Japoński bóg z wizytą w USA

Godzilla, znany również jako Król Potworów, po raz kolejny szturmuje ekrany (nie tylko japońskich) kin. Od równo sześćdziesięciu lat to prehistoryczne monstrum zniszczyło już tysiące miast, pokonało dziesiątki równie niebezpiecznych jak on sam bestii, wyrzuciło ze swojej paszczy ogromne ilości radioaktywnej energii, a przy okazji wychowało wiele pokoleń hołubiących je dzieci. Możliwe, że Godzilla zagrała w większej ilości filmów niż Samuel L. Jackson, a to już coś. Co sprawia, że gigantyczna jaszczurka, przebudzona ze snu w głębinach oceanów jest tak popularna, że jej imię znają wszyscy, a filmy z nią w roli tytułowej powstają przynajmniej raz na kilka lat?

godzilla plakat

fot./ materiały prasowe

Myślę, że powody są co najmniej dwa. Po pierwsze, filmy z Królem Potworów są zawsze wielkimi widowiskami, poligonem, na którym testowane są nowe możliwości kina w pokazywaniu efektów pracy wybujałych fantazji. Być może oglądanie gigantycznych potworów tłukących się między wieżowcami nie jest rozrywką najwyższych lotów, ale jak się to ogląda! Po drugie, Godzilla, jako jeden z nielicznych filmowych monstrów, może być traktowany nie tylko jako krocząca powoli zagłada, ale również jako ostatni ratunek ludzkości, gdy pojawi się coś, z czym człowiek nie będzie potrafił walczyć. Gareth Edwards w nowej „Godzilli” wykorzystuje tę drugą twarz Króla Potworów, sprawiając, że widz utożsamia się nie tylko z dzielnym amerykańskim żołnierzem, ale również ze stumetrową jaszczurką z koralowcem na grzbiecie.

Rok 1999. Doktor Serizawa (Ken Watanabe) odkrywa na Filipinach szczątki ogromnego, prehistorycznego zwierzęcia i pusty kokon, z którego niedawno coś się wykluło. W tym samym czasie w japońskiej elektrowni atomowej inżynier Joe Brody (Bryan Cranston) wraz z żoną Sandrą (Juliette Binoche) wykrywają, że coś uszkodziło jeden z reaktorów. Dochodzi do katastrofy, której prawdziwy powód nie zostaje ujawniony. Po piętnastu latach Joe wraz z synem Fordem (Aaron Taylor-Johnson), saperem armii amerykańskiej, próbują odkryć prawdę o przyczynie awarii reaktora. Ich ciekawość zostanie zaspokojona, choć będą żałowali, że przyczynili się do przebudzenia bestii…

godzilla materiały prasowe3

fot./ materiały prasowe

„Godzilla” Garetha Edwardsa nawiązuje w swej dramaturgii do najlepszych japońskich produkcji z Królem Potworów, w których trzeba było wykazać się dużą cierpliwością, by zobaczyć monstrum w pełnej krasie. Kiedy w końcu bestia pojawia się na ekranie, a jej ryk trzęsie fotelami w ciemnej sali, to można doświadczyć pewnego rodzaju spełnienia. Reżyser umiejętnie manipuluje punktami widzenia, tworząc ujęcia, w których potwór pokazuje się tylko na chwilę, a to skąpany we mgle, a to nurkujący w głębinach. Przyjmuje również często perspektywę bohaterów, którzy widzą Godzillę, biegnąc w popłochu ulicą lub wręcz przeciwnie – wyglądając zza wyższych kolegów jak dzieci chcące zobaczyć chociaż kawałek potwora. Edwards często skupia się w swym filmie właśnie na pokazywaniu, jak na katastrofę reagują dzieci, spokojnie i z szeroko otwartymi oczami, w przeciwieństwie do przerażonych dorosłych. Te dzieci będą kiedyś opowiadać o Królu Potworów: wielkim, groźnym, ale sprawiedliwym. One rozumieją to, czego wypierają się ich rodzice.

godzilla materiały prasowe2

fot./ materiały prasowe

Sfera wizualna „Godzilli”: wygląd potwora, monumentalne zdjęcia i niekonwencjonalne ujęcia, są mocną stroną filmu, czego nie można powiedzieć o scenariuszu. Historia zbudowana jest z gotowych klisz, a jej bohaterowie są bezbarwni, stanowiąc raczej obyczajowe tło dla popisów wielkiego gada. Obowiązkowa w tego rodzaju produkcjach postać, czyli amerykański żołnierz, musi uratować nie tylko swoją ojczyznę, ale również piękną żonę, pracującą nigdzie indziej, jak tylko w największym w mieście szpitalu, opiekującą się jednocześnie ich małym synkiem. Ten poziom patosu nie wystarczył jednak twórcom, dlatego w „Godzilli” zobaczyć można jeszcze nieznacznie zarysowany związek (emocjonalny?) między Fordem a Królem Potworów, który jest tak wzniosły, że aż śmieszny.

godzilla materiały prasowe1

fot./ materiały prasowe

Gareth Edwards spełnił swoje zadanie połowicznie: potraktował wiekową już Godzillę z szacunkiem i stworzył jej świat realistycznie, z pietyzmem (jak przystało na „znawcę potworów”, który to przydomek można mu nadać po jego ciekawym i niekonwencjonalnym pierwszym filmie, czyli „Strefie X”). Z drugiej strony, reżyser zapewne bardziej zna się na monstrach, niż na ludziach, stąd też całe obyczajowe tło filmu wypadło blado i nieprzekonująco, jako potrzebny „zapychacz”. Jest jednak pewien aspekt postaci Króla Potworów, który został niepotrzebnie wyolbrzymiony. Kiedy doktor Serizawa (patrzący na wszystkich oczami zlęknionej sarenki) uświadamia amerykańskich generałów o potędze Godzilli, mówi, że jest on bogiem. Żył, zanim człowiek zaludnił ziemię, jest czystą siłą natury, nic go nie powstrzyma. Twórcy filmu uwalniają całe pokłady patosu, wkładając wzniosłe słowa w usta przerażonego Japończyka. Być może wielu fanów zgodziłoby się z twierdzeniem, że Godzilla ma w sobie boską siłę, ale wątpię, czy chcieliby, aby ciągle im o tym przypominać z kinowego ekranu.

Film można obejrzeć w Cinema-City:

ccPoczujMagie_600x100