Dobry, zły czy brzydki? 2x „Witaj w klubie”

W dziale filmowym wrze! Nad jednym z największych wygranych tegorocznych Oscarów rozgorzała dyskusja. Film „Witaj w klubie” zaskarbił sobie sympatię wielu z nas, ale są i tacy, którym „ogóle się to nie podobało”. Przedstawiamy Wam zatem recenzję osób reprezentujących obie strony sporu. Sami zdecydujcie, kto bardziej Was przekonał.

Witaj w klubie materiały prasowe3

fot./ materiały prasowe

Paweł Świerczek o filmie:

„Witaj w klubie” to przyzwoicie opowiedziana i sfilmowana historia z bardzo dobrą rolą i doskonałą charakteryzacją Matthew McConaugheya – tyle dobrego można napisać o obsypanym nagrodami filmie Jeana-Marca Vallée. Mamy tu bowiem do czynienia ze wzbudzającym niesmak spektaklem patriarchatu i pseudo-rozliczeniowym „arcydziełem”, które prezentuje problem jako należący do historii i tam też go zamyka.

Zacznijmy od kontekstów. Vallée serwuje nam historyjkę o białym heteroseksualnym mężczyźnie, który, co prawda, był złym homofobem, ale się nawrócił, postanowił nieść pomoc homoseksualnym mniejszościom i tak został świętym. Właściwie to baśń o Patriarchacie na białym koniu, który przybywa na ratunek Nieheteroseksualności uwięzionej w wieży o nazwie AIDS. Baśń może i ładna, ale niewiele mająca wspólnego z rzeczywistością (a film oparty na faktach!), w której Ron Woodroof był ponoć biseksualny. Niby błahostka, a jednak istotna. Reprezentacji innych tożsamości seksualnych niż hetero- i homo- (tylko w wersji męskiej!) tutaj nie uświadczymy („This is a man’s world!”). Na szczęście, przynajmniej społeczność gejowska, zaprezentowana gdzieś w dalekim tle, jest wewnętrznie zróżnicowana – zarówno wiekowo, jak i etnicznie.

Wychwalana pod niebiosa rola Jareda Leto, który ponoć gra osobę transseksualną, jawi się jako nakreślone kilkoma stereotypami i wyrazistym makijażem wyobrażenie „przegiętej cioty” przebierającej się w damskie ciuszki. O charakterze Rayon nie dowiadujemy się z filmu niczego poza tym, że marzy o posiadaniu biustu. Nikt zresztą, nawet przez chwilę, nie poddaje w wątpliwość tego, czy Rayon to „on” czy „ona” – przecież oczywiste, że „on”(co potwierdzają polskie napisy do filmu). Podobnie pozbawiona charakteru jest postać dr Eve Saks, grana przez Jennifer Garner. Funkcjonuje jako symbol prawdy i racji, stając się przedmiotem wymiany pomiędzy „złym” doktorem Sevardem a Woodroofem.

Witaj w klubie materiały prasowe2

fot./ materiały prasowe

Paradoksalnie, nawet temat AIDS pozostaje tutaj tabu i potraktowany jest jak hitchcockowski MacGuffin, mający zaledwie napędzać fabułę opartą na schemacie „from zero to hero”. Reżyser co prawda pokazuje, że wirusa HIV złapać mogą osoby każdej orientacji seksualnej, wciąż jednak wiąże go z narkomanią i swobodą seksualną, które bezrefleksyjnie traktowane są jako grzechy (AIDS jest tu oczywiście karą). Same finałowe plansze z napisami i informacja o tym, że Woodroof zmarł na AIDS jest zresztą wszystko mówiącym świadectwem o płytkim podejściu do tematu (nie umiera się na zespół nabytego niedoboru odporności, a na choroby, z którymi organizm nie może sobie poradzić z jego powodu). Vallée, pod przykrywką wielkich humanistycznych prawd, sprzedaje nam w najlepszym wypadku banały (heteroseksualista też może mieć AIDS, geje mogą być starzy i młodzi, prawo jest niedoskonałe), w najgorszym – kłamstwa (mylenie crossdressingu z transseksualizmem/transgenderyzmem, brak podstawowej wiedzy o chorobie).

„Witaj w klubie” pokrzepia serca, zaślepiając szkiełko i oko racjonalizmu w najprostszym jego wymiarze. Pod makijażem Jareda Leto kryje się charakterologiczna pustka postaci, którą próbował stworzyć a pod przezroczystością filmowej formy – patriarchalne struktury, w które wtłoczone zostają wszyscy bohaterowie filmu, z Woodroofem włącznie.

Witaj w klubie materiały prasowe4

fot./ materiały prasowe

Weronika Migdał o filmie:

Jean-Marc Vallée zdecydował się postawić na mocną, ale ryzykowną kartę. Scenariusz, wedle którego zrealizowany został jego najnowszy film, Hollywood odrzucało osiemdziesiąt sześć razy. Z głównej roli zrezygnowali m.in. Brad Pitt i Ryan Gossling. Sam reżyser w swojej filmografii nie mógł poszczycić się jeszcze żadnym arcydziełem, ale jego ostatnia produkcja wyraźnie pretenduje do tej roli. Trzy nagrody przyznane przez Akademię filmowi „Dallas Buyers Club” tylko potwierdzają tę tezę.

