NOS Primavera Sound – 5-7 czerwiec 2014, Porto

NPS14_Logo_PositivoJeśli do tej pory nie wiedzieliście, gdzie Artur Rojek podpatruje kandydatów na każdą edycję OFF Festivalu, to śpieszę z odpowiedzią. Primavera (jeśli wywołało to głównie skojarzenie z wodą mineralną, składam wyrazy współczucia). Od lat obiecywałem sobie, że polecę w ostatnim tygodniu maja do słonecznej Barcelony posłuchać na żywo tuzów niezależnego grania na najsłynniejszym europejskim festiwalu muzyki alternatywnej. Zawsze jednak coś stawało na przeszkodzie. W tym roku było inaczej. Miałem wszelkie środki, czas i chęci, aby obrać kurs na Katalonię. Postanowiłem zatem… zrezygnować z tego pomysłu. A to dlatego, że na horyzoncie pojawiła się kusząca alternatywa w postaci NOS Primavera Sound, czyli młodszego rodzeństwa hiszpańskiego festiwalu, organizowanego po raz trzeci w Porto.

Argumenty za wyborem Portugalii były bardzo mocne. Skromniejszy, czyli mniej wyczerpujący fizycznie line-up, składający się z 50 artystów, w tym z większości gwiazd barcelońskiej edycji (brakowało chyba jedynie Queens of the Stone Age, których koncert na szczęście zaliczyłem rok temu, oraz Arcade Fire i Nine Inch Nails). Przede wszystkim jednak dzięki uprzejmości organizatorów festiwalu miałem przyjemność uczestniczyć w portugalskiej Primaverze w roli dziennikarza magazynu Reflektor. Jak się okazało już przy odbiorze akredytacji prasowej, dawało to konkretne korzyści w postaci trzech darmowych piwek dziennie i poczęstunku co wieczór w namiocie dla mediów (skromne przywileje, o których jako „pismak” w trakcie OFF Festivalu 2013 mogłem tylko pomarzyć…). Sami powiedzcie, któż by odmówił darmowego udziału w wydarzeniu takiego kalibru?

NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

Pierwszy dzień imprezy, 5 czerwca, godzina 17.00. Ledwo co zdążyłem rozejrzeć się wokół po wejściu na teren wspaniałego, zlokalizowanego przy samym Atlantyku Parque de Cidade, a tu już ktoś wciskał mi w ręce popcorn i festiwalową torbę na sprawunki. No, no, całkiem nieźle jak na początek, a przecież koncerty były dopiero przede mną. Co do obszaru festiwalu w Porto, to zbliżony jest on rozmiarem do tego na Muchowcu. Parque de Cidade posiada jednak jedną cechę, która bije na głowę teren katowickiego aeroklubu. Trzy z czterech scen ulokowane są u dołu wzniesienia, ze szczytu którego swobodnie można oglądać na siedząco artystów, bez konieczności martwienia się o to czy jakiś dryblas nie zasłoni nam widoku. Dodatkowo na szczycie każdego pagórka znajdowały się stoiska z lornetkami (u nas zapewne zniknęłyby po 5 minutach…). Dla każdego, kogo natura nie obdarzyła odpowiednim wzrostem lub kogoś, kto ma dość tłoczenia się pod sceną jest to wymarzona sytuacja. Nie pozostawało mi zatem nic innego jak tylko korzystać z dobrodziejstw natury.

Rozłożyłem się więc wygodnie na trawie, żeby w okolicach godziny 18.00 wysłuchać rozgrzewających publikę lokalnych artystów, takich jak zespół Os da Cidade. Chyba jedynie dzięki śpiewaniu w ojczystym języku pozwalali oni przegonić wrażenie, że wpadłem na jakiś śląski festyn z akordeonem w roli głównej i zapachem klusek w tle. Co ciekawe, owacje jakie dostawali wszyscy portugalskojęzyczni wykonawcy (zwłaszcza wielbiony przez tłumy Brazylijczyk Caetano Veloso) oraz ilość słuchaczy zgromadzonych na ich występach w trakcie Primavery w niczym nie ustępowały temu, co działo się podczas koncertów zagranicznych gwiazd. Świadomość, że Portugalczycy cenią i adorują rodzimą muzykę jest dla mnie czymś ogromnie budującym. A ulokowanie ich występów w rozpisce festiwalowej w „ludzkich” godzinach (gdzie tam jakaś 15.00…) świadczy także o szacunku ze strony organizatorów.

