High Five! Childhood

W tym tygodniu zrobiliśmy się bardzo nostalgiczni i emocjonalni. Choć zawsze w High Five chodzi przede wszystkim o nasze subiektywne wybory, to opisanie ulubionego filmu z dzieciństwa było dla nas nie lada wyzwaniem. Wiąże się z tym przecież cała gama uczuć i wspomnień, które są z filmami nierozerwalnie związane, dlatego każdemu z nas trudno było opanować emocje i nie rozpisać się na milion słów. Zapraszamy Was do odbycia z nami sentymentalnej podróży do krainy dzieciństwa.

Godzilla materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Michał Twardowski otwiera wrota wyobraźni podczas oglądania „Godzilli”:

Pewnego słonecznego niedzielnego popołudnia kilkuletni chłopczyk patrzył, jak do jego talerza z rosołem kapią pojedyncze krople łez. Kiedy jego mama zapytała, dlaczego płacze, bez zażenowania powiedział: „Mamo, oni go zabili…”. Przed chwilą chłopczyk skończył oglądać film o King Kongu, który przecież nie zrobił nic złego, bał się tylko niedobrych ludzi. Tym chłopczykiem byłem ja. A w ten sposób narodziła się moja miłość do filmowych potworów.

Choć zaczęła się ona od King Konga, to najbardziej kochałem Godzillę. Japoński Król Potworów zawładnął moją niewinną wyobraźnią nie tylko dzięki obrazom płonących tekturowych miast i Japończyków uciekających w popłochu przed majestatem bestii, ale przede wszystkim dzięki fantastycznym pojedynkom Godzilli z niezwykłymi (często po prostu absurdalnymi) potworami z innych wymiarów, kosmosu, laboratoriów, dna oceanów czy czego tam jeszcze. Ileż barw, dźwięków, efektów specjalnej troski i emocji było w tych walkach! Moje dziecięce oczy chłonęły te wizualne wspaniałości i pragnęły więcej. Jednak o mojej miłości do Króla Potworów decydowało także to, że głęboko mu współczułem: wzgardzony przez drżącą ze strachu Japonię Godzilla przybywał na ratunek swej ojczyzny, by stoczyć bój z plugastwem różnego rodzaju, a potem zagłębiał się znów w odmęty oceanu, by wyleczyć liczne rany i dać Japończykom czas na odbudowę kraju. Filmy o Godzilli z lat 80. i 90. były dla mnie czystą przyjemnością: potwory, wartka akcja, strumienie energii, promienie śmierci, wehikuły czasu – i wszystko to, ku dziecięcej uciesze, wymieszane. Jednak najważniejsze było dla mnie to, że Król Potworów był nie tylko największym i najgroźniejszym, ale i najszlachetniejszym z nich. Dlatego też nigdy nie zginął definitywnie, a powracając w kolejnych filmach stał się bohaterem nie tylko Japonii, ale i moim.

Rocky materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Patrycja Gut wspomina wieczory z tatą i „Rockym”:

Moje filmowe dzieciństwo nie było takie jak wszystkich, ponieważ poza wylewaniem łez podczas oglądania „Króla Lwa” czy śledzeniem przygód Kubusia Puchatka, wieczorami oglądałam filmy z moim tatą; a zgodnie z zasadą „kto ma pilot, ten rządzi” – wybór repertuaru należał do niego. A że gustuje w filmach z Jeanem – Claude’m Van Damme’em, Sylvestrem Stallone, Stevenem Seagalem czy Chuckiem Norrisem, to można powiedzieć, że wychowałam się na filmach z tymi aktorami.

Największą miłością obdarzyłam jednak „Rocky’ego”, mimo że, paradoksalnie, na początku filmu bohater nie miał w sobie nic szczególnego. Był kiepskim bokserem, nieudolnym podrywaczem Adrian, mieszkającym w spelunie miłosiernym egzekutorem długów. Miał jednak w sobie to coś, co sprawiło, że ujął mnie za serce. Rozczulały mnie jego rozmowy z Moby Dickiem (złotą rybką) i dwoma żółwiami: Guzikiem i Pętelką, które kupił tylko dlatego, żeby zbliżyć się do Adrian, nieśmiałej sprzedawczyni z zoologicznego. To po prostu dobry chłopak był, który starał się wszystkim pomagać i sprowadzać ich na dobrą drogę. W walki bokserskie wkładał całe serce, a jednak zawsze dostawał baty.