Fabuła oparta jest na autentycznych wydarzeniach, mających miejsce na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wirus HIV stał się prawdziwym postrachem amerykańskiego społeczeństwa tego okresu. Ponadto, do oczywistości należało przekonanie, że „to AIDS” dotyka wyłącznie narkomanów i homoseksualistów, co w efekcie skutkowało natychmiastowym wykluczeniem społecznym zarażonego. W takim nastroju rozgrywa się historia Roona Woodroofa (Matthew McConaughey), który w konsekwencji wypadku w pracy trafia do szpitala i dowiaduje się, że jest zarażony AIDS, jego organizm jest zupełnie wyniszczony i pozostało mu tylko trzydzieści dni życia. Postać Woodroofa jest typem bohatera, którego nie da się lubić. Jest aroganckim i butnym, przeraźliwie wychudzonym miłośnikiem rodeo, mieszkającym w ruderze, który nie stroni od różnorakich używek i kobiet lekkich obyczajów. Po usłyszeniu diagnozy nie poddaje się hospitalizacji, gdyż, jak bezdomny kot, całe życie chadza własnymi ścieżkami. Próbuje leczyć się na własną rękę, nie wierząc wielkim koncernom farmaceutycznym, które wykorzystują pacjentów do medycznych eksperymentów. Dlaczego jednak nie zarobić na alternatywnym lekarstwie? Woodroofem, który zaczyna pomagać także innym chorym na AIDS, na początku nie kieruje empatia, ale pobudka napędzająca korporację, której bohater się sprzeciwia. Postanawia na tym zarobić, wcale nie mając jednak żyłki do interesów.

Witaj w klubie materiały prasowe5

fot./ materiały prasowe

Za filmem zdecydowanie przemawia sposób jego realizacji, który, bardzo możliwe, wynikać mógł z ograniczonego budżetu (jedna z licznych komedii romantycznych, w której zagrał McConaughey miała budżet około sześciokrotnie wyższy). Proste zdjęcia mające wyłącznie obrazować fabułę, a nie olśniewać techniką, sprawiają, że przekaz staje się niesamowicie realistyczny. Jest w pewien sposób intymny, a jednocześnie zdystansowany. Ponadto, nie jest to produkcja przepełniona patetyzmem, ckliwością i grą na emocjach widza. „Witaj w klubie” to rozrywka na naprawdę dobrym poziomie, charakteryzująca się zarówno dystansem, ironią, jak i specyficznym humorem.

Spektakularna zmiana wizerunku aktora jest ogromnym plusem. Wbrew powszechnej opinii, że wystarczy drastycznie schudnąć lub przytyć, by dostać Oscara należy także dobrze zagrać. McConaughey jest w swej roli autentyczny do granic. Pomimo tego, że dużą rolę w wyglądzie bohatera odgrywa charakteryzacja, aktor nie pozostawia ani przez chwilę odczucia zwątpienia w graną przez siebie postać. Jest to kreacja zupełnie odmienna charakterologicznie od jego poprzednich filmowych wcieleń. Po seansie nie ma wątpliwości, że tej roli nie mógł zagrać nikt inny. Podobnie jak żaden inny aktor nie pasowałby do roli Rayona – transseksualisty, wspólnika Rona. Jest to postać wybitnie przerysowana i przedstawiona stereotypowo, ale dzięki Jaredowi Leto nabiera wyraźnego rysu charakteru i z postaci drugoplanowej staje się niemal równorzędną.

Witaj w klubie materiały prasowe6

fot./ materiały prasowe

Podjęta tematyka nie gwarantuje wartkiej akcji, głębokiego przesłania czy przełomu w kinematografii. Pozwala natomiast zmienić spojrzenie na pewne schematy poznawcze i stereotypy. Jest to również film o tym, że warto trwać przy własnym zdaniu, zamiast karmić się populistyczną pożywką ku pocieszeniu serc pseudointelektualistów. Walka, jaką podejmuje główny bohater przeciw koncernom farmaceutycznym, jest naprawdę motywująca, bo podyktowana nie heroizmem czy desperacją, a racjonalnym podejściem.

Zmiana zaczyna się wewnątrz, i nawet tak ordynarny Teksańczyk, który wielu rzeczy w życiu mógłby się wstydzić, jest w stanie podjąć walkę o zdrowie, dając do zrozumienia, że tak bardzo zajęci jesteśmy walką o byt, że zapominamy żyć. Parafrazując Rona: Jeśli masz wystarczająco dużo pewności siebie, nikt Cię z klubu żywych nie wyrzuci.

Film można obejrzeć w Cinema-City:

ccPoczujMagie_600x100