Mit w pieśniach zamknięty

„Gdy rozum śpi, budzą się demony”. Tytuł jednego z obrazów Goi przypomniał mi się nagle podczas spektaklu „Pieśni Leara” Teatru Pieśni Kozła. Wydawałoby się, że bez większego związku z samą sztuką. A jednak.

materiały teatru

Materiały teatru

Wszystko zaczyna się od krótkiej anegdoty nawiązującej do retrospektywy dzieł Kandinsky’ego w Tate Gallery. Na scenę wychodzi Grzegorz Bral i (jakby w ramach wprowadzenia do spektaklu) mówi o pierwszym obejrzanym obrazie, który stał się punktem odniesienia do zrozumienia kolejnych, coraz bardziej abstrakcyjnych. Obraz ten miał być swoistym kluczem do odbioru całej wystawy, poniekąd na zasadzie wolnych skojarzeń. Być może jest to pierwszy sygnał tego, jak odbierać spektakl, który rozpoczyna się chwilę później. Bo ten nie jest prostą, linearną adaptacją „Króla Leara”. Widz otrzymuje dwanaście obrazów-pieśni, dla których szekspirowska tragedia staje się jedynie punktem wyjścia. Składają się one na poruszające misterium, podczas którego czas zdaje się stawać w miejscu, a świat przyjmuje wymiar niemal mityczny.

Bohaterem planu pierwszego jest muzyka(Jean Claude Acquaviva, Maciej Rychły). Nadaje kierunek emocjom i urasta do rangi podmiotu – czasem bardziej realnego niż uboga scenografia. Na scenie stoją krzesła ustawione w półokręgu. Po prawej stronie instrumenty. Stroje proste, czarne. Najważniejsi są aktorzy i muzyka, którą współtworzą. Ten spektakl to krok w stronę obrzędu ,swoistego katharsis. Aktorzy zdają się przeżywać oczyszczenie, a widzowie przejmują na siebie ich emocje. Niezwykła jest pasja, z jaką podchodzą do swoich ról. Niezwykłe jest, jak głęboko w muzyce zawarty jest cały konflikt tragiczny „Króla Leara”.

materiały teatru

Materiały teatru

Całość spektaklu przyjmuje formę warsztatu twórczego poczynając od ubogiej scenografii, a kończąc na pełnym zaangażowaniu aktorów, doprowadzeniu ich do skrajnego wręcz nasilenia emocji i przeżyć. Do tego dochodzi wysublimowana, dopracowana choreografia. Każdy gest, nawet najmniejszy, ruch, mimika twarzy, śpiewane słowo – wszystko osiąga poziom perfekcji.

„Pieśni Leara” to luźno powiązane obrazy. Bral stara się je łączyć przydzielając sobie rolę narratora – przewodnika, który objaśnia kolejne sceny. Zastanawiam się tylko, czy taka funkcja w spektaklu w ogóle była konieczna? Wydaje mi się, że nie. Tak naprawdę nie konkretne słowa były tutaj ważne (wspominając chociażby wykorzystanie elementów języka koptyjskiego). Istota tkwi w sile przekazu, w stale narastających emocjach. To spektakl, który dzieje się nie tylko na scenie, ale też w wyobraźni każdego z widzów. Zapewne u każdego w inny sposób, ale najważniejsze jest wzbudzenie tych najgłębszych, pierwotnych emocji.

037 (640x426)

Materiały teatru

„Pieśni Leara” to taki rodzaj teatru, który potrafi na oczach widzów zrodzić napięcie tak silne, że aż hipnotyzujące. Nawet oglądając spektakl po raz drugi miałam wrażenie, że mój umysł został zamknięty w pułapce. Już od pierwszego dźwięku, przez ponad godzinę, nie sposób było oderwać się myślami choćby na chwilę. A i później trudno od razu wrócić do zwykłej codzienności.

 

Reżyseria: Grzegorz Bral

Muzyka: Jean-Claude Acquaviva, Maciej Rychły

Przygotowanie pieśni: Kacper Kuszewski

Obsada: Anna Zubrzycki, Anu Salonen/Katrzyna Timingeriu, Monika Dryl, Julianna Bloodgood, Emma Bonnici, Kacper Kuszewski, Rafał Habel, Gabriel Gawin, Paolo Garghentino, Ian Morgan/Łukasz Wójcik i Maciej Rychły