„Coca-Cola, szminka, Ringo”, czyli niech żyje psychodela!

Każdy przynajmniej kilka razy w życiu miał problem z brakiem weny. Godzinami ślęczał nad pustą kartką lub wpatrywał się w mrugający kursor na ekranie komputera, co doprowadzało do rozpaczy: czy to pisząc życzenia urodzinowe, list miłosny, klasówkę czy zmorę wszystkich studentów – pracę licencjacką. Z podobnym problemem boryka się bohater filmu „Frank”, Jon Burroughs (Domhnall Gleeson), którego nazwisko wydaje się zobowiązywać do posiadania lekkiego pióra. Jednak ów młody rudzielec przy każdej próbie napisania piosenki kończy na dwóch słabych wersach. Marzy o wielkiej sławie muzyka, a czysty przypadek sprawia, że to marzenie może się ziścić.

frank materiały prasowe

fot. /materiały prasowe

Jon trafia na zastępstwo do zespołu, którego nazwy nie da się wymówić: The Soronprfbs. Grupa ta jest (łagodnie rzecz ujmując) ekscentryczna, głównie ze względu na wokalistę Franka (Michael Fassbender). Przez cały czas nosi on wielką, sztuczną głowę z papier-mache. A co w niej siedzi? Dziwaczne teksty piosenek (jak ten, który posłużył mi za tytuł recenzji) i innowacyjne metody tworzenia muzyki. Równie ciekawa jest Clara (Maggie Gyllenhaal), indywiduum o oryginalnym image’u, która wydaje z siebie nieartykułowane dźwięki i z pasją uderza w instrumenty. Całości dopełnia dwoje francuskich gothów grających na perkusji i gitarze. Brakowało im jedynie klawiszowca, na którego miejsce wskoczył Jon – przeciętny urzędnik z wielkimi ambicjami.

frank materiały prasowe2

fot./ materiały prasowe

„Frank”, rodem z festiwalu Sundance, jest filmem niszowym, nie trafi więc w gusta masowej publiczności. Mnie zaintrygował ze względu na fakt, iż Fassbender został w nim pozbawiony głównego narzędzia pracy aktora, czyli mimiki. Jednak poradził sobie bez niej znakomicie, kreując pełnokrwistą postać z dużym poczuciem humoru i wyobraźnią, mającą po prostu „to coś”, co zdoła zahipnotyzować widza. Franka można by opisać jednym zdaniem: „ma łeb jak sklep, tylko na półkach niepoukładane”.

frank materiały prasowe4

fot./ materiały prasowe

Filmu w reżyserii Leonarda Abrahamsona nie da się jednoznacznie zaszufladkować jako czarnej komedii, ponieważ jest on dużo bardziej złożony i skomplikowany, zarówno pod względem gatunkowym, jak i tematycznym. Podejmuje problematykę relacji międzyludzkich w środowisku artystycznym, w którym grupa indywidualistów próbuje coś stworzyć. Dotyka również kwestii sposobów zdobywania sławy. Dawniej, by zaistnieć, trzeba było być dobrym, oryginalnym, ale przede wszystkim grać dużo koncertów i bywać gdzie się tylko da. The Soronprfbs brakuje siły przebicia, więc nie są sławni. Są grupą awangardową, którą ogląda się z ciekawości, a nie zamiłowania do muzycznych eksperymentów. Gdy na kompletnym odludziu rozpoczynają pracować nad albumem, Jon zaczyna opisywać swoją przygodę na Twitterze, gdzie zamieszcza nagrania kolejnych prób. Czy wystarczą Youtube i twity by trafić do szerszej publiczności?

Michael Fassbender as Frank

fot./ materiały prasowe

Film jest ciekawy ze względu na kreację postaci, klimatyczną, psychodeliczną muzykę, groteskowe sceny, z których absurd tryska litrami i bawi do łez. Najciekawszy jest jednak fakt, iż Frank istniał naprawdę! Stworzył go komik Chris Sievey, który ze sztuczną głową grał swoje dziwaczne utwory i robił show w programach telewizyjnych, wzbudzając sensację w latach 80-tych. Osobiście stałam się fanką Franka Sidebottoma (KLIK!), a film inspirowany jego historią jest godnym hołdem dla jego pamięci.

Tym, co lubią podglądać, jak powstaje muzyka i czują abstrakcyjny humor, polecam posłuchać Franka i The Soronprfbs. Nie warto jednak wsłuchiwać się w słowa piosenek (choć po angielsku wszystko brzmi lepiej). Miejcie się jednak na baczności – podobno po jakimś czasie „każdy chce być jak Frank”, a ilość głów z papier-mache jest ograniczona!

Nasza ocena: 4/5

Nasza ocena: 4/5