W końcu przypadek sprawił, że los się odmienił, dostał szansę jedną na milion i wykorzystał ją. Po pierwsze, zdobył serce Adrian, mimo tego, że raczył ją „sucharami”, po drugie miał walczyć z samym Apollo Creedem, mistrzem świata! Włoski Ogier stał się moim bohaterem, gdy obserwowałam, jak ciężko trenował, wstając o 4.30, by biegać po ulicach Filadelfii. Wzdrygałam się także, gdy wypijał sześć żółtek jednym haustem i kiedy ćwiczył ciosy na kawałach mięsa w rzeźni. Szczególnie w pamięci utkwił mi pierwszy pocałunek Rocky’ego z Adrian oraz moment wbiegnięcia bohatera na szczyt tych ogromnych schodów i wykonanie gestu zwycięstwa. Jednak najwięcej emocji wzbudziła we mnie sama finałowa walka i wciąż pytałam tatę, czy Rocky wygra. Na przemian: raz patrzyłam z fascynacją, jak z wielką determinacją Balboa oddaje kolejne ciosy, to znów zakrywałam oczy, gdy obrywał od Creeda. Jak ten Rocky wspaniale walczył! To on nauczył mnie, by się nie poddawać i jak wkładać całe swoje serce w to, co się robi. Mimo lekkiego rozczarowania ostatecznym wynikiem utrzymał się na nogach i wyznał Adrian miłość, dzięki czemu z zapartym tchem chłonęłam każdą kolejną część serii o Rockym, który dostarczał mi przez lata wiele emocji, pięknych scen walki i wzruszeń, które pamiętam do dziś.

sąsiedzi materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Marta Rosół chciałaby wrócić do czasów dzieciństwa razem z „Sąsiadami” / „Pat a Mat”.

Skoro tematem tego wydania High Five jest dzieciństwo, pozwolę sobie na wstępie na odrobinę zwierzeń. Kilkanaście lat temu, gdy byłam małą Martą (to określenie czasu przyprawia mnie o dreszcze), często dopadała mnie grypa. Jedynym pocieszeniem na długie dni i nieprzespane noce, z kompresem na głowie oraz milionem lekarstw wokół, byli ONI.

ONI – niepozorni, o bliżej nieokreślonej formie cielesnej, za to w charakterystycznych sweterkach: czerwonym i żółtym. Nigdy nic nie mówili i w tym tkwił ich urok (gdyby się odezwali, szczególnie w języku czeskim, znienawidziłabym ich).

Twórcy serialu – Lubomír Beneš (reżyseria) oraz Vladimír Jiránek (scenariusz i scenografia) – dali swoim postaciom pełne pole do popisu, ponieważ uczynili ich jedynymi jego bohaterami (oryginalne tytuły: „Pat i Mat” / „Pat a Mat” i „…i to wszystko!” / „…a je to!”). Ich nieporadność, nieokrzesanie i nieprzystosowanie są widoczne na każdym kroku. To właśnie zachowania Pata i Mata tak naprawdę śmieszą – bez poczucia, że jesteśmy bardziej poradni, okrzesani i przystosowani. Śmiech towarzyszący seansom to wynik pełnej identyfikacji z bohaterami, którzy po prostu, zwyczajnie są zabawni, tak jak każdy człowiek. W prostocie tkwi siła.
Nie wiem, czy w dzisiejszych czasach podczas choroby jakieś dziecko ogląda „Sąsiadów” (a już na pewno nie na ukochanym VHS-ie). Żywię jednak głęboką nadzieję, że ten serial przetrwa próbę czasu. Nadzieja ta nie wydaje się bezpodstawna, skoro w Czechach wciąż kręci się nowe odcinki.

Mojego ulubionego fragmentu z drzwiami od garażu nie znalazłam, więc zadowólcie się odcinkiem „Pralka” –KLIK!

Król lew materiały prasowe

fot./materiały prasowe

Wiktoria Ficek, tak jak bohaterowie „Króla Lwa” / „The Lion King”, praktykuje „hakuna matata” – nie martwi się, aż do końca swych dni!

Smak kolorków w cenie 50 groszy. Wtedy taka kwota wydawała się majątkiem. Dzisiaj kupisz za nią zaledwie paczkę zapałek. Smak mirabelek z podwórkowego drzewa. Kreskówki na FOX Kids i Cartoon Network. Pierwsze uzależnienie od Marvela i pierwsza styczność z Chojrakiem oraz jego surrealistycznym światem. Dzieciństwo. O większości przyzwyczajeń zapomniałam. Nie wspinam się na drzewa, chociaż często znajduje na swym ciele siniaki niewiadomego pochodzenia. Pewne doznania wracają, jak smak Frugo i Magic Stars. Jednak źródłem mojej wiecznej młodości jest przede wszystkim miłość do świata Walta Disneya.

