Screen it better. Orange Is the New Black

Jesteśmy niezmiernie szczęśliwi, że reflektorowe grono dziennikarzy wciąż powiększa się o kolejnych pasjonatów kina, którzy swe myśli pragną przelewać na ekran! Dział filmowy wita Piotra Kałużnego, prowadzącego stronę Screen It Better, który (jak sama nazwa wskazuje) dokładniej przyjrzy się niektórym zjawiskom związanym z kinem i telewizją. Poniżej przedstawiamy recenzję serialu „Orange Is the New Black”.

orange is the new black materiały prasowe mały

fot./ materiały prasowe

Życie pisze najlepsze scenariusze. Z tym stwierdzeniem wielu z nas spotkało się już wielokrotnie. Co więcej, niejednokrotnie okazywało się ono prawdą. Wydumane, wymyślone czy też kreatywnie nakreślone tworzywa filmowe, pod postacią wielkich, fikcyjnych superprodukcji niejednokrotnie ustępowały miejsca mniej głośnym filmom opartym na faktach. Powodów takiej sytuacji może być wiele. Znajdą się tacy, którzy z filmem opartym na prawdziwych wydarzeniach łatwiej nawiążą „nić porozumienia”, bo jeśli bohaterowie wcielający się w postaci z życia wzięte faktycznie przeżyli konkretne sytuacje, to dlaczego nie miałyby one przydarzyć się samym widzom? Łatwiej wtedy o większą dozę zrozumienia, jeśli nie samej empatii. Któż z nas nie przeżywał losów Adama Boreckiego (Robert Gonera) z filmu „Dług” Krzysztofa Krauze, dla którego pierwowzorem była prawdziwa postać Artura Brylińskiego? Czy „Eksperyment” Olivera Hirschbiegela byłby mniej przerażający, gdyby nie fakt, że został oparty na autentycznym eksperymencie więziennym Phillipa Zimbardo? A może dosyć wymagający i uciekający mainstreamowemu sznytowi „Słoń” Gusa Van Santa okazałby się zupełną klapą, gdyby nie to, że opowiada historię prawdziwej strzelaniny w szkole w Columbine? Oczywiście, każdy z tych filmów jest jedynie interpretacją prawdziwych wydarzeń. Pewne elementy trzeba było podkoloryzować, inne wzmocnić dramaturgią, jeszcze inne zupełnie przerobić, ale ostatecznie dla większości widzów stwierdzenie „film oparty na faktach” ma spore znaczenie przy jego ocenie.

orange is the new black materiały prasowe2

fot./ materiały prasowe

Prawdziwą, czy nie, każdą historię trzeba umieć opowiedzieć, a sam fakt zakorzenienia jej w rzeczywistości nie daje przecież jeszcze gwarancji sukcesu. Podczas 67. edycji festiwalu w Cannes większość krytyków zrównała z ziemią film „Grace księżna Monako”, oparty na historii życia legendarnej Grace Kelly. „Iceman” również nie sprawdził się jako wykwintny biopic o polskim mordercy, a swoją wartość zawdzięcza jedynie trzymaniu się ram gangsterskiego kryminału, który ostatecznie okazuje się być sztampowym i niespecjalnie zachwycającym. Co zatem sprawiło, że serial „Orange Is the New Black”, pomimo dobrych recenzji i oparciu na faktach, nieco mnie zmęczył i nie zachwycił, nawet jeśli ostatecznie okazał się być niezły?

orange is the new black materiały prasowe6

fot./ materiały prasowe

Piper Kerman, autorka pamiętnika „Dziewczyny z Danbury. Orange Is the New Black”, który posłużył za podstawę do scenariusza serialu, zajmowała się szmuglowaniem narkotyków i praniem brudnych pieniędzy, za co została oskarżona i skazana. Spędziła trzynaście miesięcy w więzieniu w Danbury (Connecticut) i zaraz po wyjściu spisała wszystkie swoje doświadczenia, które wydane w formie powyższej książki okazały się być dużym sukcesem. Piper Chapman (Taylor Schilling), wcielająca się w jej postać, już w pierwszym odcinku trafia za kratki do zakładu dla kobiet. Początek wydaje się całkiem obiecujący, a po zmaskulinizowanym serialu „Skazany na śmierć” daje się wyczuć powiew świeżości. Młoda, ładna, pochodząca z wielkiego miasta, niepewna siebie i wystraszona blondynka nagle trafia w środowisko, z którym nigdy wcześniej nie miała do czynienia. Na wolności zostawia wiernego chłopaka Larry’ego (Jason Biggs), kilku przyjaciół i własny biznes kosmetyczny. Czeka ją za to walka o pożywienie, o godne warunki załatwiania potrzeb fizjologicznych, o prawo do uprawiania sportu czy też możliwość widzenia się Larrym. Termin „walka” należy jednak traktować nieco lżej, niż przyzwyczaiły nas do tego oglądane dotychczas filmy z gatunku „prison movies”. Piper trafia do zakładu o łagodnym rygorze, dlatego większość potyczek odbywa się pomiędzy samymi więźniarkami, jedynie pod czujnym, ale ustępliwym okiem strażników.

