O wolności, seksie i wędkarstwie

Kiedy piszę te słowa, cały filmowy świat zwrócony jest w stronę Berlina. Kiedy czytacie ten tekst w Relfektorze, jest już po premierze reżyserskiej wersji pierwszej części „Nimfomanki” Larsa von Triera. Jedni dyskutują pewnie o prowokatorstwie/hochsztaplerstwie/geniuszu duńskiego reżysera, inni o urodzie/talencie Stacy Martin albo penisie Shii LaBeoufa. Tymczasem kilka przemyśleń na temat „podstawowych” wersji dwóch części najnowszego filmu von Triera, obecnych w regularnej dystrybucji kinowej.

Nimfomanka materiały prasowe3

fot./ materiały prasowe

Rozdział 1: Część pierwsza i część druga

Podział filmu na dwie części, podyktowany przede wszystkim prawami rynku, wydaje się zupełnie nieuzasadniony z perspektywy konstrukcji opowieści. „Nimfomanka” rozpada się na poły, a przymusowa dwutygodniowa przerwa między premierą pierwszej i drugiej części negatywnie wpływa na odbiór będącego wszak integralną całością filmu. Można by „Nimfomankę” bez problemu obejrzeć w ramach jednego, czterogodzinnego seansu. Von Trier prowadzi narrację na tyle sprawnie, że nie pozwala wkraść się na ekran nudzie.

Rozdział 2: Seks

I nie chodzi tu wcale o seks, którego jest stosunkowo niewiele i pokazywany jest nader delikatnie (zwłaszcza jeśli porównamy go ze scenami z „Antychrysta”). Owszem, są tu waginy w zbliżeniach, penisy we wzwodzie i wszelkiego rodzaju konfiguracje seksualne, jednak von Trier skrzętnie przesuwa je na obrzeża kadru (czasem dosłownie, czasem w przenośni), w centrum pozostawiając refleksje na temat wolności wyboru, społecznej recepcji odmienności (w tym wypadku uzależnienia) i normatywizmów wszelkiej maści.

 Nimfomanka materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Rozdział 3: Dygresjonizm

Wiele miejsca i czasu reżyser poświęca też na dygresje. W maju zeszłego roku von Trier zapowiadał, że struktura jego filmu zainspirowana będzie literaturą i zamierza „Nimfomanką” rozpocząć nowy gatunek filmowy – dygresjonizm. Nie miejsce na to, by rozstrzygać, czy o gatunku można tu mówić, jednak dygresje bez wątpienia stanowią ważną część opowieści snutej przez Joe (Charlotte Gainsbourg) Seligmanowi (Stellan Skarsgard), który znalazł ją półżywą w zaułku obok swojego domu. Sam Seligman zresztą przerywa głównej bohaterce wyjątkowo często, odnajdując zaskakujące konteksty dla jej historii. Von Trier z bezczelną bezpośredniością nawiązuje do historii sztuki, muzyki i filmu, odwołuje się do wędkarstwa, religii, psychologii. Wszystko składa się na imponujący popis erudycji.

Rozdział 4: Feminizm i mizoginia

Jak zwykle w przypadku filmów von Triera, „Nimfomanka” prowokuje pytanie o to, czy mamy do czynienia z reżyserem-feministą czy reżyserem-mizoginem (a co za tym idzie: dziełem feministycznym czy seksistowskim). Z jednej strony, von Trier afirmuje seksualną wolność głównej bohaterki, z drugiej jest trochę niczym Seligman, który pod przykrywką aseksualnej fascynacji, fetyszyzuje jej opowieści, a z samej Joe czyni nieświadomie femme fatale, co ujawnia choćby mocno mizoginistyczny finał. Z drugiej strony, argumentami na rzecz obrony von Triera jako feministy, niech będą jego autoironia i dystans do własnego dzieła.

Nimfomanka materiały prasowe4

fot./ materiały prasowe

Rozdział 5: Humor

Poza wszystkim innym „Nimfomanka” jest bowiem komedią. Chyba jeszcze nikt w kinie nie opowiadał o seksualności tak bezpośrednio i z takim dystansem zarazem. Sam von Trier od czasów „Epidemii” (1987) nie nakręcił tak zabawnego filmu. Przebudzenie jego specyficznego poczucia humoru widać było już w niektórych scenach „Melancholii”, jednak dopiero w „Nimfomance” objawia się ono w pełni. Reżyser lawiruje między tragedią a farsą, nie pozwalając widzowi śmiać się bezrefleksyjnie. Nie sposób jednak nie śmiać się w ogóle. Tak jest choćby w fenomenalnej scenie, w której Pani H (Uma Thurman) rozbija romans swojego męża z główną bohaterką.

Rozdział 6: Obsada

Von Trier zgromadził na ekranie doborową obsadę. Epizody w wykonaniu Jeana-Marca Barra, Jamiego Bella, Willema Dafoe, Christiana Slatera czy wspomnianej wyżej Umy Thurman są wisienkami na torcie, którego bazę budują Charlotte Gainsbourg, Stellan Skarsgard, debiutująca Stacy Martin i zaskakująco dojrzały Shia LaBeauf. Reżyser wyciąga ze swojej obsady często więcej, niż moglibyśmy się tego spodziewać. Nie ma tu źle zagranych scen, aktorzy angażują się w pełni, nie pozwalając sobie przy tym na przeszarżowanie.

 Nimfomanka materiały prasowe2

fot./ materiały prasowe

Rozdział 7: Widzowie

Najwięcej złego robi „Nimfomance” kampania reklamowa. Premiera, utrzymana w atmosferze seks-skandalu, zdawała się być zaproszeniem widzów do podglądactwa. Materiały promocyjne opierające się w dużej mierze na „szczuciu cycem” atakowały zewsząd. Doraźny efekt został osiągnięty: gdzieniegdzie zdarzają się bojkoty, o filmie jest głośno, sale kinowe są (prawie) pełne. Wielu widzów jednak wychodzi w trakcie seansu, spora część, nawet jeśli nie wyszła, na drugą część już nie wraca.

Rozdział 8: Koniec

W efekcie „Nimfomanka” jest doświadczeniem konfundującym, niepoddającym się łatwej ocenie, a przede wszystkim interpretacji. Paradoksalnie, to największa siła filmu von Triera. Duński reżyser jest ostentacyjnie bezpośredni, nie pozostawia widzowi miejsca na dopowiedzenie. Nie tyle prowokuje do refleksji na temat samego dzieła, co daje szeroką przestrzeń do rozmyślań na temat norm, granic i konstruktów kulturowych. „Nimfomanka” jest czterogodzinnym strumieniem myśli wolnych od politycznej poprawności i konwenansów.

Film można obejrzeć w Cinema-City:

ccPoczujMagie_600x100

 

Pawel Świerczek