Pijane elfy i przystojne krasnoludy, czyli postmodernistyczny (?) „Hobbit”

„Hobbit: Pustkowie Smauga” cierpi na wszystkie przypadłości środkowej części trylogii: zaczyna i kończy się znienacka, rozpięty jest pomiędzy zeszłoroczną częścią pierwszą i przyszłoroczną trzecią, budzi wielkie oczekiwania, których nie spełnia. Nie oznacza to jednak wcale, że mamy do czynienia z filmem złym. Wręcz przeciwnie, „Pustkowie Smauga” wnosi w świat Śródziemia zupełnie nowe, nieoczekiwane jakości, które znajdą zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników.

HBT1-fs-304358.DNG

fot./ materiały prasowe

Zagorzali fani książkowego pierwowzoru będą zapewne wzburzeni zmianami, jakie wprowadzono na potrzeby filmu. Szereg dodatkowych wątków ma jednak na celu powiązanie fabuły „Hobbita” z „Władcą pierścieni”, co wydaje się zrozumiałym i uprawomocnionym zabiegiem.

Druga część trylogii jest filmem zdecydowanie bardziej brutalnym niż „Niezwykła podróż”. Wręcz familijny klimat zeszłorocznego dzieła Petera Jacksona ustąpił miejsca mrokowi i chłodowi. Podobne jest całe „Pustkowie Smauga” – mroczne, chłodne i w pewnej mierze wyrachowane. Dziecięce, naiwne (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) zaangażowanie w świat Tolkiena gdzieś zniknęło. Zastąpiła go świadomość wypracowanego przez siebie wizualnego języka Śródziemia i zdystansowana zabawa nim. Drugi „Hobbit” staje się autopastiszem, pełnym mrugnięć do widza, odwołań zarówno do poprzedniej części, jak i do „Władcy pierścieni”, a także przeformułowań schematów, w które Jackson łatwo mógł popaść.

Hobbit materiały prasowe3

fot./ materiały prasowe

Doskonałym tego przykładem jest nieobecny w książce wątek trójkąta miłosnego między Tauriel (Evangeline Lilly), Legolasem (doprawdy znakomity Orlando Bloom, z szaleństwem w oczach, jakiego dotąd nie widzieliście) i… Kilim (Aidan Turner). Z punktu widzenia tolkienowca-purytanina wątek absurdalny, pozbawiony sensu i nijak nieumotywowany pierwowzorem literackim. Cóż jednak z tego – Jackson bezwstydnie igra z melodramatem, jednocześnie przeformułowując problematykę „erotyki międzyrasowej” w Śródziemiu. Kwestia rasowości potraktowana zostaje tutaj zresztą wyjątkowo intrygująco. Stereotypy wytwarzane od czasów „Drużyny pierścienia” podważane są na każdym kroku: elfy bywają pijane a krasnoludy piękne. Zniuansowane zostają też podziały klasowe i charaktery samych bohaterów: tam gdzie, zgodnie z logiką baśni, powinniśmy znaleźć dobro, znajdujemy zło, opoka moralności staje się siedliskiem wątpliwości, zły władca – pomocnikiem, a pozorny przyjaciel – wrogiem.

Hobbit materiały prasowe4

fot./ materiały prasowe

Przy tym wszystkim „Hobbit” jednak traci tę prostą, kinową, „naiwną” magię, która obecna była jeszcze w „Niezwykłej podróży”. Jeśli będziemy chcieli przyłączyć się do wyprawy Bilba (Martin Freeman) i dwunastu krasnoludów, oczekując emocjonalnego zaangażowania i przeżywania przygody na równi z nimi, z pewnością się zawiedziemy. Przyjemność z odbioru „Pustkowia Smauga” przesunęła się na inny poziom. To film w wielu wymiarach postmodernistyczny, ogląda się go z dystansem – intelektualnie, nie emocjonalnie. Peter Jackson odnosi tym samym sukces, jednocześnie zaliczając porażkę. „Pustkowie Smauga” to film, który z pewnością podzieli widzów.

Od 25 grudnia film będzie można obejrzeć w Cinema-City:

ccPoczujMagie_600x100

 

Pawel Świerczek