Nocne Dyskusje Teatralne: „Cinema!”

O premierze „Cinema!” w reżyserii Beppe Navello w wykonaniu zespołu Teatru Śląskiego w Katowicach rozmawiają Natalia Kaniak i Anna Duda.

fot. Krzysztof Lisiak

fot. Krzysztof Lisiak

Anna Duda: Kiedy dowiedziałam się, jaką premierę planuje Teatr Śląski, pomyślałam przez chwilę, że będzie to albo ciekawy eksperyment, albo totalny niewypał. Nie sądziłam jednak, że zaproponują tylko przeniesienie estetyki kina niemego do teatru. Może to jest zboczenie teatralne, ale czy ty też miałaś wrażenie, że po prostu oglądasz film niemy?

Natalia Kaniak: Może nie do końca film niemy. Faktycznie, było w spektaklu mnóstwo z kina niemego, ale wydaje mi się, że twórcy inspirowali się również kilkoma dźwiękowymi produkcjami i wycięli z nich warstwę mówioną. Coś na zasadzie przerzucenia konwencji na inną płaszczyznę, w nie do końca dokładny sposób. Muszę przyznać, że przez to ograniczenie, które twórcy sami sobie narzucili, momentami gubił się przekaz, a prosta (jak mało jaki film) fabuła rozpływała się między kolejnymi „winietowaniami”. Sam zabieg sprowadzenia sceny do płaskiego ekranu wydał mi się bardzo odważny, ale obawiam się, że w przestrzeni teatru może się nie do końca sprawdzić. Dobrze, że obie siedziałyśmy mniej więcej na środku widowni (chociaż na balkonie) i widziałyśmy, co owa teatralna diafragma miała przysłaniać.

A.D: Fabuła, niestety, biła po oczy swoją prostotą. A jeśli chodzi o kinowe przeniesienie z boku faktycznie było widać prześwity zza gilotyn, jednak podejrzewam, że widzowie siedzący na wprost mogli wyraźnie odczuć efekt płynnie kadrującej migawki. Tu trzeba przyznać, realizacja spektaklu była chyba tym elementem, który w ogóle umożliwił stworzenie z tego jakiejś całości, żeby nie powiedzieć, że ciągnęła spektakl. Ale jeśli chodzi o sprawdzenie w teatrze no właśnie, według mnie się nie sprawdza. Spektakl był zapowiadany jako włoska koprodukcja, która ma nam przypomnieć, jak trudne były początki sztuki aktorskiej w tym okresie kina (a teraz to właśnie nie bardzo wiadomo nawet, w którym okresie) i pokazać, że i my potrafimy. No i nie wyszło najgorzej pod względem aktorskim, przynajmniej w kontekście techniki gry. Wolałabym chyba jednak, żeby promowano takie projekty jako rodzaj wymiany aktorskiej lub doszkalania aktorskiego, a nie wystawiano w pełnym blasku jako premierę, bo chyba oprócz zagranicznego gościa i peanów na cześć polsko-włoskiej przyjaźni nie wpływa to zasadniczo na repertuar teatru.

N.K.: Nie zmienia to faktu, że spektakl niemy oglądało się znacznie lepiej i płynniej niż szereg innych projektów Teatru Śląskiego. Żałuję również, że szumnie jak wspomniałaś zapowiadana koprodukcja okazała się w efekcie spektaklem w całości z polskimi aktorami, a po międzynarodowym akcencie pozostały tylko wyświetlane między scenami napisy w obu wersjach językowych (swoją drogą, twórcy mogliby raz a dobrze nauczyć się dobierać fonty i nie wcinać polskich znaków z pierwszego podobnego do oryginału kroju). Nie zmienia to faktu, że „Cinema!” ma kilka ciekawych zalet. Przede wszystkim nie nuży, mimo owego założenia bycia niemym. Jest niewymagającym patrzydłem, podobnie jak piątkowe wyjście do kina i podobnie jak filmy, na jakie został wystylizowany. Jak na lekkiej wagi spektakl, to całkiem przyzwoity produkt. W dodatku nie za długi. Obawiam się jednak, że widownia teatralna oczekuje czegoś więcej i nie należy zasypywać jej przeciętnymi propozycjami. Na średnią rozrywkę chodzi się gdzie indziej, a widz Teatru Śląskiego wymaga więcej.

fot. Krzysztof Lisiak

fot. Krzysztof Lisiak

A.D.: Te ciekawe zalety, o których wspominasz niewątpliwie są widoczne, ale oczekiwania wobec produkcji Teatru Śląskiego rosną w tej chwili na tyle, że trudno mi się zadowolić czymś, co wprawdzie skonstruowano bez zarzutu, ale jakoś nie daje mi poczucia, że na scenie wydarzyło się coś, czego nie zobaczę nigdzie indziej, jak tylko w teatrze – czyli to szczególne, żywe i bezpośrednie przeżycie gry aktorskiej. Sądziłam przez spektaklem (choć może niepotrzebnie robi się takie założenia), że spodziewać się można właśnie gry z konwencją filmową, jakiegoś przełamania lub przekroczenia tematu… A tu tego absolutnie nie było. I choć scenografia i kostiumy były dość urokliwe, a całość niezobowiązująca, to właśnie w tym chyba tkwi mój kłopot z tego typu projektami. Nie zobowiązują mnie do przyjścia ponownie, nie nastawiają na to, że następnym razem zobaczę coś dużo lepszego. Takie kooperacje są jak najbardziej potrzebne. I tu ogromny plus dla Teatru, że idzie w tę stronę, testuje różne możliwości i współpracę, ale niekoniecznie widzę potrzebę, by była to część repertuaru. Usłyszałam po spektaklu od znajomej (w obronie spektaklu), że było to „przyjemne” – to mniej więcej taki sam przymiotnik jak „sympatyczny” – niby dobrze,
a jednak nie mamy do tego kogoś zbytniego szacunku.

