i to właśnie sprawiło, że każdy czuł się ważny i zaangażowany w sztukę, nie zważając na to ile razy pojawiał się na scenie. Wszyscy staliśmy się jej twórcami. Jednak reżyser dbał, aby Iliada została ukazana jak najbardziej realistycznie. Tekst Homera to wzorzec nie do zachwiania. Zdarzało się, że proponowane idee odrzucano, ze względu na choćby minimalne niepokrywanie się z utworem.

Całość warsztatów charakteryzował przede wszystkim balans między atmosferą pracy i przyjaźni. Precyzja w ukazywaniu faktów, dogłębne wnikanie w umysły postaci złożyły się na rozbudowany proces twórczy, który po kolei wciągał każdego uczestnika w wizję Waltera Revello i starożytny świat Homera. Przedstawienie, ale przede wszystkim warsztaty, dały wyraz tego, jak słowo niewiele znaczy na scenie. Ruch i symbolika stanowią trzon całego przekazu. Mowa je tylko wspomaga.