Kolorowe romansidła – koncert Neon Romance

rsz_neon-romance-kopia-frontWidziałam dużo Pierwszych Występów. Na ogół nieprzygotowanych, niedogranych, nagłośnienie do bani, a zespół tak pijany ze stresu, że ledwie trzyma się na nogach. Moment scenicznej defloracji zjedzony przez nerwy. Miało być magicznie, płatki róż etc., a okazuje się, że to tylko bardzo boli. Ale publika powinna zrozumieć i przyjąć, bo przecież każdy musi przez to przejść.

Szacunek natomiast należy się artystom, którzy w trudnej chwili rozdziewiczenia potrafią pokazać klasę. Nietrudno zrobić show kiedy jest się Beyoncé, ale jako nieznany nikomu (poza grupą przyjaciół) świeżak zazwyczaj boisz się nawet mrugnąć. Co dopiero machanie rękami! Poruszanie w lewo i prawo! Dlatego wielkie oklaski należą się zespołowi Neon Romance, który podczas debiutanckiego występu promującego debiutancką płytę pokazał klasę przez duże K. Oczywiście nie był to koncert rozszarpujący na strzępy, aczkolwiek jak na pierwszy raz – bardzo udany. Może być tylko lepiej (i nawet nie bolało tak bardzo).

Nazwa niezwykle trafnie opisuje estetykę w jakiej porusza się zespół – zwrócone światu lata osiemdziesiąte olśniewają bogactwem fluorescencyjnych kolorów zmieszanych ze zdystansowaną czernią. Przemyślane stroje, makijaż, nieprzypadkowy manekin na scenie i krzykliwe światło – zapewne tak było na dyskotekach w złotych latach moich rodziców. To, jak i o czym śpiewają Neon Romance, pokrywa się w stu procentach z tym jak wyglądają – romansu było co niemiara, za to „neon” rozumiany jako „krzykliwość” można czytać m.in. w kontekście utworu z symulowaną (?) orgazmo-wstawką (podobną do tej niesymulowanej w utworze „Rocket Queen” Guns ‘n’ Roses. Naprawdę żałujcie, że nie słyszeliście na żywo).

Również ekspresja wokalistki była swoistym scenicznym wykrzyknikiem – bez udawania, czysta radość. Wokal jak dzwon, a do tego starannie przygotowane sample – widać, że zespół „odrobił lekcje” i z szacunkiem podszedł do odbiorcy. Publika rozszalała się tradycyjnie na koniec, domagając się bisu, który zespół skwapliwie zaserwował. Kilka niedociągnięć tu i ówdzie można darować z czystym sumieniem. Nie rozmawiamy przecież o Edycie Górniak interpretującej hymn, ale o numerach, których nikt wcześniej nie słyszał. Było dobrze, apetyt wzrastał w miarę jedzenia, a ciekawość została rozbudzona – tak, że chętnie poszłoby się na kolejny koncert zweryfikować wrażenia.

Parę szlifów tu i ówdzie i przy każdym koncercie będą towarzyszyć zespołowi jęki – i to już nie symulowany orgazm ze sceny, tylko zachwyty ze strony publiki.

Martyna Poważa