„Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu…”

Nieszpory odprawia się w porze wieczornej i rozpoczyna przywołanym w tytule wersetem: wezwaniem o pomoc i opiekę. Wiadomo: jak trwoga, to do Boga. Bohaterki nowej powieści Agnieszki Drotkiewicz, wydanej nakładem Wydawnictwa Literackiego, przepełnione są trwogą. Boją się konfrontacji z życiem i z faktem, że ich losy ułożyły się inaczej, niż to sobie zaplanowały. A najbardziej boją się samych siebie.

Drotkiewicz_Nieszpory_mZnakiem współczesnych czasów jest kreowanie własnego wizerunku. Czynimy to poprzez dobór pewnego rodzaju zbroi, na którą składają się torebki od Longchamp czy broszki od Chanel, które w swojej książce przywołuje autorka. Dzięki nim posiadamy piętno nowobogackich tandeciarzy. Najgorsze jest to, że sami do tego dążymy, i że nawet jeśli nie stać nas na przynajmniej jeden symbol luksusu, jesteśmy w stanie zrobić wiele, aby go zdobyć.

Jedna z bohaterek historii – Helena – postanawia nawet wziąć kredyt w banku. Zadłuża się, byleby tylko sięgnąć po upragnioną broszkę, bo dzięki niej czuje się lepszą, bardziej kompletną kobietą czasów najnowszych, zdominowanych przez miłość do marki. Jest osobą samotną, która żyje niespełnioną miłością zarówno do Paryża (z wykształcenia jest romanistką), jak i do mężczyzny. Przekracza półwiecze swojego życia, szlochając w poduszkę i dusząc się zapachem lilii otrzymanych w prezencie od Krzysztofa (urodzinowa kolacja nie należała do udanych właśnie przez Krzysztofa, który odkrył, że jest dla Heleny ostatnią deską ratunku przed samotnością. Dobór kwiatów również nie był trafiony: ich ilość i zapach przytłoczyły Helenę na tyle, że czuła się niczym przystrojona w wieniec pogrzebowy.).

Na kartach „Nieszporów” poznajemy również Romana, malarza, którego przeraża rozdźwięk pomiędzy tym, co uważa, że mógłby namalować, a tym, co w rzeczywistości widnieje na jego pracach. Klasyczna postać artysty niespełnionego, który nie może się odnaleźć w tym, co go otacza.

Z kolei młodsza od Heleny Joanna (z której matką związany jest Roman) boi się wszelkich przejawów życia, które wykraczają poza jej paryską pracę. Właściwie można stwierdzić, że żyje dla pracy i tylko dzięki niej. Czuje się dobrze wtedy, gdy wyśle maila, umówi się na kolejne spotkanie albo kiedy ktoś przyzna (oczywiście niechętnie), że to, co zrobiła, jest naprawdę dobre.
Dla odmiany Warszawa jest dla niej miejscem, gdzie może schować się w domu i – jak sama stwierdza – stać się zwierzęciem. Wychodząc na zewnątrz, obserwuje jak zamiast przemieszczać się na nogach, zaczyna przebierać łapami. Przez owe zezwierzęcenia zapomina alfabetu, trudniej jej jeść to, co spożywała dotychczas. To Paryż ją przemienia. W nim jest odrobinę inaczej. We Francji Joanna odżywa, odzwierzęca się.

W Helenie natomiast sam dźwięk nazwy miasta Christiana Diora wywołuje jedynie żal, że nigdy w nim nie była, mimo że bardzo by chciała. Przed rozpaczą ucieka w rozmyślanie o tym, jak będzie wyglądał jej nagrobek i co powiedzą na pożegnanie żałobnicy, towarzysząc jej w ostatniej drodze. Helena lubi umartwiać się intelektualnie i emocjonalnie. Dzięki temu może się oczyścić. Joanna, podobnie jak Helena, chciałaby znaleźć miłość. Na przykład po to, by na powrót przypomnieć sobie alfabet. Albo żeby mogła wraz z ukochanym czasem zgubić pierwiastek człowieczy.

W opisie książki widnieje sformułowanie, że „Nieszpory” są zwierciadłem, w którym czytelnik może się przejrzeć. Obraz, jaki można w tym zwierciadle dostrzec, nie jest nieskazitelny. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest niczym tafla wody – bywa gładki, ale zmącony przez wiatr, zatraca ostrość. W tym „zwierciadle nieszporów” dostrzegamy człowieka, który próbuje odnaleźć drogę w plątaninie emocji i pragnień, które przejmują kontrolę nad jego życiem.

Autorka w ciekawy sposób opisuje ludzkie zmagania z samym sobą. Momentami przeszkadzał mi jednak odrobinę zbyt egzaltowany język, którym zwracając się do czytelnika, opisuje bohaterów. Spójrzmy na przywołanego wcześniej Romana: „Roman zastanawia się nad tym, czy światu potrzebny jest ten najpiękniejszy błękit. Czy ten błękit ma siłę poruszenia choćby jednego serca? Czy błękit, który on, Roman, chce namalować, jest błękitem koniecznym? Czy tylko rekreacyjnym? A może pulę koniecznych błędów wyczerpały już suknie weneckich Madonn?”

Ja wiem, że niespełnieni artyści, ludzie zagubieni i przytłoczeni przez rzeczywistość bywają po prostu dziwni. Język Drotkiewicz sprawia jednak, że przedstawieni są w sposób mało autentyczny i bardzo schematyczny – to nie żywi ludzie, ale postaci utkane z liter, tylko i wyłącznie na potrzeby powieści. Jednak wydaje mi się, że w tej powieści ważniejsze niż autentyczność postaci, w którą może powątpiewać czytelnik (przynajmniej ja powątpiewam – skoro to zwierciadło, „w którym mogę się przejrzeć”, to chciałabym zanurzyć się w czymś nacechowanym chociaż odrobiną prawdy), są emocje. Dzięki temu, co przeżywają bohaterowie, możemy się czegoś nauczyć.

Niewątpliwie powieść jako całość, jest dziełem spójnym i sensownym. Przekazuje istotne rzeczy – jak w świecie tak ucywilizowanym, jak dzisiejszy, można być niedopasowanym, nieucywilizowanym, i jak należy udawać, że jest inaczej. „Nieszpory” sieją w głowie jedną ważną myśl: dla niektórych ludzi samotność jest ukojeniem, ale bohaterkom książki Drotkiewicz grozi odczłowieczeniem i ewentualnymi problemami z gramatyką.

Agnieszka Drotkiewicz: Nieszpory, Wydawnictwo Literackie, 2014.

Paulina Zaborowska