orange is the new black materiały prasowe5

fot./ materiały prasowe

Mocno sfeminizowany serial prezentuje się ciekawie nie tylko z racji wachlarza kobiecych charakterów: od młodych, narwanych i buńczucznych marginesów społecznych, po podstarzałe, zatwardziałe i zawzięte damy, ale przede wszystkim interesujący jest tu podział ze względu na kasty czy przynależność etniczną, jak i strukturalną. Afroamerykanki, Latynoski, Europejki z bloku wschodniego – znajdzie się tu praktycznie każda mniejszość etniczna, która w nowych, więziennych warunkach walczy o swój byt i kawałek terenu. Serial jest mieszanką dramatu społecznego o mocnym, feministycznym wydźwięku i komedii, która ten gorzki, przepełniony hormonami magiel nieco osładza. Dlatego też większość konfliktów i interakcji międzyludzkich, nawet jeśli nacechowanych poważnym tonem, daje się w większości przypadków odebrać jako lekką wymianę argumentów, która zazwyczaj znajduje ujście w kompromisie i wzajemnym zrozumieniu współwięźniarek.

orange is the new black materiały prasowe4

fot./ materiały prasowe

Konstrukcja dramaturgiczna serialu jest bardzo prosta i opiera się na dwóch równoległych płaszczyznach. Po pierwsze, oglądamy powolną przemianę wewnętrzną, jaka dokonuje się w protagonistce. Wystraszona, zacofana lalunia, z biegiem czasu i po wielu przykrych doświadczeniach, zaczyna ukazywać się nam jako więźniarka zdeterminowana, waleczna, obyta w więziennych zasadach życia i posiadająca grono lojalnych koleżanek. Do tego wątku przypisana jest również Alex Vause (Laura Prepon), jej niegdysiejsza partnerka w interesach, która – jak się okazuje – jest główną przyczyną wylądowania bohaterki w więzieniu. Ich wzajemne relacje mocno odbiją się nie tylko na psychice Piper, ale również na jej związku z Larrym. Drugim kośćcem dramaturgicznym są retrospekcje postaci drugoplanowych, przez które dowiadujemy się, w jaki sposób znalazły się one w więzieniu. Mamy tu m.in. charakterystyczną Rosjankę o pseudonimie Red (skojarzenia z Redem ze „Skazanych na Shawshank” są jak najbardziej na miejscu), która zarządza więzienną kuchnią, niedoszłą biegaczkę olimpijską, psychodeliczną, czarnoskórą lesbijkę, grono Latynosek, podstarzałą instruktorkę jogi czy też radykalną katoliczkę i przeciwniczkę aborcji (ta postać jest chyba najciekawsza). Niestety, wiele z tych wątków jest zbytecznych i stanowią one raczej scenariuszową zapchajdziurę, przez co zatraca się istotny charakter więziennego klimatu, czyli podwalina całej akcji. Zarys charakterologiczny zostaje tu potraktowany skrótowo. Ostatecznie dostajemy uproszczony, jednowymiarowy obraz postaci i ich występków, ze stereotypowym potraktowaniem środowiska, z jakiego pochodzą. Nie ma co ukrywać, jest to dla nich krzywdzące, przez co trudno jest traktować je poważnie (przynajmniej niektóre z nich).

orange is the new black materiały prasowe7

fot./ materiały prasowe

Temat jest tak sfeminizowany, że za reżyserię dwóch odcinków wzięła się nawet Jodie Foster, która już od dawna w środowisku filmowców podkreślała swoje zaangażowanie w kwestię walki o prawa kobiet. Nie wiadomo, czy było to działanie celowe, ale mężczyźni, prezentujący się tu głównie w rolach strażników i nadzorców, zostali umiejętnie spłyceni do ról zidiociałych, niewyżytych, posiadających przerośnięte ego samców, którzy nie tylko dają się ponieść emocjom, wchodząc w bardziej złożone relacje z więźniarkami, ale mają też swoje partykularne interesy, które starają się realizować przy pomocy skazanych kobiet. Jedynie George „Pornstache” Mendez (Pablo Schreiber) odgrywa ciekawszą rolę: nieugiętego strażnika i seksoholika.

O zakończeniu pierwszego sezonu pisać nie będę, aby zbyt wiele nie zdradzać. Mogę natomiast napomknąć, że kolejny sezon, który znów wejdzie w całości do internetu dzięki uprzejmości sieci Netflix, podobnie jak serial „House of Cards”, rozpocznie się dość silnym uderzeniem i wieloma niedomkniętymi wcześniej wątkami. Pomimo iż serialem zachwycony nie jestem, nie mogę pominąć kilku atutów, które chociażby z socjologicznego punktu widzenia stanowią ciekawą pozycję na tak nasyconym dziś telewizyjnym rynku. Nawet jeśli ten słodko-gorzki posmak hormonalnego kogla-mogla bywa trochę rozwlekły i nie zawsze spójny, to jednak więzienne przygody Piper Chapman robią się coraz bardziej interesujące, dlatego czekam na dalszy rozwój wydarzeń.

Nasza ocena: 3/5

Nasza ocena: 3/5

Więcej recenzji na Screen It Better (KLIK!)

piotr kałużny