Biblia według Aronofsky’ego

Zaprawdę powiadam wam: kiedy pierwszy raz usłyszałem o tym, że ma powstać hollywoodzka produkcja opowiadająca o losach Noego i jego rodziny, którzy ratują świat, zaserwowałem sobie solidnego facepalma.

noe materiały prasowe3

fot./ materiały prasowe

Tę (nie tylko!) biblijną historię można by przedstawić przez pryzmat wymogów Fabryki Marzeń w taki oto sposób: dobry Noe zostaje wybrany przez dobrego Boga, by wraz ze swymi synami i żoną (którzy są dobrzy) szybciutko zbudować ogromną arkę (dobrą, najlepiej też ładną). Przychodzą piękne zwierzątka, Noe i synowie w efektownej sekwencji pokonują całą armię złych ludzi, w jeszcze bardziej efektownej sekwencji następuje potop. Upływa trochę czasu, na arce melanż, przylatuje gołębica, wszystko jest dobrze. Bóg się cieszy, Noe się cieszy, sielanka, napisy końcowe. Powyższy facepalm dokonał się właśnie dlatego, ponieważ sądziłem, że historia Arki Noego w Hollywood musi być przedstawiona w taki sposób. Wtedy przyszedł Aronofsky i udowodnił, że Fabryka Marzeń z odpowiednim kierownictwem artystycznym potrafi wyprodukować małe cudo.

Bliżej nieokreślona przeszłość. Świat jest pustkowiem smaganym wiatrem, zniszczonym przez chciwość człowieka, dawno upadłym i opuszczonym przez Stwórcę. Na tej jałowej ziemi żyje jednak jeden z ostatnich sprawiedliwych ludzi, Noe (Russell Crowe), który opiekuje się swoją rodziną i boskim stworzeniem. Pewnej nocy Stwórca ześle mu wizję: człowiek wyrządził już dosyć zła na świecie i zostanie ukarany – pochłonięty przez morza i oceany. Noe wyrusza z żoną Naameh (Jennifer Connelly) i synami: Semem, Chamem i Jafetem w długą i niebezpieczną podróż do swego przodka Matuzalema (Anthony Hopkins), by zasięgnąć rady i uzyskać odpowiedź na pytanie: czy Bóg zamierza zniszczyć całe swoje dzieło, czy też da ludziom ostatnią szansę na odkupienie win?

NOAH

fot./ materiały prasowe

Darren Aronofsky niezbyt przejmuje się wiernością swojej opowieści w stosunku do biblijnego czy koranowego oryginału, ale jest to bardziej zaleta niż wada jego filmu. Noe Aronofsky’ego jest rodzajem maga, kapłana a jego świat naznaczony jest elementami fantastycznymi. Wśród ludzi żyją upadłe anioły (będące aniołami tylko z nazwy): istnieją w formie pokracznych kamiennych olbrzymów a ich odpychająca powierzchowność jest karą od Boga za pomoc, jaką okazali wygnanym z Edenu ludziom. Tego typu nadprzyrodzone akcenty są nie tylko okazją do żonglowania efektami specjalnymi, ale określają ramy i sposób istnienia świata, który nie zdążył się jeszcze zestarzeć. Ludzka rasa dopiero się rozwija a obecność Boga i jego udział w stworzeniu są niemalże namacalne. Aronofsky skupia się na tym specyficznym statusie świata, który Stwórca i ludzie niejako współdzielą, a który musi zostać zniszczony. W tym momencie wkraczają oczywiście efekty specjalne, ale są one narzędziem wywołującym emocje, nie głównym tematem filmu. Dzięki temu każdy może nacieszyć oczy naprawdę wspaniałymi sekwencjami walk czy morskiej zagłady, nie zapominając, że tak naprawdę chodzi nie o to, jak będzie wyglądał potop, ale jaki wywrze on wpływ na Noego i jego rodzinę.

noe materiały prasowe4

fot./ materiały prasowe

Reżyser mądrze prowadzi fabułę, organizując ją wokół związków między bohaterami, z których każdy ma swoje racje i pragnienia. W decydujących momentach pozornie panującą zgodę mącą dawne żale, oczekiwania i często szalone pomysły natchnionych umysłów. Noe w filmie Aronofsky’ego jest nie tylko poczciwym pasterzem, wykonawcą woli bożej, ale sam przechodzi przez etapy zwątpienia, nienawiści, stagnacji. Choć jest to produkcja rozrywkowa – w pełni spełniająca swoje funkcje – to reżyser traktuje o kwestiach istotnych, zadaje pytania o dobro człowieka, o jego prawo do eksploatowania świata. Interesujące są w filmie wątki ekologiczne, w których Aronofsky przestrzega nas przed niszczeniem Ziemi oraz siebie nawzajem. Czyżby czekał nas nowy potop czy innego rodzaju zagłada? Bóg nie będzie wiecznie patrzył na swoje dzieło, wciąż niszczone przez ludzką głupotę i nienawiść. Tematy te wprowadzane są w filmie w całkiem poważnym tonie, ale w sposób subtelny, adekwatny do całości opowiadanej historii. Szkoda tylko, że często są wkładane w usta Emmy Watson. Hermiona znów się wymądrza.

noe materiały prasowe2

fot./ materiały prasowe

„Noe: Wybrany przez Boga” to film wciągający, dobry dla ciała, jak i ducha. Biblię można odłożyć na półkę, gdyż reżyser sporo zmienia, choć zachowuje najbardziej rozpoznawalną symbolikę, jak gołębicę czy tęczę jako symbol przymierza Stwórcy z człowiekiem. Całość dopełnia bardzo dobre aktorstwo (Crowe, Connelly, oczywiście Hopkins) i emocjonująca muzyka Clinta Mansella. Dziś gładzę czoło po solidnym facepalmie i wiem już, że Darren Aronofsky w Hollywood to nie melanż na arce Noego, a raczej rodzinny dramat w wielkiej, drewnianej skrzyni, kołyszącej się w rytm fal końca świata.

Film można obejrzeć w Cinema-City:

ccPoczujMagie_600x100