Strzał w 10. Najlepsze piosenki o narkotykach

Narkotyki. Złe, zakazane, szkodliwe. Rynek jednak kwitnie. W filmie i literaturze portretowane zarówno od tej mrocznej strony, jak i od tej radosnej. Nie wiadomo gdzie się opowiedzieć, zwłaszcza że w muzyce nie jest lepiej. W jakiś magiczny sposób narracja o danym narkotyku bardzo przypomina samą specyfikę jego działania. Forma odzwierciedla treść, nawet jeśli jest to kompletnie niezamierzone.
Z nieznanych przyczyn najwięcej do powiedzenia w narko-kwestii mają muzycy rockowi. Czyżby obowiązywała jakaś zniżka uzależniona od ilości gitar w składzie?

Przedstawiam Ci, miły Czytelniku, całkowicie subiektywne zestawienie dziesięciu najlepszych piosenek o narkotykach. Nie wliczając oczywiście samych peanów na cześć marihuany – tu należałoby ułożyć osobne top 10. Bo narkotykiem rozumianym jako używka może być oczywiście wszystko. Nie wczoraj Kesha odkryła, iż „your love is my drug”. Ale dziś nie o tak pięknych metaforach. Chodzi tylko o twarde fakty na temat narkotyków, również tylko twardych.

1. Eric Clapton „Cocaine”

Król Clapton nie owija w bawełnę. „Kokaina” to klasyk ograny i znany na wylot, jednak jest w nim coś, od czego nie możemy się uwolnić, niczym od tytułowej kokainy. Nie mamy tu do czynienia z rozwiniętą metaforyką, homeryckimi porównaniami czy innymi figurami stylistycznymi, które ubarwiają tekst. Wymowa jest prosta, a przekaz jasny: „ona nie kłamie”. Biała Dama to istne serum prawdy. Problem tylko w tym czy aby naprawdę chcemy ją poznać?
RANK: DO DRUGS.

2. Queens Of The Stone Age „Feel Good Hit of the Summer”

Josh Homme nie śpiewa o jakimś konkretnym odczuciu po ćpaniu, nie ocenia – po prostu wymienia ciągiem poszczególne używki. „Nikotyna, valium, vicodin, marihuana, ecstasy i alkohol. KKKKOKAINA”. Na samym końcu ciągu kokaina, niczym swoiste ukoronowanie. Im dłużej trwa wyliczanka, tym muzyka robi się głośniejsza i hałaśliwsza, tak jakby specjalnie całość miała nabierać rozpędu, by stać się nieznośnie przytłaczająca. Może chodzi o to, że lepiej nie mieszać?
RANK:?

3. The Beatles „Lucy in the Sky with Diamonds”

Tłumaczenie Lennona o rzekomym napisaniu tej piosenki po zobaczeniu obrazka autorstwa syna nie przekonało chyba nikogo. Nic innego, tylko kwas pasuje do tej wizji Lucyny na tle nieba usianego diamentami. Mogłoby się wydawać, że to płytka metafora, którą ułożyć mógłby każdy, ale tripowy klip wyjaśnia wszystko. TO MUSIAŁO BYĆ LSD. Całość albumu „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” wygląda podejrzanie kolorowo, nie wspominając o filmie „Yellow Submarine” zekranizowanym na jego podstawie. Przypadki nie istnieją.
Ostatecznie, akceptując tłumaczenie Lennona, zawsze można założyć, że to synowi dosypano coś do tradycyjnej herbatki five o’clock.
RANK: DO DRUGS.

4. Blur „Beetlebum”

Zamiast kadrów z „Beetlejuice” wyobraźcie sobie Damona Albarna wciągającego opary hery przez rozgrzaną folię. Metoda znana z „Dzieciaków” czy „Gummo” nazywa się „chasing the dragon” albo „chasing the beetle” – to już bezpośrednia referencja do utworu Blur. Sam klimat oczywiście odpowiada narkotykowi, Albarn sennie i powoli śpiewa „po prostu odpływam” . „Ona mnie nakręca”. RANK: DO DRUGS.

5. Jimi Hendrix „Purple Haze”

Hendrix: kolejny (obok Lennona) artysta, który nie chce się przyznać. Dałby spokój, wszyscy wiemy jak wyglądały lata 60. w Stanach Zjednoczonych Ameryki – nie było szans chociażby nie otrzeć się o narkotyki. Tym bardziej, że zwrot „purple haze” odnosi się nie tylko do fioletowego haszyszu, ale i do pewnej odmiany LSD. Nie ma przypadków, zwłaszcza że estetyka całego The Jimi Hendrix Experience wygląda na mocno kwasową. „Am I happy or in misery?” retorycznie pyta Hendrix. Po śnie o fioletowej mgle (jak tłumaczył genezę tekstu) takie rozterki raczej nie przyszłyby mu do głowy.
RANK: ?

