Nie taki bootleg zły, jak go malują

Jeżeli jakaś treść na youtube.com ma licznik poniżej 301 wyświetleń, najprawdopodobniej jest to filmik tak wykoślawiony, że żadna frakcja fanów nie zdążyła się jeszcze wytworzyć. Albo to obrady sejmu z 25 lipca 2012. Klipy undergroundowych artystów dzięki internetowemu pośrednictwu błyskawicznie stają się offowym mainstreamem – i nie ma się co cieszyć, że nowy teledysk Mykki Blanco widziało się jako dwunasta osoba na globie. Po prostu się widziało.

Albo AŻ. Bo są i rzeczy w Internecie nierozświetlone blaskiem „fejmu”, nawet tego offowego, które napataczając się podczas swobodnej wędrówki po hiperłączach, wywołują u internauty-odkrywcy przyjemne mrowienie w palcach i okrzyki ekscytacji. Nie chodzi mi tutaj nawet o pierwsze zetknięcie z Cabaret Voltaire czy Midnight Oil (którzy przecież są uznani przez pewien relatywnie spory fandom), ale o prawdziwie odkrywcze znalezisko, nietknięte prawie niczyim lajkiem. Gdy słucha się i wie, że to dobre, ale nadal tak dziewicze, że żaden ze znajomych nie polubił na Facebooku. Ach, to uczucie, jakby się w pojedynkę wyruszało rakietą na Księżyc!

Chęć promowania kultury wysokiej wymaga niestety przezwyciężenia tych egoistycznych pobudek i podzielenia się ze światem swoim muzycznym zwojem znad Morza Martwego. A więc proszę, oto szczery altruizm, pomimo gigantycznych oporów. Kto nie zna, niechaj słucha – do tablicy wywołuję Samuela Barona i jego epkę „Bootleg Man”. Co prawda nie jest to materiał pierwszej świeżości, ale w tym wypadku radość spełnia się właśnie w dotarciu w ogóle, niż w dotarciu pierwszego dnia po udostępnieniu. Zatem, z poślizgiem godnym Kamila Stocha, wskoczmy w ten bluesowo-psychofolkowy klimat i cieszmy się każdą minutą spędzoną w świecie Samuela.

Koncept jest prosty: gitara + wokal. Brak tu ekstrawagancji i zbędnych udziwnień. Brak też fałszu i przekombinowania. Nieskomplikowane teksty i chwyty, a całość tak niewymuszenie radosna, że humor od razu wspina się poziom wyżej. Od pierwszych sekund oczywiście przypomina coś innego, ale cóż – takie uroki życia w dwudziestym pierwszym wieku. Wszak lepiej przypominać Johna Lennona niż Candy Girl! Mogłabym nawet pokusić się o porównanie do Elliotta Smitha, ale siłą Baronowskiej (Baronowej?) epki jest coś, czego współczesnym artystom brak – mianowicie charakterystyczne dla starych nagrań „brudne” dźwięki, które w połączeniu z muzyką tworzą tę niesamowitą atmosferę, kompletnie odmienną od współczesnych sterylnych, wymuskanych produkcji. Naprawdę, Czytelniku, to nie Twój komputer szeleści – tak jest dobrze.

Ironiczny tytuł epki (bootleg – nagranie muzyczne rozpowszechniane bez zgody autora) dodaje smaczku, ale charczące brzmienie nie jest zasługą żadnego pirata. Całe nagranie zostało bowiem przetworzone w magnetofonie z lat 70., a dokładnie w modelu Barthe Educasette RN (dostępnym jeszcze na francuskim eBayu!). Nieważne skąd pomysł, ważne, że brzmi jak brzmi. Te siedem utworów ma potencjał, by zmylić najczulsze muzycznie ucho – któż, nie czytając wcześniej tego pełnego spoilerów artykułu, byłby w stanie powiedzieć, że ta utalentowana młodzież to nasz krajan? Chyba że to wyłącznie moja niewiara i przyzwyczajenie do oszałamiających zagranicznych talentów. Jak tutaj nie uradować się tak cennym znaleziskiem?

Zazdroszczę uczestnikom koncertów, z którymi Baron panoszył się w katowickich pubach w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy – podobno stopień interakcji z publiką graniczy wręcz z performensem. Porzucając więc dysputę o ilości wyświetleń, starym sprzęcie czy inspiracjach innymi artystami, porzucając kwieciste zdania – posłuchajcie. Cieszmy się wspólnie prostotą z najwyższej półki.

Samuel Baron na FB: https://www.facebook.com/psychedelicbaron

 

Nasza ocena: 3/5

ocena: 3
Martyna Poważa