10431227_729296573775247_6906613807859009662_o

Super Bock Stage | NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

Jeśli ktoś wyczekiwał dobrego startu w wykonaniu ekip przyjezdnych, to o 19.45 na NOS Stage z wykopem zaczęli Teksańczycy ze Spoon. Może i krew amerykańska, ale muzycznie było typowo po brytyjsku. Dużo melodyjnego, tanecznego, gitarowego grania, bazującego na mocnym basie i wstawkach na syntezatorze. W niecałą godzinę Amerykanie zaserwowali energiczny set, w którym znalazł się m.in. przebój „The Way We Get By”, nastrajając tym samym pozytywnie na całą resztę dnia.

Na scenie obok, sponsorowanej przez browar Super Bock, następna w kolejce była Sky Ferreira. Młoda wokalistka wyglądała na nieźle zaskoczoną i speszoną nadmiernie ekstatyczną reakcją żeńskiej części publiczności. I chyba przez to zaczęła jakby trochę zestresowana. Jej głos mocno gubił się w miksturze instrumentów, a po chwili Kalifornijka zaczęła przepraszać fanów za problemy z mikrofonem. W samą porę, czyli przed odśpiewaniem przebojowego „I Blame Myself”, zrobiło się jakby głośniej… Jednak naprawienie domniemanej usterki uwydatniło tylko coś, co dało się zauważyć od początku. Sky na żywo wokalnie po prostu nie daje rady z większością swoich partii. O ile przy szybszych kawałkach dało się machnąć ręką na jej przeciętne umiejętności, to wyczekiwane przez publikę, delikatniejsze „Everything Is Embarrassing” położyła na całej linii. Na szczęście dla niej jej urok osobisty, dobry repertuar piosenek i solidny band wspomogły ją na tyle, że końcowy rezultat był ostatecznie całkiem zadowalający i na brak dobrej zabawy chyba nikt pod sceną nie narzekał.

Sky Ferreira | NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

Sky Ferreira | NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

Po jej koncercie nadarzyła się wreszcie okazja, aby na spokojnie napić się darmowego piwa i kontynuować szwendanie po parku. I tutaj kolejny punkt dla Primavery: brak zamkniętej strefy gastronomicznej. Żarcie na prawo od bramy głównej, a po bokach każdej z czterech scen i w kilku innych miejscach liczne budki z browarem. Bez żadnych ograniczeń można było przechadzać się z piwem po festiwalowym terenie. Nieważne czy był to plastikowy kubek, szklana butelka czy puszka. Ba, wielu uczestników podchodziło pod samą scenę ze… szklanymi kieliszkami czerwonego wina! Jak widać odrobina dobrej woli i zaufania do uczestników nie musi od razu kończyć się źle (chociaż mając w pamięci czasy legalnego picia na ulicy Mariackiej w Katowicach i widok deptaka dzień po, to nie jestem do końca przekonany czy taki zakres swobody dałby równie dobre rezultaty na polskich koncertach). Inna istotna sprawa: żadnej, nawet najmniejszej kolejki do toalet (kontenery z kabinami) nie uświadczyłem w ciągu trzech dni zabawy.

