Bajki (nie) dla dzieci. Seria Małego Klubu Bunkra Sztuki

Seria MKBS ukazująca się od jesieni 2011 r. to cykl książek dla dzieci, które powstają w wyniku współpracy zaproszonych autorów – w przeważającej większości pisarzy kojarzonych z „dorosłą” prozą – i artystów wizualnych. Ich celem ma być z jednej strony „oddziaływanie na dziecięcą wyobraźnię i pobudzanie empatii, uczenie akceptowania własnych niedoskonałości”, z drugiej zaś – za pomocą ilustracji – „uwrażliwianie estetyczne” dzieci. Tyle w warstwie założeń, a jak wygląda praktyka?

kmbs_caly

Bargielska, Bator, Rejmer, Shuty, Żulczyk… zestaw nazwisk autorów jest co najmniej imponujący. Jednak to pisarze, którzy dotychczas raczej nie zapuszczali się w rejony dziecięcej literatury. Tym bardziej intrygujący wydał mi się to eksperyment i natychmiast zrodziło się we mnie nurtujące pytanie: jak im poszło?

Z pewnością doświadczenie bycia rodzicem wielu autorom – na przykład Orbitowskiemu czy Bargielskiej – jakoś pomagało. Czytając bajki ich autorstwa, nie miałam wątpliwości, że takie historie mogliby przed zaśnięciem opowiadać (i pewnie opowiadają) własnym dzieciom. Ale jednocześnie historie te nie odbiegają znacząco od ich „dorosłej” prozy: przebija z nich ten sam sposób myślenia, snucia narracji, zestawiania faktów.

Szczególnie „Dzieci z jeziora” – bajka autorstwa Łukasza Orbitowskiego – wydają mi się niezwykle bliskie jego całej twórczości. Znajdziemy w nich znajomy klimat grozy, obecność owego „czegoś” nadprzyrodzonego i niewypowiedzianego, a przy tym wszystko przesiąknięte jest głębokim sensem i mądrością. Tekst, miniaturka przecież zaledwie, na długo zapada w pamięć, prowokuje pytania i nie pozwala się uwolnić – może nawet bardziej rodzicom niż dzieciom…?

Autorzy nie uciekają w tekstach od spraw trudnych, odważnie demaskują złożoność świata dorosłych, jak chociażby w opowieściach Orbitowskiego czy Twardocha. W każdej niemal bajce znajdziemy smutek, niektóre wcale nie napawają otuchą i – wbrew stereotypom – często musimy zapomnieć o happy endach (Twardoch).

Znacznie ciekawsze są według mnie te bajki, które nie próbują bezpośrednio wpisywać się w ów odrobinę moralizatorski, antydyskryminacyjny nurt, te, których celem nadrzędnym jest opowiadanie historii, a nie doprowadzenie jej do zgrabnej, z góry założonej, dydaktycznej puenty. Z tego powodu znacznie słabiej na tle innych wypadają bajki Magdaleny Stoch, napisane tak, jakby fabuła była dla autorki jedynie służebna, podporządkowana wyższym celom, czyli przekazywaniu założonych postaw, wartości, poglądów. Niestety, zarówno w „Historii myszki Franciszki”, jak i w „Magicznym Lesie” wypada to nieprzekonująco.

Nie wszyscy pisarze wyszli z konfrontacji – z niełatwym przecież zadaniem – obronną ręką. Zupełnie niezrozumiała jest dla mnie opowieść Sylwii Chutnik, stanowiąca w zasadzie zestaw najczarniejszych koszmarów (ergo: przeznaczona tylko dla dzieci o mocnych nerwach). Rozczarowało mnie również zakończenie bajki Sławomira Shutego: intrygujący pomysł, obiecująca narracja i… totalna klapa na koniec – a spodziewałam się czegoś zupełnie innego.

Odrębny materiał do analizy stanowi oczywiście oprawa graficzna. Szczególnie zapadły mi w pamięć ilustracje Doroty Buczkowskiej w „Marcinie i pełni w Zoo” oraz Olafa Brzeskiego do opowieści Łukasza Orbitowskiego. W obu przypadkach bardzo trafnie oddają nie tylko sens, ale i klimat bajki, wzmacniając tym samym siłę wyrazu. Intrygujące i niebanalne są także ilustracje Joanny Pawlik w „Dziewczynce ze światła”. Znacznie gorzej wypada na tym tle graficzna strona bajki Shutego autorstwa Agnieszki Piksy (uwrażliwienie estetyczne w tym przypadku raczej nie wchodzi w grę) czy „Magicznego lasu”, za którą odpowiada Przemek Czepurko.

I na koniec pozwolę sobie na słów kilka na temat my personal best, „Zdarzenia nad strumykiem”, bajki Jakuba Żulczyka, której najbliżej chyba klimatem do fascynujących i odrobinę absurdalnych przygód Kubusia Puchatka. Naszpikowana wysmakowanymi metaforami („Nuda to dziwny stan – niby przyjemny i błogi, ale tak naprawdę trochę swędzący; jakby zapomniało się odciąć metkę od dopiero co kupionego swetra.”) historia Józia, nieustraszonego poszukiwacza czekoladowych skarbów i Misia Zbysia, dzielnego rycerza, uczestnika walk bokserskich, z miejsca oczarowuje słuchacza/czytelnika – tego małego i tego trochę starszego. Obrazu dopełniają fantastyczne ilustracje Agaty Bogackiej. Oto przepis na zdecydowany numer jeden całej serii.

Nowatorstwo, oryginalność i poważne traktowanie Młodego Czytelnika to z pewnością największe atuty całej serii. Do listy zalet dopisać można jeszcze audiobooki dołączone do bajek (wariant dla zapracowanych rodziców albo koło ratunkowe w przypadku dzieci zakochanych w nieustannym słuchaniu jednej historii). Zaproszenie do współpracy tak zróżnicowanego grona autorów przyniosło ciekawe, skłaniające do refleksji efekty i pozwoliło wywrócić na nice stereotypowe myślenie o bajkach dla dzieci. Pozostaje tylko czekać na kolejne odsłony, kolejnych twórców i kolejne niebanalne historie.

bernadeta