Spoilerów nie będzie. Blue Ruin

Bezdomny, sypiający w swoim zardzewiałym aucie zaparkowanym na plaży i żywiący się resztkami po odwiedzających pobliskie wesołe miasteczko turystach, dowiaduje się, że z więzienia ma wyjść pewien człowiek. Dwight, bo tak ma na imię główny bohater, wyrusza na jego spotkanie, ale nie ma zamiaru witać go z kwiatami w dłoni. On jedzie się zemścić.

blue ruin materiały prasowe4

fot/ materiały prasowe

Tak pokrótce przedstawia się fabuła „Blue Ruin” napisanego i wyreżyserowanego przez Jeremiego Saulniera. Z czasem okaże się, że na drodze naszego protagonisty stanie nie tylko wspomniany były więzień, ale także jego bracia i siostry. Całość jest jednak tylko tysięczną inkarnacją starego jak świat szablonu kina zemsty, co każe się nam domyślać, że to nie ze względu na oryginalną fabułę film wart jest uwagi. Chodzi raczej o sposób, w jaki został on zrealizowany.

blue ruin materiały prasowe3

fot./ materiały prasowe

Saulnier popisuje się przede wszystkim doskonałą (jak na reżysera, dla którego jest to dopiero drugi pełny metraż) umiejętnością prowadzenia narracji. Szkicowo prostą, pozbawioną niemalże zwrotów akcji historię opowiada w taki sposób, abyśmy nawet na moment nie stracili zainteresowania i pozostawali w ciągłym napięciu. Podziw wzbudza zwłaszcza fakt, że sztuka ta udaje mu się przy zastosowaniu najbardziej podstawowych środków. Reżyser oszczędnie dawkuje nam jakiekolwiek informacje, a dialogi ogranicza do absolutnego minimum, bo wszystko stara się przekazać za pomocą obrazów. Posługuje się przy tym filmowym medium tak sprawnie i z takim wyczuciem, że uwalnia swoje dzieło od wtórności i schematyzmu, o jakie można by je podejrzewać po przeczytaniu zarysu fabuły. W obrębie tego minimalistycznego, acz pełnego suspensu spektaklu, udaje mu się także zmieścić stosunkowo niebanalnego bohatera (duża w tym zasługa rewelacyjnego Macona Blaira), doskonale zdającego sobie sprawę nie tylko z niezbyt rozsądnych motywacji pchających go do realizowania zaplanowanej misji oraz z faktu, że prawdopodobnie nie stoi za nim potocznie rozumiana „racja”, ale nawet, co najgorsze, że w jego działaniach jest coś „obrzydliwego” (jak mówi jego kumpel – „This is ugly, man”). Właśnie ten ostatni fakt najbardziej oddala go od typowych bohaterów kina tego rodzaju, którzy, nawet jeśli od początku wiedzą, że robią coś nieracjonalnego, rzadko kiedy przekraczają tę granicę, za którą nie można już napawać się specyficznym pięknem własnych postępków. Zemsta bywa, oczywiście, nieestetyczna, ale z reguły mamy do czynienia tylko z zewnętrzną brzydotą, której zaistnienie uzasadnia nadrzędna, w jakiś sposób wzniosła konieczność. Tutaj zaś zgnilizna w miarę rozwoju filmu zdaje się ujawniać swoją obecność u samych podstaw działań Dwighta.

blue ruin materiały prasowe1

fot./ materiały prasowe

Powyższe cechy, a także brutalność, rozumiana nie tylko jako ukazana na ekranie przemoc (chociaż tej nie brakuje), ale raczej surowość samego świata, w którym przychodzi bohaterom żyć, łączą go z filmami takimi jak „To nie jest kraj dla starych ludzi” braci Coen czy „Shotgun Stories” Jeffa Nicholsa. Te z kolei odwołują się bezpośrednio do twórczości Cormaca McCarthy’ego (film Coenów to oczywiście adaptacja jego powieści) albo łączy je z nią pod wieloma względami podobna wizja rzeczywistości. Jedną z charakterystycznych cech prozy Amerykanina jest częste budowanie scen wokół przedmiotów-narzędzi. Akcja zostaje w nich przeniesiona na inny, bardziej podstawowy i pozornie mniej efektowny poziom, który w rzeczywistości ukazuje, jak wielki dramaturgiczny potencjał można uwolnić, jeśli zacznie się traktować najprostsze czynności i potrzebne do ich wykonania przyrządy oraz demonstrowane przy ich wykorzystaniu umiejętności i pomysłowość, jako równoprawne elementy opowiadanej historii. Podobnie sprawa wygląda w „Blue Ruin”. Tutaj również przebieg i rozwiązanie poszczególnych sytuacji zależą od tego, w jaki sposób bohaterowie będą potrafili posłużyć się oferowanymi przez otoczenie środkami. O powodzeniu nie decyduje siła ognia, ale spryt. Automatyczna sekretarka może posłużyć za wabik albo narzędzie do odwrócenia uwagi, słoik z monetami oparty o drzwi powiadomi o ruchach przeciwnika, a operację na rannej nodze można przeprowadzić samemu przy pomocy kilku artykułów kupionych w aptece (mały żart twórców: Dwightowi, który próbuje naśladować Chigurha z „To nie jest kraj dla starych ludzi”, ta sztuka nie wychodzi i ląduje w szpitalu). W ten sposób przestrzeń staje się czymś znacznie więcej niż tylko pustym tłem dla wydarzeń. Jednocześnie sceny, których znaczenie dla fabuły dałoby się streścić w jednym zdaniu, rozrastają się i przeradzają w długie, pełne napięcia rozgrywki. Najistotniejszym narzędziem jest w filmie tytułowa „niebieska ruina”, czyli samochód głównego bohatera, służący mu za dom, składzik, a później także broń i więzienie dla jednego z porwanych wrogów. Skrajna zależność Dwighta od przedmiotu stanowi chyba najlepszą ilustrację tego, o czym wspomniałem powyżej.

blue ruin materiały prasowe2

fot./ materiały prasowe

Trudno nie docenić zademonstrowanej przez Jeremiego Saulniera dojrzałości i świetnego warsztatu. „Blue Ruin” to dzieło precyzyjne, mocne, pełne napięcia, a jednocześnie leniwe i mroczne. Młody twórca sięga po oklepany temat i udowadnia, że prostota nie zawsze oznacza nudę i brak inwencji. Warto wspomnieć, że „Blue Ruin” został sfinansowany dzięki serwisowi Kickstarter, a jego budżet wyniósł stosunkowo niewiele, bo 257 tys. dolarów. Zestawienie go z droższym niemalże dziesięciokrotnie, poruszającym się w nieco podobnej tematyce i klimacie, również ubiegłorocznym „Out of the Furnace”, po raz kolejny pokazuje, że to nie pieniądze i nazwiska mają decydujący wpływ na ostateczną jakość filmów. Chociaż nie sposób uznać obrazu Scotta Coopera za nieudany, to jednak zestawienia z „Blue Ruin” nie jest on w stanie wytrzymać.

Nasza ocena: 4/5

Nasza ocena: 4/5

Więcej na:

Spoilerów nie będzie 2