Równo o 23.30 na scenie Super Bock pojawiła się największa dla mnie niewiadoma festiwalu – HAIM. Pierwszy kontakt z muzyką sióstr, jakkolwiek pozytywny, był gdzieś podszyty delikatną drwiną, że niby te instrumenty w rękach to pewnie dla picu i raczej szybko o tym zespole zapomnimy. I sam nie do końca wierzę w to, co tutaj piszę, ale dziewczyny na żywo są… po prostu… NIESAMOWITE! Tak bardzo zadziornego, wybuchowego, wręcz „męskiego” występu nie widziałem od lat! Moje zaskoczenie było porównywalne chyba tylko z tym, co czułem na koncercie Charlesa Bradleya 3 lata temu w katowickim Rialto. A instrumenty? Siostry HAIM nie grają na nich. One na nich wymiatają! Riffy a’ la AC/DC, dzikie improwizacje, szalone rytmy wybijane na bębnach przez każdą z dziewczyn – tak właśnie wyglądał najlepszy koncert portugalskiej Primavery. Jakby tego było mało ich prezencję sceniczną zapamiętam chyba do końca życia (zwłaszcza ponętne kołysanie biodrami Alany i przedziwne grymasy na twarzy Este, która grała z taką pasją i kunsztem na basie, że nie zdziwiłbym się, gdyby był to efekt rozpalonych do czerwoności strun). Ludzie! Jedźcie koniecznie na Open’era. Albo nie! Wybierzcie się na jeden dzień na koncert HAIM. Jeśli jednak podejmiecie inną decyzję, to skasujcie lepiej z fesja znajomych, którzy pojadą tego lata na Babie Doły. Nie zdziwcie się, jeśli po powrocie będą pisać i mówić w kółko o HAIM, a wy zaczniecie nienawidzić siebie, że was tam nie było.

Haim | NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

Haim | NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

Dopełnieniem obowiązków koncertowych z pierwszego dnia (i przy okazji szansą na naprawienie uchybień z zeszłorocznego Open’era) był Kendrick Lamar. Najlepiej chyba ten elektryzujący show podsumowała flaga z napisem „Thanks for bringing hip hop back!” powiewająca w tłumie pod sceną. Już samo obserwowanie ze szczytu pagórka reakcji publiczności na tak genialnie brzmiące z live bandem kawałki jak „Money Trees” czy „Bitch, Don’t Kill My Vibe” gwarantowało potężną falę dreszczy na plecach. Trzeba przyznać, że ma gościu SWAG i nawijkę na nieosiągalnym dla wielu poziomie. Zdecydowana czołówka festiwalowych koncertów. Potem pozostało już tylko kierować się na przystanek przy niespecjalnie zachęcających dźwiękach Jagwar Ma i pakować się do busa.

Drugi dzień festiwalu to początek (czasami gorączkowej) bieganiny, bo koncertów zaplanowano prawie trzykrotnie więcej. Przy pierwszym piątkowym występie za sprawą portugalskiego trio Torto powiało przyjemną nostalgią spod znaku amerykańskiej alternatywy w rodzaju Sonic Youth, Unwound czy Polvo. Po drodze na te ważniejsze dla mnie koncerty udało mi się jeszcze przewinąć m.in. przez Chilijczyków z Föllakzoid, starających się wskrzesić swoim hipnotycznym występem ducha Can, a także Amerykanów z Midlake z bardziej tradycyjnymi piosenkami, ulokowanymi gdzieś pomiędzy Fleet Foxes a Neilem Youngiem.

Tradycją festiwali typu Primavera stało się w ostatnich latach zapraszanie legendarnych artystów do odgrywania w całości swoich kultowych/przełomowych albumów. W tym roku zaszczytu tego dostąpili amerykańscy protoplaści post-punka z Television. Usłyszeć całość „Marquee Moon” live to nie lada wydarzenie, choć nigdy ten band nie był mi jakoś specjalnie bliski. To właśnie skłoniło mnie do dezercji po ok. 5 utworach, mimo gorącej atmosfery w tłumie. Bardziej ciekawiło mnie jak na żywo prezentuje się najnowszy album dziewczyn z Warpaint, zdecydowanie mroczniejszy od debiutanckiego „The Fool” sprzed pięciu lat. Równo połowę setu stanowił świeży materiał, z którego najjaśniej wypadło „Love Is to Die”. Muzyka kalifornijskiego kwartetu zawsze jednak była dla mnie najlepiej przyswajalna w domowym zaciszu na słuchawkach, głównie ze względu na intymną aurę i aranżacyjną perfekcję oraz produkcję, która poszła o krok do przodu przy najnowszym wydawnictwie. Dlatego też wrażenie portugalskiego koncertu nie przebiło tego, co można było usłyszeć w 2011 roku na OFF Festivalu.