6. MGMT „Time to Pretend”

Biedny John Bonham – jego śmierć przez zadławienie własnymi wymiocinami przetacza się przez popkulturę od 1980 roku, będąc przetwarzaną na miliony sposobów. Muzycy MGMT również skorzystali z tego motywu, okrasili obficie herą i koką – i oto mamy „Time to Pretend”. „To nasza decyzja, by żyć i umrzeć młodo”. Zasadniczo wymowa tekstu jest nieciekawa: skazanie na samotność, zapomnienie miłości i rodziny, czas udawania, ostatecznie zgon. Melodia natomiast tak skoczna, że od razu chcemy udawać, umierać i porzucać wszystko. Kusi zwłaszcza fragment: „co innego możemy zrobić?/Znaleźć pracę w biurze i budzić się rano, by dojechać na czas?”. Ćpać zatem czy nie? Coś za coś, mówią chłopcy z MGMT. I nie dają odpowiedzi.
RANK: ?

7. Placebo „My Sweet Prince”

Mroczna kropka nad i. Wydaje się jasne – biseksualista Molko śpiewa o miłości do Słodkiego Księcia. „Nie wiedziałem, że będę pełny pożądania”; „mój słodki książę, jesteś tym jedynym” – to nie tak! Wystarczy poczytać o efektach działania heroiny na Wikipedii i okazuje się, że „Sweet Prince” to kompendium wiedzy. Sam klimat piosenki, mroczny i ciężki, idealnie odnosi się do zdań o działaniu depresyjnym na ośrodkowy układ nerwowy. „Wspólnie możemy przepędzić ten ból”; „to wszystko przywróci ogień/ścieśni dziurę w mojej żyle” – to nie metafory, to autentyk.
RANK: DON’T DO DRUGS.

8. The Stranglers „Golden Brown”

Jakoś łatwo przyznać się muzykom śpiewającym o heroinie, o co chodziło w tekście. Wokalista The Stranglers, Hugh Cornwell, otwarcie mówi, że tekst opowiada zarówno o kobiecie, jak i o heroinie; o tym, jakich dostarczają przyjemności. „Przybywa z daleka/zostaje na dzień” – szkoda, że nie ma mowy o zjeździe po! „Żadnych trosk przy złocistobrązowej” – i nawet melodia jest beztroska, jest miło i fajnie, fajnie jest ćpać.
RANK: DO DRUGS.

9. The Raveonettes „D.R.U.G.S.”

Raveonettes nie śpiewają o żadnym konkretnym narkotyku, nie kierują też słów do żadnej konkretnej osoby. „Wiem, że je lubisz, wiem, że je masz – N.A.R.K.O.T.Y.K.I.”. To ujęcie pasujące do używek w ogóle – jako ogólnoludzka, wspólna słabość. Zew Tanatosa, skłonność do autodestrukcji. Ludzkość jest zwykłą bandą straceńców. Najgorsze, że przez utwór Raveonettes przebija niema zgoda, mimowolna akceptacja. „I know you love”. Cóż poradzić?
RANK: YOU DOIN’ IT ANYWAY.

10. The Rolling Stones „Brown Sugar”

Tak wiele piosenek Stonesów opowiada o narkotykach, że nie sposób wybrać faworyta. „Brown Sugar” będzie więc tylko reprezentantem. W ramach ich twórczości można by przeprowadzić osobny ranking, ale „Brown Sugar” jest flagowym przykładem – zarówno twórczości Toczących Się Kamieni, jak i ich podejścia do narkotyków. Jest to bowiem sama radość, a bogata metaforyka odnosząca się do sfery seksualnej nie pozostawia żadnych wątpliwości interpretacyjnych. Jak widać po ich karierze te metody są idealne, aby zakonserwować młodzieńczego ducha i pełnię energii. Brązowy cukier smakuje wyśmienicie, śpiewa Mick Jagger, niezależnie od tego czy mamy na myśli czarnoskórą dziewczynę, czy brudną herę.
RANK: DO DRUGS.

Podsumowanie tego skromnego rankingu wypada niezwykle ciekawie – wbrew obiegowej opinii: nic, tylko ćpać! Ale nie żyjemy w szalonych latach 60., nie jesteśmy muzykami rockowymi i nie stać nas – jeśli nudna profilaktyka Was nie przekonuje, weźcie chociaż to pod rozwagę zanim rzucicie się do telefonów, by dzwonić do swojego dilera. Poza tym powszechnie wiadomo, że na potrzeby jakiegokolwiek dzieła, muzycznego, literackiego czy filmowego, trzeba koloryzować. Prawda nie może stać na przeszkodzie dobrej opowieści, niezależnie od tego czy oglądamy „Las Vegas Parano”, czy słuchamy Stonesów. A kogo by tam interesował zjazd czy złoty strzał? W ramach zadośćuczynienia zdroworozsądkowemu społeczeństwu oraz odstawienia wizji na temat fantastycznego działania używek proponuję „Requiem dla snu”.

Martyna Poważa