True story

Zaczęło się niewinnie, od kilku odcinków dostarczonych przez znajomego. Wtedy, a było to bardzo dawno temu, oglądanie seriali nie było aż tak popularne, limity megavideo jeszcze nie spędzały nikomu snu z powiek, a ja nie przewidywałam, że, z większą lub mniejszą regularnością, będę śledzić losy paczki z MacLarena przez 9 [sic!] sezonów.

jak poznałem waszą matkę materiały prasowe3

fot./ materiały prasowe

Po pewnym czasie (odmierzanym odcinkami) stałam się kimś na kształt wyznawcy. W kolejnych kręgach znajomych uprawiałam serialową propagandę, rozpowszechniałam pozyskane wcześniej u źródła gigabajty plików video i zaszczepiałam legen-darną nomenklaturę. Nie byłam przyczyną epidemii – ona szerzyła się niezależnie, sama z siebie. Standardowa reakcja prowadziła od początkowej nieufności, przez entuzjazm, po uzależnienie, któremu towarzyszyło przyjęcie specyficznego socjolektu uwzględniającego kultowe serialowe frazy i niekontrolowane przybijanie różnych form „piątek”. Ostatnią fazą było, towarzyszące przez kilka ostatnich sezonów także i mi – przyzwyczajenie. Przyzwyczajenie, które mimo spadku jakości żartów i fabularnych niedociągnięć, nie pozwalało przestać oglądać „How I Met Your Mother” (bo o tym serialu jest to wspomnienie, jeśli ktokolwiek ma jeszcze wątpliwości).

jak poznałem waszą matkę materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Szczęśliwie i nieszczęśliwie zarazem nadszedł dzień końca. Ostatni odcinek zwieńczył chwilami ślimaczący się 9 sezon i stał się dla bardziej i mniej wiernych wyznawców końcem pewnej ery. Analizując fabularne roszady, zwroty akcji i finalne rozwiązania nie czuję zawodu, rozczarowania czy gniewu. Nie mam żalu, że komediowy ton zastąpiła bardziej gorzka nuta. Nie zastanawiam się nad losami bohaterów i nie wymyślam alternatywnych rozwiązań. Dlaczego? Bo zakończenie tej historii (we wszystkich jej możliwych wariantach) już widziałam. Moi prywatni znajomi – realne odpowiedniki serialowych postaci dostarczyli, dostarczają i prawdopodobnie będą jeszcze dostarczać podobnych emocji. Przeprowadzki, wyprowadzki, rozstania, dzieci, kolejne dzieci, spotkania po latach, rozluźniające się mocne więzi i zacieśniające słabe, wspólne i osobiste sprawy – to wszystko po prostu się dzieje. Oczywiście w mniej spektakularnym  stylu i czasem z mniejszą ilością zwrotów akcji, ale jednak.

jak poznałem waszą matkę materiały prasowe4

fot./ materiały prasowe

Dlatego, bardziej niż pofinałowa melancholia związana z serialem, towarzyszy mi rozrzewnienie na myśl o latach spędzonych na cudownym marnowaniu czasu na jego oglądanie. Prawdopodobnie nie będzie mi już dane szerzyć kolejnej sitcomowej dobrej nowiny, a i moja podatność na wirus uzależnienia od konkretnego tytułu jest znacznie mniejsza niż kiedyś. Czyżby to już „lata Clooneya”? Nie, to tylko życie.