Warpaint | NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

Warpaint | NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

Później natomiast miało miejsce jedno z najdłużej wyczekiwanych wydarzeń całej imprezy. Muzycy Slowdive, jednego z wielu reaktywowanych w ostatnich latach zespołów z grona niepodważalnych legend alternatywy, stworzyli na terenie parku niespotykaną i magiczną atmosferę, którą mógłbym przyrównać chyba tylko do zeszłorocznego koncertu My Bloody Valentine w Katowicach. Apogeum boskości, która wydobywała się z głośników na Super Bock Stage przy takich klasykach jak „Avalyn”, „Catch the Breeze”, „Machine Gun” czy „When the Sun Hits”, nastąpiło na wysokości „Alison”, gdy w powietrzu czuło się coś prawdziwie ponadczasowego, czego nie jestem w stanie opisać tutaj żadnymi słowami. Bajeczne przeżycie i bez dwóch zdań pozycja obowiązkowa dla uczestników tegorocznego OFF Festivalu.

Gdy zdawało się, że po występie Slowdive lepiej być nie może, tuż obok czekała kolejna wisienka na festiwalowym torcie, dla której zresztą zrezygnowałem z pewnym bólem z usłyszenia po raz trzeci na żywo Godspeed You! Black Emperor. Pixies. Nie ma się co rozpisywać. Wszelkie oczekiwania zostały spełnione, zwłaszcza gdy Frank Black ze spółką nie poskąpili tego wieczoru nikomu żadnego ze swoich klasyków. „Debaser”, „Hey”, „Here Comes Your Man”, „Monkey Gone to Heaven”, no i oczywiście na samym końcu „Where Is My Mind” zostały odśpiewane słowo w słowo wspólnie z publicznością. I nawet kiepskie utwory z nagranej trochę na siłę po wielu latach „Indie Cindy” nie zepsuły mi tego wieczoru. Można jedynie żałować braku Kim Deal na basie, która przecież stanowiła równie wielką siłę napędową zespołu („Gigantic” anyone?) co frontman, którego postępująca otyłość i łysina sprawiają, że można by go obecnie pomylić z Hankiem Schraderem z serialu Breaking Bad.

Pixies | NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

Pixies | NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

Pierwsza sytuacja z cyklu „miało mnie tu nie być” i kolejna pozytywna niespodzianka. Potrzeba zapchania żołądka czymkolwiek zdatnym do spożycia zaprowadziła mnie o północy do namiotu Pitchfork, który znajdował się po drodze do strefy gastronomicznej. Tam już na scenie szalał w afrykańskim stylu John Wizards. Nazwa kapeli jak najbardziej trafna i wiarygodna sądząc po gwałtownych okrzykach uczestników koncertu bawiących się przy bujających nutach utworów pokroju „Lusaka By Night”. Ważna rzecz: Jaś Czarodziej zagra również na tegorocznym OFF Festivalu.

Nie wiem do końca czy to sentyment do starych albumów czy też zasada „do trzech razy sztuka” skłoniły mnie do stawienia się na koncercie Szkotów z Mogwai, którzy już dwukrotnie zawiedli mnie na żywo podczas OFF Festivalu. Zwłaszcza że w namiocie grał duet Darkside, czyli Nicolas Jaar i Dave Harrington, autorzy jednej z najciekawszych płyt elektronicznych roku 2013. Podzielenie czasu po połowie w zasadzie nic nie pomogło. Mogwai jak zwykle zamulili grając chyba najmniej ciekawe utwory ze swego pokaźnego repertuaru, na wątpliwą osłodę żegnając się z Porto już tradycyjnie utworami „Hunted By A Freak” i „Mogwai Fear Satan”. Podobnie zresztą Darkside, którzy rozbudzili nadzieje otwierającym set „Freak, Go Home”, by później zanudzić monotonią bitów i skromnych, gitarowych wstawek z odgrywanego niemalże nuta w nutę albumu „Psychic”. Niepochlebna opinia znajomego, który na początku roku wybrał się na Darkside do Berlina, sprawdziła się zatem w stu procentach.

