Szkoda

„Bierzcie i jedzcie” Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego w chorzowskim Teatrze Rozrywki budził duże oczekiwania. Rzecz na pierwszy rzut oka dotyczy tego, co „obok seriali HBO najmocniej rozpala umysły współczesnych” – odżywiania.

fot. Tomasz Zakrzewski

fot. Tomasz Zakrzewski

Na scenie przenikają się dwa plany: wydarzenia z codziennego życia czterdziestolatka i pojęty dosłownie świat wewnętrzny bohatera – perypetie neuronów, serotoniny, blaszek miażdżycowych, cholesterolu, serca i dzielnych funkcjonariuszy układu odpornościowego ubranych w mundury BORu. „Bierzcie i jedzcie” opowiada o niepokojąco znajomym marzeniu, w którym cielesność staje się przepustką do świata duchowości. W oczach bohaterów jest to świat pełen smukłych mieszkańców strzeżonych osiedli pogrążonych w rozmowie nad eleganckim stołem zastawionym ekologiczną żywnością. Zamiast niego otrzymuje się hałaśliwe niedzielne obiady, kiedy czas upływa na wzajemnych wymówkach, obłudnych oświadczeniach o wartościach rodzinnych i podgrzewaniu dietetycznych posiłków przyniesionych przez gości w plastikowych pudełkach. Frustracja i poczucie przegranej koncentrują się na niechęci do własnego ciała, nadwaga staje się przyczyną porażki życiowej, a walka z nią – smutną i karykaturalną psychomachią XXI wieku.

Największy problem spektaklu polega na tym, że „Bierzcie i jedzcie” rzadko bawi. Teatr Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego jest zwykle pełen śmiechu i grozy – żadna tragedia nie może się w nim spełnić naprawdę. Jeżeli na scenie znajdzie się bomba można mieć pewność, że nie wybuchnie. Widz tak długo będzie śmiał się z drwiących, pozornych rozwiązań dramaturgicznych, aż zda sobie sprawę, jak bliskie są rzeczywistości, w której jest więcej niezręczności niż spektakularnych zakończeń. I tym razem zrealizowano podobny model budowania napięcia, ale w znacznie gorszym stylu. Roi się od mniej lub bardziej udanych gagów, trochę w stylu Chaplina, a trochę bez gustu: zamiast eksplozji bomby przemycanej przez złowrogie bakterie – puszczanie bąka. Tym razem żaden niedokonany wybuch nie rzucił na publiczność cienia niepokoju.

DSC_2219d_BierzcieIJedzcie_TeatrRozrywki_fotTomasz Zakrzewski (1024x681)

fot. Tomasz Zakrzewski

Największym rozczarowaniem był dla mnie scenariusz. Lubię pióro Demirskiego, który każe podejrzewać język o najpoważniejsze zbrodnie przeciwko rzeczywistości – demaskuje mowę mediów i zmusza do głębszego zrozumienia fraz używanych codziennie bez zastanowienia. Można wyławiać ze spektakli lapidarne gry słowne, a potem miesiącami wymieniać się nimi porozumiewawczo wśród znajomych, ponieważ nazywają po imieniu dokładnie to, o co chodzi. I tym razem uważnie kolekcjonowałam dramaturgiczne perełki, ale niewiele udało mi się zauważyć. Teksty piosenek najlepiej przemilczeć.

W spektaklu brakuje dynamiki, wyłączając przezabawny atak blaszek miażdżycowych ubranych w czadory. Każda scena ma precyzyjne miejsce w merytorycznej konstrukcji spektaklu, ale całość jest nużąca. Szczególnie monolog Cholesterolu, pomimo dobrej roli Alony Szostak, dłuży się nieznośnie. Za scenografię służy stary sprzęt kuchenny rozrzucony bezładnie na deskach Rozrywki. Efektownie za to wypada pomysł wyświetlania tekstu poszczególnych songów na ścianach. Powielenie tego samego znaku w formie wizualnej i audialnej przywołuje stylistykę reklamy, w konwencji teatru propagandowego ironicznie kreuje klimat wielkiego show.

Szkoda mi tego spektaklu. Stara się dotknąć ważnego problemu i zrobiłby to w złożonej, oryginalnej formie, gdyby twórcom nie zabrakło stylu. Posługując się językiem kiczu łatwo można przekroczyć cienką czerwoną linię pomiędzy kampem a bezguściem. Strzępka i Demirski na takiej granicy budują teatr. Podjęcie ryzyka nie zawsze daje pożądane efekty, ale to na granicy trzeba szukać nowych jakości.

 
Paweł Demirski „Bierzcie i jedzcie”
Reżyseria: Monika Strzępka
Muzyka: Jan Śuświłło
Scenografia: Michał Korchowiec
Choreografia: Cezary Tomaszewski
Projekcje, napisy, wizualizacje: Mateusz Mirowski
Premiera: 14 grudnia 2013 Teatr Rozrywki w Chorzowie