Nie ma piękniejszego pełnometrażowego filmu animowanego niż „Król Lew”. Ilość przedstawionych w nim wartości, nietuzinkowi bohaterowie, intrygi i rewelacyjna muzyka (niech spłonie ten, kto jej nie zna!) – to poruszy każdego! Ten film powinien zostać włączony do obowiązkowego programu polskiej edukacji dla szkoły podstawowej. Do tego trudne relacje między narysowanymi zwierzętami. Tragiczna w skutkach rodzinna zazdrość i młodociany bunt, bezpieczna monarchia zamieniona w dyktaturę. I śmierć. Nie dziwi mnie krążąca w sieci legenda o prawdziwych mężczyznach, którzy płaczą tylko wtedy, gdy (UWAGA: SPOILER!) umiera Mufasa. Nie mogę nie wspomnieć również o hipisowskim akcencie w postaci outsiderów Timona i Pumby! To właśnie ci dwaj uczą wygnanego Simbę celebrowania wolności, beztroski i smaku soczystych, chrupiących robaków. Przypomnij sobie, co znaczy „hakuna matata” (KLIK!), a wszystko staje się oczywiste. Ponadto ta doskonała w treści historia Disneya zawiera także wątek romantyczny! Jest to niespodziewana miłość między starymi przyjaciółmi. Przy akompaniamencie muzyki Eltona Johna na ekranie obserwujemy (możecie mówić, że grzeszę!) jedną z najpiękniejszych animowanych scen miłosnych. Oprócz tego w filmie pojawia się walka między lwicami i hienami oraz pawian, który jest wyrocznią (!). Tyle absurdów! Tyle radości! Tyle emocji!

Moja mama zawzięcie twierdzi, że pierwszym filmem, który miałam przyjemność oglądać w kinie był właśnie „Król Lew”. Nie wiem. Nie pamiętam, kiedy widziałam go po raz pierwszy. Nie jestem również w stanie określić, ile razy jeszcze go zobaczę, bo przecież moje potencjalne potomstwo będzie obowiązkowo znało na pamięć opowieść rozgrywającą się na lwiej skale.

zakonnica w przebraniu materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Patrycja Mucha tańczy do piosenek z filmu „Zakonnica w przebraniu” / „Sister Act”:

Jak dziś pamiętam domowy odtwarzacz wideo i setki wieczorów spędzanych z rodzicami przy najlepszych filmach z lat 80. i 90. oglądanych właśnie na VHS-ach. Tata miał kolegę pracującego w wypożyczalni kaset tuż koło naszego bloku, więc potrafiliśmy oglądać do trzech czy czterech filmów dziennie (bo były za darmo). Większości z nich nie pamiętam.

Dwa filmy szczególnie utkwiły mi w pamięci. Jednego z nich na pewno nie powinnam była wtedy oglądać. Nie sądzę bowiem, żeby „Dirty Dancing” był odpowiedni dla siedmioletniej dziewczynki. Jednak zakochałam się w tym filmie od pierwszego seansu. Drugim tytułem, o którym chcę powiedzieć przy okazji filmowych wspomnień z dzieciństwa, jest „Zakonnica w przebraniu”.

Otóż tak, kręcą mnie śpiewające zakonnice (KLIK!) . Mało tego, zakonnica w wydaniu Whoopi Goldberg to coś, czego nie można nie uwielbiać. Do tej pory znam tekst każdej wyśpiewanej w tym filmie piosenki i, co najzabawniejsze, większość z nich figuruje na mojej setliście na mp3. Śmiesznie musi wyglądać mój uliczny taniec do tych chóralnych przyśpiewek.

Do rzeczy: połączenie musicalu, komedii i filmu gangsterskiego nigdy nie było bardziej udane. Komedia omyłek z doskonale rozpisanymi rolami zakonnic i gangsterów uwodzi mnie za każdym razem tak bardzo, że nie mam wystarczająco silnej woli, by zmienić kanał, gdy ten film emitowany jest na Polsacie (a, wierzcie mi, naprawdę łatwo się na niego natknąć). Nie jest to może szczyt sztuki filmowej, ale wiecie co? Nie musi być! Filmy z dzieciństwa to taki fenomen, który wiąże się z emocjami i sytuacjami, których nie zapomnimy do końca życia. Często właśnie te momenty zdecydowały być może o tym, że robimy to, co robimy. Najważniejsza jest radość z oglądanego filmu. Mnie tę radość daje Whoopi Goldberg jako zakonnica i Harvey Keitel jako jej facet gangster. I te wszystkie piosenki.