Niespecjalnie jednak było się czym przejmować wiedząc, że za chwilę na scenie ATP nastąpi dźwiękowa apokalipsa. Prostota. Brutalność. Surowość brzmienia. To właśnie definiuje styl Shellac. Zespół, który – podobnie jak The Swans – albo się kocha, albo nienawidzi. Basowe pochody Boba Westona, świdrujące gitarowe frazy Steve’ a Albiniego (tak, to ten gość od „In Utero”) spadały tamtej nocy na uszy z siłą młota pneumatycznego. Do tego minimalistyczne łojenie po garach Todda Trainera wywoływało niedowierzanie na twarzach ludzi. Trudno jest doprawdy wyjaśnić to, że perkusista z sylwetką sugerującą anoreksję lub stosowanie się do zasad stylu życia Keitha Richardsa, potrafił wstrząsnąć całym teren Parque de Cidade. Do tego płomienne i humorystyczne przemowy Steve’a stanowiły kapitalne zwieńczenie drugiego dnia festiwalu.

NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

Sobota – ostatnia część imprezy, aczkolwiek najważniejsza. Nie będę ukrywał, że wszystko co działo się na czterech scenach Primavery między godziną 17.00 a 00.25 było dla mnie jedynie smaczną przystawką przed głównym daniem i najważniejszym powodem, dla którego zawitałem do Porto. Pierwszą z nich był Lee Ranaldo & the Dust. Tak jak pozostali ex-członkowie nieistniejącego od niedawna Sonic Youth, Lee zdecydowanie charakteryzuje się hiperaktywnością twórczą. Swoje pokłady kreatywnej energii wyrzuca z siebie grając z perkusistą z macierzystej kapeli, Stevem Shelley, oraz Alanem Lichtem i Timem Lüntzelem, z którymi zarejestrował w zeszłym roku „Last Night On Earth”. Podczas gdy Kim Gordon skupia się obecnie na mocno awangardowych projektach, a Thurston Moore wskrzesił solową karierę wypełnioną głównie utworami nieodbiegającymi zbyt daleko stylistycznie od twórczości SY, Lee jako jedyny wiosłowy zdaje się odganiać cień legendy. Piosenki, które zaprezentował w Porto bazują raczej na melodiach kojarzących się z Pavement. Wyluzowanych, beztroskich, z odrobiną szaleństwa, ale zawsze w wyważonych proporcjach. I takiego właśnie Lee Ranaldo zapamiętam z portugalskiej przygody.

Kolejni artyści kultowi wśród hipsterskiej gawiedzi, zmartwychwstali freak-folkowcy z Neutral Milk Hotel, pojawili się na NOS Stage o godzinie 20.00. Ich popularność, przez wielu uznawaną za efekt snobistycznego hype’u Pitchforkowych dziennikarzy, potwierdził potężny tłum, jakby specjalnie na tę okazję wywijający rozdawanymi na terenie festiwalu słonecznikami. Idealnie wkomponowało się to w słoneczną i niemalże piknikową atmosferę powstałą przy „żywych” piosenkach pochodzących głównie z ich najważniejszego albumu „In The Aeroplane Over The Sea”. Ich minimalistyczne utwory brzmiały mocno punkowo, a kolorowe kostiumy i pan grający na tubie, do złudzenia przypominający George’a R.R. Martina, wzmagały wrażenie, że zespół wyskoczył z jakiejś psychodelicznej kreskówki.

The National | NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

The National | NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

Po tym surrealistycznym doświadczeniu jakby z przekory udałem się na ok. 20 minut na występ nigdy nie podpadających pod mój gust The National. Zdecydowanie najlepiej nagłośniony set spośród wszystkich festiwalowych aktów i niezwykle entuzjastycznie reagująca publiczność potwierdziły status zespołu jako supergwiazdy już nie tylko alternatywy (przecież muzycznie zawsze bliżej im było do U2). Nie ukrywam, że słuchało się tego całkiem przyjemnie.