N.K.: No właśnie. Tylko czy Teatr Śląski ma być w założeniu przyjemny? Wydaje mi się, że taki spektakl mógłby być do obronienia, gdyby nie był wystawiany w Katowicach. A niestety, „Cinema!” nie zrobi dobrej reklamy Teatrowi Śląskiemu, mimo że pewnie nabije sobie frekwencję, bo Klub Seniora i szkoły wykupią bilety na następny miesiąc.

A.D.: To chyba nawet nie chodzi o długość geograficzną. Myślę, że Katowice, wbrew pewnym opiniom, nie są objęte jakąś klątwą teatralną. Poczucie niezadowolenia budzi raczej fakt, że ze względu na aglomerację dysponujemy potencjalnie bardzo dużymi możliwościami. Jest skupisko ludzi, w tym także artystów różnych profesji, a eksperymentów i fermentów, przynajmniej w teatrze, wciąż jeszcze nie widać. I dlatego boli zachowawcze podejście do produkcji, szczególnie teatru miejskiego, który bądź co bądź sytuację ma i tak dość dobrą.

N.K.: Tak, właśnie o to mi chodzi. O niewykorzystany potencjał i znacznie większe możliwości niż na przykład teatr w sąsiednim, mniejszym mieście.

fot. Krzysztof Lisiak

fot. Krzysztof Lisiak

A.D.: Wróciłabym jeszcze na moment do aktorstwa. Realizacja, o której mówiliśmy w pozytywach – włoska, aktorzy – śląscy (Natalia Jesionowska, Bogumiła Murzyńska, Agnieszka Radzikowska, Wiesław Kupczak i Mateusz Znaniecki). Tak, jak wspomniałaś: dlaczego nie posunięto się w tej współpracy krok dalej i nie zrobiono spektaklu mieszanego? Nie spróbowano pokazać czegoś, co dla włoskich aktorów jest charakterystyczne, a może mniej znane na polskich scenach. Wtedy można by pewnie ponarzekać, że Teatr Śląski jest kosmopolityczny, ale projekt zyskałby w jakiś sposób na wyjątkowości. W takiej wersji jest to kolejna produkcja, w której prezentuje się zespół dobrych przecież aktorów, lecz w przewidywalnych, zamkniętych w przyjemnej konwencji okolicznościach. Już chyba tylko siła przyzwyczajenia stałej publiczności Teatru Śląskiego każe klaskać (tak częste i gromkie brawa nawet w trakcie spektaklu mocno na wyrost). Tak, jak ze starym dobrym znajomym: przychodzisz zobaczyć go na scenie i klaszczesz, bez względu na efekt. Siła sympatii do ludzi jest pozytywnym zjawiskiem, ale tym samym ludziom, jako aktorom, należałoby się wreszcie jakieś artystyczne wyzwanie i choćby krok w stronę innej publiczności. Nie chodzi wcale o reformę całego teatru, skoro ma stałych odbiorców, ale właśnie takie projekty, które mogłyby nieco odświeżyć repertuar.

N.K.: Tym bardziej, że w spektaklu znalazło się kilka ról, w których aż prosiło się o wykorzystanie aktora z „włoskim temperamentem”. Nie chodzi o popadanie w stereotypy, ale skoro wystawiono komedię, można by się chociaż z nich ponabijać, albo wywrócić do góry nogami.

A.D.: Trudno orzec, czy to kwestia możliwości aktorów (choć myślę, że akurat grający panowie nie mieliby kłopotu z „podkręceniem” temperamentu), czy braku takich założeń. Nie wiem jednak, czy konieczne jest (i czy to w ogóle możliwe) robienie na siłę z polskich aktorów Włochów. Ten zabieg najlepiej udałby się właśnie przy aktorskiej współpracy, a nie tylko reżyserskiej. A do innych produkcji – mamy swój zespół i swój teatr z niemałymi możliwościami. Pytanie tylko, jak z nich korzystać. Na razie jeszcze wolę wierzyć, że to dobry znak, że takie pomysły w ogóle zaczynają się w Śląskim pojawiać.

N.K.: Pozostanę marudą. Wydaje mi się, że mimo świetnego pomysłu, jakim jest okazjonalna wymiana reżyserów i szkolenie aktorów do pracy z obcokrajowcami, pomysł nie rozwinie się,a nam pozostanie oglądać po wsze czasy sztuki a’la Teatr Śląski – niby fajne, lekkie i przyjemne, ale pozostawiające niedosyt i lekkie poczucie straconego czasu.

A.D.: Zgodnie z (zaskakującym wręcz) podtytułem „Cinema!” pozostaje nam chyba zostawić ten spektakl „bez słów”.

„Cinema!”
Scenariusz, reżyseria, ruch sceniczny i opracowanie muzyczne – Beppe Navello
Scenografia – Francesco Fassone
Kostiumy – Brigida Sacerdoti
Reżyseria światła – Marco Burgher
Przygotowanie projekcji – Mattia Rinaldi
Asystent reżysera – Beata Dudek
Asystenci scenografa – Alice Delorenzi, Agata Kurzak, Robert Nowotarski
Inspicjent – Dagmara Habryka
Realizator Dźwięku – Mikołaj Lichtański
Realizacja światła – Maria Machowska / Szymon Adamczyk
Realizacje projekcji – Marcin MüllerObsada:
Natalia Jesionowska, Bogumiła Murzyńska, Agnieszka Radzikowska, Wiesław Kupczak, Mateusz Znaniecki

Premiera: 31 grudnia 2013
Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego