High Five! Love hurts

Walentynki. Święto, które stworzono, by wyciągnąć z portfeli zakochanych (i nie) ludzi grube miliony „zielonych” w jeden dzień, sprzedając misie i cukierki w kolorze czerwonym. Nie mniej jednak dla wielu jest to dzień wyjątkowy, czas kiedy nie trzeba hamować się z okazywaniem uczuć, można się zatem spokojnie miziać i przyprawiać singli o mgłości. Ci natomiast, którzy z wyboru lub z konieczności są samotni, mogą tę okazję (jak każdą inną) wykorzystać jako pretekst do wypicia kilku kieliszków wina więcej niż zwykle. My jednak, by nie przelać czary słodyczy proponujemy wam na walentynkowy wieczór filmy o miłości na SMUTNO. Tacy jesteśmy alternatywni!

Jeden dzien materialy prasowe

fot./ materiały prasowe

Przepis na ten „Jeden Dzień” / „One day” według Marty Rosół:

…to film i dobra kolacja, nic nam więcej do szczęścia nie potrzeba.

Jeden dzień w zupełności wystarczy, by człowiek poczuł, że jest szczęśliwy, kochany i spełniony. Z jednej strony to niewiele, bo wszystko co dobre, szybko się kończy ale z drugiej strony,  to także doskonała okazja, by ktoś (zazwyczaj gatunek ludzki) albo coś (zazwyczaj nadprzyrodzona moc/niesprecyzowany los) po prostu sprowadzili nas na same dno egzystencji, gdzie wkoło jedynie smród, brud i ubóstwo.

I tym optymistycznym akcentem chciałam Was wprowadzić w nastrój Walentynek. To też jest bowiem jeden dzień, w którym jesteśmy dla siebie specjalnie mili, specjalnie czuli, specjalnie uprzejmi i kochani. Nic w tym złego, każdy przejaw uczucia jest godny pochwały, szczególnie, gdy będzie wyrażony w naturalny sposób, a nie poprzez zakup obrzydliwego misia z krzywą buźką, który przypomina bardziej skrzywdzone zwierzę z przemytu niż zdrowego i uroczego zwierzaka. A wystarczy po prostu obejrzeć wspólnie film przy dobrym jedzeniu.

Mój wybór padł na – tytuł jakże zaskakujący – „Jeden Dzień”. Film zrealizowany na podstawie powieści Davida Nichollsa (który był również twórcą scenariusza) to opowieść, która po prostu urzeka, bo jest inteligentna, urocza i przedstawiona z dużą dozą zdrowego rozsądku. Nieczęsto się to zdarza, ale większość z nas może się identyfikować z wydarzeniami przedstawionymi na ekranie. Główni bohaterowie to Emma (Anne Hathaway) – mądra, dojrzała, może trochę nieśmiała i Dexter (Jim Strugess) – przebojowy, pewny siebie, nieodpowiedzialny.  Oczywiście połączy ich miłość, nie ma co ukrywać, ale nie będzie to historia, która widza nie zaskoczy, wręcz przeciwnie. Gratką dla wielbicielek (i wielbicieli) mało znaczących detali jest charakteryzacja i kostiumy – piękna podróż przez ponad dwadzieścia lat mody.

Ps kocham cie materialy prasowe

fot./ materiały prasowe

Patrycja Mucha proponuje, by spędzić Walentynki w towarzystwie paczki chusteczek i filmu „P.S. Kocham cię” / „P.S. I love you”:

Długo myślałam nad wyborem filmu do tego zestawienia. Pierwszym strzałem były oczywiście filmy, które są „oparte na motywach powieści” Nicholasa Sparksa – króla książkowych romansów, które są niezawodnymi wyciskaczami łez. Postanowiłam jednak postawić na film, podczas oglądania którego śmiałam się i płakałam jednocześnie. „P.S. Kocham cię” to film doskonały, jeżeli nie mamy drugiej połówki i chcemy, żeby było nam jeszcze bardziej smutno w walentykowy wieczór, kiedy siedząc z gniazdem tłustych włosów na głowie w wyciągniętej piżamie przy telewizorze narzekamy na bycie starą panną z kotem/psem/złotą rybką/facebook’iem. Jest smutno od początku, bo mąż głównej bohaterki umiera po dziesięciu minutach filmu. Potem rodzi się w nas jakaś irracjonalna nadzieja, że być może on jednak wciąż (ALE JAK??!!) żyje. Ta nadzieja jednak (nie boję się spoilerów, bo i tak wiadomo, że smuty są!) umiera wraz z końcem filmu. Myślisz sobie jednak „ej ten drugi facet jest super, czemu się nie pocałują?”. No i całują się. I co? I nic z tego nie wychodzi. Marność nad marnościami, wielki smutek i zgrzytanie zębami. Kwintesensja bólu jaki sprawia wielka miłość! Przy czym spokojnie, można się trochę pośmiać. A tak, żeby się zupełnie nie pogrążyć i nie zacząć śpiewać „All by myself” (KLIK!)

radio na fali materialy prasowe

fot./ materiały prasowe

Gabie Bazan robi się smutno na myśl o Simonie z filmu  „Radio na fali” / „The Boat That Rocked”:

Chyba każdy w swoim życiu był nieszczęśliwie zakochany –  raz, dwa, ewentualnie osiem.  Najgorsze, co może spotkać człowieka to miłość jednostronna. Miłość bywa też podstępna – wyłącza nam mózg i pozwala działać bez zastanowienia.

Film na dziś? „Radio na fali” w reżyserii Richarda Curtisa. Miłość spotykamy tu na każdym kroku. Na rockowej łodzi znajdziemy zarówno ekipę zakochaną w rock’n’rollu, jak i fanki zakochane w radiowcach, ale także Simona – prawdziwą ofiarę miłości. Jego historia jest bardzo prosta.

Biedak poszedł w miasto, poznał dziewczynę, zakochał się od pierwszego wejrzenia i bez głębszego zastanowienia ożenił się z nią. Brzmi pięknie? Na razie tak, ale uwaga –  sielanka zaraz się skończy.

Śliczna małżonka przed nocą poślubną oświadcza mu, że wyszła za niego, bo chciała się dostać na łódź, by być blisko Gavina, ultra seksownego Dja, za którym szaleje ona i wszystkie inne dziewczyny w Wielkiej Brytanii (okej, przyznaje się, ja też – ale sami spójrzcie: KLIK!).

Uwaga, uwaga. Szczęśliwe małżeństwo Simona i Eleonore trwało całe 17 godzin! Oczywiście kończy się ono rozwodem, a biedny Simon wpada w depresję śpiewając „Stay with me baby” (KLIK!). Szczerze żal mi go, za każdym razem, kiedy oglądam ten fragment.

saawariya materialy prasowe

fot./ materiały prasowe

Kornelia Musiałowska łączy się w bólu z bohaterami filmu „Saawariya”:

Miłość nie istnieje.
A może jednak?
Kochamy konkretną osobę? Nie. Kochamy marzenie. Marzymy i owo marzenie kochamy. Kiedy nagle spada na nas nieznośna rzeczywistość, a nasze marzenie znika jak bańka mydlana… co wtedy? Miłość rani i nie daje żyć.

Raj kocha Sakinę. Sakina kocha Imaana. Nikt nie może być szcześliwy.
Raj nie przestaje kochać Sakiny, robi dla niej wszystko. Jego miłość, od początku skazana na niepowodzenie, sprawia, że staje się smutny i nieszczęśliwy. Gdyby tylko wszystkie historie miłosne były proste i różowe, bohaterowie filmu „Saawariya” (reż. S. L. Bhansali), inspirowanego Białymi Nocami Dostojewskiego, nie cierpieliby tak bardzo. Jest to jeden z piękniejszych filmów indyjskich, które kiedykolwiek powstały. Uwiecznia jedną z najsmutniejszych historii miłosnych kiedykolwiek opowiedzianych. Miłość nie jest szczęśliwa i nigdy nie będzie. Kiedy ktoś kogoś kocha, zawsze cierpi. Kadry skąpane w stonowanych zielono-niebieskich barwach, melancholijna atmosfera Dostojewskiego i muzyka, która sprawia, że czas staje w miejscu… to wszystko w hołdzie miłości nieszczęśliwej, pięknej i czystej.

Pearl harbor materialy prasowe

fot./ materiały prasowe

Weronika Migdał ma roztrzaskane serce po każdorazowym oglądaniu „Pearl Harbor”:

Miłość bywa przedstawiana w kinie na dwa sposoby: przesłodzony lub tragiczny. Z jednej strony „Titanic”, z drugiej classical hollywood romantic movie, w którym od miłości robi się niedobrze. Ale tak szczerze, to z mojej strony będzie właśnie bardzo emocjonalnie.

„Pearl Harbor” to jeden z niewielu filmów wojennych, który w ogóle do mnie trafia, przemawiając właśnie swoją uczuciowością. Głównym tematem rzeczywiście jest wojna – na pierwszy plan wysuwają się niesamowite pojedynki w powietrzu, które nieustannie trzymają w napięciu – ale przede wszystkim w kontekście relacji między bohaterami, w efekcie powodując, że nie mogę oczu ani serca oderwać od tego filmu.

W każdym razie, prawdziwość uczucia jakim Rafe McCawley (Ben Affleck) obdarzył Evelyn (Kate Beckinsale) uderzyła mnie od samego początku. Żałoba, jaką przeżywa Evelyn i przypadkowe uczucie rodzące się między nią a przyjacielem Rafa oraz szok, jakiego doznają wszyscy wobec splątania uczuć bratersko-miłosnych między bohaterami są, mimo pozornej schematyczności, niesamowicie niecodzienne, a zarazem prawdziwe.

To wszystko zasługa Bena Afflecka. Jako twardy, silny mężczyzna, człowiek legenda wręcz i bohater wojenny w jednym zostaje dość brutalnie odarty z uczucia, w którym upatrywał całą swoją wolę życia i zmienia się wręcz nie do poznania.

„Pearl Harbor” na zmianę wyciąga moje najskrytsze emocje i wciska je spowrotem głęboko w serce, powodując w nim ten okropny skręt, który w dziwny sposób łączy się z nagłym łzawieniem oczu. Czy da się to powstrzymać (KLIK!)?!