„The Screaming Eagle of Soul”, jak przedstawia Charlesa Bradleya klawiszowiec z jego koncertowego składu, Menahan Street Band, podobnie jak The National rozpalił już samym swoim wejściem na scenę tłum fanów. Bohater jednej z najbardziej niesamowitych muzycznych karier dla sporej rzeszy melomanów przeszedł do historii muzyki już w momencie debiutu 3 lata temu i zasłużenie jest witany z wszelkimi honorami godnymi króla soulu wszędzie, gdzie tylko się pojawi. W Porto, tak jak w każdym innym zakątku świata, zaraził swoją pasją i miłością do muzyki każdego, kto słuchał odgrywanych na żywo przebojów z jego dwóch albumów. Mimo zaawansowanego wieku, wciąż kipi energią i czerpie radość ze scenicznych przebieranek i półszpagatów. Na finał standardowo wyściskał się z tłumem pod sceną, sprawiając chyba najlepszy koncertowy prezent każdemu, kto widział go po raz pierwszy (podobnie zresztą jak i tym, którzy słyszeli go na żywo już wcześniej).

Charles Bradley | NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot.  Hugo Lima

Charles Bradley | NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

Wyczekiwany przeze mnie od tygodni moment nadszedł wreszcie 25 minut po północy. Autorzy mojego ulubionego albumu ever, chyba jako jedyni z listy mych muzycznych bohaterów, zdawali się od zawsze być czymś nieosiągalnym do odhaczenia na żywo. No bo przecież jak można oczekiwać spełnienia marzeń od zespołu, którego losy owiane były od lat niejedną tajemnicą, a od momentu rozwiązania kapeli, tuż po nagraniu „Spiderland” w 1991, do dnia dzisiejszego chłopaki z Louisville zagrali ok. 50 koncertów (chwilowe reaktywacje na występy w 2005 i 2007 roku). Slint na żywo występujący od zeszłego roku jako kwintet brzmią jeszcze potężniej niż na płytach. Wszelkie charakterystyczne dla nich niepokojące przejścia, zmiany rytmiki słyszalne w „Breadcrumb Trail”, „Washer” czy „Good Morning Captain” były odczuwane przeze mnie stokrotnie intensywniej niż przy odtwarzaniu z krążka. Całość „Spiderland” została w trakcie setu posiekana czterema utworami z epki „Slint” i debiutu „Tweez”. Zero zbędnej konferansjerki. Liczyła się tylko muzyka. Ten koncert będzie już na zawsze liczył się jako jedno z tych wyjątkowych doświadczeń, których nie wypadałoby niepotrzebnie powtarzać, aby nie zamazać pierwszego wrażenia (o czym przekonałem się podczas mojego drugiego koncertu GY!BE na zeszłorocznym OFFie, niedorównującemu w niczym ich występowi w poznańskim Eskulapie w 2011 roku).

Jeśli rutyna pielgrzymek po polskich festiwalach i niemożność swobodnego wypicia piwa na koncercie ulubionych artystów w Polsce mierzi was równie mocno jak mnie, to gorąco zachęcam do wypadu za granicę. Nie tylko do Portugalii, ale wszędzie, gdzie tylko możecie doświadczyć czegoś nowego. Czegoś, co otworzy wam oczy, da nową energię, świeżą perspektywę i uświadomi, że organizatorzy polskich festiwali są jednak jeszcze w piaskownicy. Czasami nie warto czekać aż panowie Rojek i Ziółkowski spełnią wasze marzenia. Czasami lepiej zabrać się samemu za ich realizację. Koszt takiej Primavery niewiele większy, a dla tych ogarniętych nawet mniejszy np. od Openera (odpowiednio wczesne zabukowanie biletów lotniczych i kupno tańszych karnetów, do tego opcja Couchsurfing, z której sam skorzystałem). Stopy zwrotu takiej inwestycji nie da się zmierzyć wyłącznie w walucie koncertowych wrażeń. Gwarantuję wam, że nie pożałujecie.

NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

NOS PRIMAVERA SOUND 2014, fot. Hugo Lima

Obrigado Primavera!