I jeszcze jeden, i jeszcze raz!, czyli „Pod Mocnym Aniołem” na bis

Co jakiś czas zakurzone w bibliotekach książki dostają swoiste drugie życie, kolejną szansę, by na nowo zainteresować sobą potencjalnych czytelników. Ma to miejsce m.in. wtedy, gdy konkretne dzieło zakiełkuje w reżyserskiej głowie, by w ostatecznym rozrachunku rozkwitnąć pewnego dnia filmową ekranizacją. Odkąd jury Literackiej Nagrody Nike przyznało to prestiżowe wyróżnienie Jerzemu Pilchowi za utwór „Pod Mocnym Aniołem”, minęło trzynaście lat. Obserwując masowe zainteresowanie filmem, trudno mówić o pechu. A w przypadku książki?

__b_d13f14f8172bc1ae5fb0f667167bbb41

Powieściowa kreacja z alkoholem w tle

Dla niewprawionych czytelników proza Pilcha (pozostając w trunkowej nomenklaturze) to mocny shot, odurzający natychmiastowo i bez ostrzeżenia. Zdecydowaną dominantą „Pod Mocnym Aniołem” jest jego gawędowość, zbliżona w swej formie do rosyjskiego skazu. Oto „wylewa się” potoczysty monolog, którego forma stylizowana jest na bełkotliwą mowę pijaka-deliryka. Dostrzeżone przez krytyków liczne nawiązania do powieści pijackiej, literacka gra z czytelnikiem, językowe niuanse czy (anty)demaskacyjne filozofujące wywody to tylko kilka walorów prozy autora „Mojego ostatniego samobójstwa”. Pojawiły się także interpretacje w duchu stricte biograficznym, podkreślające dramatyczny wymiar konfesji narratora-autora i ukazujących powieść jako autentyczne studium nałogu.

Jednakże, mimo tych doniesień, nie znajdziemy książki Pilcha w księgarskim dziale medycznym, psychologicznym czy nawet biograficznym. I słusznie, bo w „Pod Mocnym Aniołem” najważniejsza i najbardziej frapująca jest literackość z całą złożonością tego słowa. Oto czytelnik doświadcza konfrontacji z frapująco skonstruowanym narratorem, który w stylizowanym na deliryczne uzależnienie uniesieniu prowadzi czytelnika przede wszystkim krętymi drogami języka i jego mocy. Być może właśnie to powoduje, że książkę czyta się jednym tchem i, doceniając aurę erudycyjnych wywodów, nie jest to bynajmniej deliryczny haust.

Odurzająca ekranizacja

Jerzy Pilch ma szczęście do filmowców. Jego proza nie pierwszy raz staje się inspiracją dla twórców spod znaku X muzy. Nieco to zaskakujące, bowiem, otwarcie nazywana przez krytyków jako niefilmowa, twórczość pisarza z Wisły wydaje się już na pierwszu rzut oka niemożliwa do zekranizowana. Kinowa wersja prozy Pilcha według Wojciecha Smarzowskiego uwydatniła to, co w pierwszym czytaniu lektury wydaje się najbardziej uchwytne, najbardziej wizualne, najbardziej przylegające do rzeczywistości, odzierając tym samym tę wysmakowaną, pełną niedopowiedzeń niby-strofę z pewnej atmosfery metaforyczności i stylizacyjnej gry z czytelnikiem.

426464_1.1

Oto dostaje widz konkretną interpretację, w konkretnej fabule, wedle konkretnego schematu i linearności, co składa się w konkretną historię deliryka, wypełnioną wymiocinami, ekskrementami i niemal wyczuwalnym na sali kinowej gęstym odorem alkoholu. Obraz uderza dosłownością i bogatym naturalizmem scen. Zapewne taka hiperbolizacja filmowych środków wyrazu znajduje swoje uzasadnienie w założonym (jak można domniemywać) przez reżysera przekazie. Film ma wstrząsnąć Polską – jak donoszą plakaty – i zapewne tak się dzieje. Jest w tym również pewien wymiar edukacyjny, wszak nie można przejść obojętnie wobec postaci z ekranu, reprezentujących przekrój społeczeństwa polskiego. Ale w tym przerażającym kotle okowity tonie subtelność obrazów, wieloznaczność słów i pełna stylizacyjnych ornamentów proza Pilcha.

Bez kaca

Scenariusz filmowy Smarzowskiego jest autorską interpretacją książki, z którą reżyser zrobił to, co uważał za słuszne. Słysząc na sali kinowej rechot z często aż nazbyt dosadnie zobrazowanych scen, których nie znajdziemy w książce, jak choćby brutalnego gwałtu męża na Mariannie (w książce kobieta mówi o nim tylko, iż „miał głośne pretensje”) czy też kompletnie niezrozumiałego ukazania postaci Krzysztofa Kolumba Odkrywcy jako księdza, który wymiotuje podczas mszy świętej (w książce jest profesorem nauk społecznych), dochodzę do wniosku, że warto wraz z biletem na seans uzbroić się w egzemplarz książki. Tylko w takim zestawie widz ma szansę opuścić kino z czymś więcej niż poczucie alkoholowego zatrucia.

Jerzy Pilch: Pod Mocnym Aniołem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000.