High Five! Openings.

Jest styczeń, początek nowego, miejmy nadzieję owocnego roku. Wraz z nim wymyślamy postanowienia noworoczne, rozpoczynamy diety, obiecujemy sobie, że więcej nie popełnimy tych samych błędów (aha, jasne!). By zatem adekwatnie rozpocząć rok, w tym wydaniu High Five przedstawiamy Wam dobre (dobrego zazwyczaj) początki. Filmów oczywiście (lub opcjonalnie serialu)! Każdy szanujący się kinoman wie przecież, jak ważne dla całego dzieła bywa jego otwarcie. My prezentujemy dziś nasze ulubione czołówki.

czołówka do serialu „Gra o tron”

Michał Twardowski każdorazowo wiernie trwa przy ekranie podczas oglądania czołówki „Game of Thrones” / „Gry o tron”:

Czym różni się czołówka filmowa od serialowej? Filmową oglądamy o wiele rzadziej. Z serialową natomiast spotykamy się nieraz tak często (pochłaniając już nie wiadomo który z kolei odcinek o trzeciej w nocy ), że chcemy pominąć dodatkowe trzydzieści do dziewięćdziesięciu sekund zwłoki przed poznaniem kolejnych perypetii ulubionych bohaterów. W tym celu przesuwamy nieznacznie, acz stanowczo suwak przewijania. Istnieje jednak pewna czołówka, której nigdy nie pominąłem, a którą oglądałem po wielekroć i o najróżniejszych porach dnia i nocy. „Gra o tron” – i wszystko jasne. Czołówka do tego serialu to bardzo prosty pomysł, ale genialnie zrealizowany. Oglądamy bowiem mapę świata stworzonego przez George’a R. R. Martina, która nie tylko zmienia się z sezonu na sezon, uaktualniając miejsca akcji i jej wpływ na wygląd miast. Zjednoczone królestwa w każdym odcinku są stwarzane na nowo na naszych oczach, powstają z niczego, są mozolnie budowane kawałek po kawałku. Temu niemalże mitycznemu początkowi i dalszemu rozwojowi towarzyszy doskonała muzyka Ramina Djawadiego (kompozytora soundtracków również do m. in. „Skazanego na śmierć” czy „Pacific Rim”), która potrafi być lekka niczym strzała penetrująca wieczorne niebo, a gdy trzeba, przechodzi w uderzenia silne niczym obosieczny miecz rozdzierający żelazną tarczę na pół. Tak, nieważne jak bardzo ciekawy byłbym tego, co przyniesie nowy odcinek, zawsze wiernie oglądam i słucham czołówkę, nucąc cicho: „hm hm hm hm hm hm hm hm hm – pararampampararampampararampampam”… i już jestem gdzie indziej.

czołówka do filmu „Zakochani w Rzymie”

Kornelia Musiałowska pisze o tym, co szczerze kocha od zawsze, czyli o czołówkach do filmów Woody’ego Allena.

Co jest znakiem reżysera, który jest Reżyserem? Tematyka jego dzieł? Wyszukana i niespotykana nigdzie indziej ikonografia? Specyficzny język filmowy? A może wystarczy zwykły biały napis na czarnym tle?
Tak, właśnie czołówki filmów Woody’ego Allena to jego znak markowy. Poza czarnymi okularami, Nowym Jorkiem, klarnetem, Freudem, to właśnie prosty font Windsor w kolorze białym na czarnym tle stał się znakiem rozpoznawalnym reżysera. Pierwszy raz pojawił się w „Annie Hall” i od tego czasu nie zniknął już z obrazów Allena. Czy ten font to jakiś symbol, czy kryje się za tym coś wartego nadzwyczajnej interpretacji? Bynajmniej. Allen, któremu wcześniej zdarzało się tworzyć wyszukane formy czołówek w stylu krzykliwej „Różowej Pantery”, doszedł do wniosku, iż jest to zwykłe marnowanie cennych dolarów. I to koniec tajemniczej historii allenowskiego słynnego fontu.

Nie jest to jednak zwykły napis. Dla mnie to chwila, kiedy wiem, że za chwilę stanie się na ekranie coś niesamowitego. Ważne jest to, że czytając owe napisy, czuję się częścią kolejnego filmu Allena. Z każdą premierą jego nowego obrazu ta czcionka sprawia, że czuję się tak, jakbym oglądała film dobrego znajomego. Film gorszy lub lepszy, jednak czołówka pozostaje ta sama, co znaczy, że Woody Allen ciągle jest tym samym Woody’m Allenem.

czołówka do filmu „Dziewczyna z tatuażem”

Patrycja Mucha nie może oderwać wzroku od czołówki „Girl with the Dragon Tattoo” / „Dziewczyny z tatuażem”:

Tym razem nie posilę się na oryginalność i wybiorę coś tak oczywistego, jak tegoroczne nominacje do Oscarów. Opiszę doskonałą czołówkę do filmu „Dziewczyna z tatuażem”. Cokolwiek mówiono o tym filmie (a mówiono wiele, np. że jest dużo gorszy od skandynawskiego „Millennium..”) nie ma większego znaczenia w obliczu majstersztyku, jakim jest ta czołówka! Wiemy, jak bardzo David Fincher upodobał sobie połyskujące w czerni figury oraz z jakim pietyzmem podchodzi do przedstawiania ludzkiego ciała. W ten sposób kręci teledyski dla innych, więc teraz zrealizował (oczywiście z pomocą Tima Millera) klip dla siebie, wykorzystując ulubioną estetykę i mocne nasycenie barw. Choć sam film toczy się w zupełnie innym, spokojnym, miarowym wręcz rytmie, to początek „Dziewczyny z tatuażem” jest absolutną petardą, która (jakże by inaczej) przedstawia treść w pigułce. Być może warto więc chłonąć przede wszystkim niezwykle dopracowane obrazy (którym towarzyszy hipnotyzująca muzyka Trent Reznor) niż skupiać się na tym, co właściwie one przedstawiają. Możemy bowiem zepsuć sobie całą zabawę, gdy nasz mózg w procesie konkretyzacji (Ingarden love!) zaspojleruje nam koniec filmu. Najlepsze w wybranej przeze mnie czołówce jest to, że atakuje swą wizualnością z niewiarygodną siłą, nie pozwalając naszym oczom oderwać wzroku od ekranu. Nie polecam zatem oglądać jej na youtubie, bo może skutkować to (jak w moim przypadku) zapętleniem, a w efekcie niemożnością powrotu do pracy.

czołówka do filmu „Skyfall”

Patrycja Gut przyznaje Oscara dla najlepszej czołówki ostatnich lat dla filmu „Skyfall”:

Przyznam szczerze, że nie jestem wielką fanką przygód Jamesa Bonda, a już szczególnie w wykonaniu Daniela Crage’a, który w ogóle nie pasuje mi do wizerunku agenta 007. Bond nie powinien być blond, tylko dark. Jedyne co ratuje go w moich oczach, to jego hipnotyzujące spojrzenie. Tym samym przymiotnikiem określiłabym czołówkę „Skyfall”, którą uważam za jedną z najlepszych ostatnich lat. Jest idealna pod każdym względem, zachwyca animacją z kalejdoskopowymi obrazami, jak i utworem w wykonaniu Adele, który dopełnia dzieła.

Czołówka pojawia się dopiero po 15 minutach filmu i to w newralgicznym momencie, tuż po postrzeleniu agenta, porwanego przez nurt rzeki. Postać i widz zostają dosłownie wciągnięci w wir wydarzeń. Przy pierwszym oglądaniu zachwyciłam się jej formą, ale i treścią.  Nie jest to typowy zapychacz mający tylko przedstawić obsadę. To spójna historia o tym, z czym będzie borykał się Bond w tej odsłonie. Roi się w niej również od bondowskich leitmotivów (np. głowa jelenia jako symbol Skyfall, krwawy deszcz padający nad tym miejscem, broń spadająca na dno rzeki, piękne kobiety, dziura po kuli).  Jako że „Skyfall” powstał z okazji pięćdziesięciolecia serii o Bondzie, zarówno film jak i czołówka łączy stare z nowym, więc można się w niej dopatrzeć nawiązań do czołówek poprzednich części w postaci podwodnych zdjęć z „Operacji Thunderball”, płonącej czaszki z „Żyj i pozwól umrzeć” czy przebitki ze złotą twarzą kobiety z „Goldfinger”.

Adele otrzymała Oscara za piosenkę z tej czołówki. Gdyby istniały Oscary za samą czołówkę to „Skyfall” otrzymałby go na pewno.

czołówka do filmu „Hydrozagadka”

Gaba Bazan miażdży system, tak jak czołówka „Hydrozagadki”:

Pewnie część z Was zastanawia się czy faktycznie czołówka jest taka ważna. Ano jest. Nie bez powodu filmoznawcy wzięli czołówki na warsztat przyglądając się im przemianom na tle historii kina. Naprawdę jest kilka ciekawych publikacji na ten temat! Ważne jest wszystko – muzyka, forma, długość i wymieniać bym tak mogła jeszcze chwilę. (polecam stronę internetową, która zbiera różne fantastyczne czołówki, http://www.artofthetitle.com/)

Dzisiaj nie spotkamy czołówki takiej, jaką znamy z klasyki kina. Często nie uraczymy już jej wcale. Zdarza się jednak też, że twórcy filmu tworzą je tak fantastyczne i charakterystyczne, że będziemy się nimi zachwycać niczym Alutka z Rodziny Zastępczej (KLIK!)

Ja postanowiłam zaskoczyć Was wszystkich. Po czołówkę sięgnęłam do polskiego kina. Znacie „Hydrozagadkę” Andrzeja Kondratiuka?  Jedna z lepszych polskich komedii z dużą dozą absurdu.   Nie dziwi więc fakt, że nawet czołówką, kolokwialnie mówiąc, zmiażdżyli system.

Nie uświadczymy tu muzyki będącej filmowym motywem przewodnim, nie uświadczymy  wymyślnej sekwencji będącej krótkim filmem w filmie. Ba, nie dostaniemy nawet napisów!
W zamian za to cudowna Iga Cembrzyńska patrzy się na nas uwodzicielsko, recytując twórców filmów, obsadę, a wszystko to przerwane krótkimi wstawkami wokalnymi (chyba poznałam inspirację Urszuli Dudziak). Mam wrażenie, że coś takiego mogli wymyślić tylko Polacy za PRLu! Majstersztyk – prostota i dekadencja w jednym.