High Five! Christmas movies

Tak, tak – temat bez szału i filmy oklepane. Ale umówmy się – święta to nie jest czas na oryginalność. To czas na wspominanie z sentymentem o tym, co dobrze znane. Te parenaście dni w roku to okres, kiedy pozwalamy sobie na ckliwość i folgujemy naszej wyobraźni. Wszystkim napotkanym na ulicy znajomym życzymy Wesołych Świąt i z radością siadamy przed telewizorem, oglądając po raz setny te same filmy. W tym High Five nie chodziło nam o oryginalność, ale o uczucia, które wzbudza w nas każdy z tych filmów. Także śmiało, bądźmy delikatni!

Szklana pułapka materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Michał Twardowski najwyraźniej chciałby usłyszeć Bruce’a Willisa śpiewającego w „Die hard” / „Szklanej pułapce” świąteczny przebój Mariah:

All I want for Christmas is you… – śpiewa po raz kolejny Mariah Carey, przypominając nam tym samym, że nieważne są prezenty, choinka i barszczyk z uszkami, ale osoby, z którymi spotykamy się przy wigilijnym stole. A kiedy już zobaczymy pierwszą gwiazdkę, podzielimy się opłatkiem, skosztujemy (lub pochłoniemy) dwanaście potraw, to wspólnie zasiądziemy przed telewizorami i podziwiać będziemy heroiczne wyczyny Johna McClane’a, który w Nakatomi Plaza robi świąteczne porządki. Kevin sam w domu” jest dla tych, którzy jeszcze wierzą w Świętego Mikołaja – „Szklana pułapka” to Boże Narodzenie dla prawdziwych twardzieli. Choć lwia część tego klasyka kina akcji rozgrywa się pod znakiem wybuchów, twarzoprania i „Yippee ki yay skurkowańcu”, to nie należy zapominać, że cała ta przemoc jest jedynym sposobem, by John mógł uwolnić swą żonę, Holly, z opanowanego przez terrorystów budynku i spędzić z nią i dziećmi spokojne, rodzinne święta przy kominku. Wszak Szklana pułapka zaczyna się niemalże jak film familijny: zapracowany ojciec leci przez całe Stany Zjednoczone, aby być w ten magiczny, bożonarodzeniowy czas ze swymi bliskimi. Gdy zaś na przeszkodzie w realizacji tego scenariusza stają niecni terroryści, Johnowi nie pozostaje nic innego, jak nauczyć niegodziwców poszanowania dla tradycji. Po zażegnaniu wszystkich niebezpieczeństw McClane i Holly wsiadają do limuzyny i przy dźwiękach Let it snow! Deana Martina jadą przez zaśnieżone miasto. Święta zostały uratowane, dzieci dostaną prezenty, miłość triumfuje, a gdyby Mariah Carey napisała swą piosenkę wcześniej, Bruce Willis na pewno zaśpiewałby swej ukochanej: All I want for Christmas is you…

Przyjaciele materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Patrycja Gut wierna jest serialowi „Friends” / „Przyjaciele” przez cały rok:

Z racji tego, że Polsat niczym Grinch pozbawił mnie zwyczajowego zwieńczenia wigilijnej kolacji, jakim było oglądanie „Home Alone”, musiałam stworzyć sobie nową świecką tradycję. Stało się nią oglądanie „Przyjaciół”, a w szczególności ich świątecznych odcinków, które są dla mnie receptą na niekonwencjonalną Gwiazdkę i wypełnienie pustki po Kevinie.

U friendsów zamiast kolęd usłyszymy piosenkę o bałwanku i  samobójstwie matki Phoebe, za oknem zamiast płatków śniegu będzie obrzydliwy golas ubierający choinkę, prezenty wręczy Chanukowy Pancernik i Superman, a lukrowe cukierki  zaserwowane zostaną w ludzkiej czaszce. U Moniki i Rachel z powodu zepsutego grzejnika uroczystą kolację zastąpi impreza w stylu tropikalnym, a Joey w stroju elfa będzie wyglądał jak „kupa śmiechu z przewagą kupy”.

„Przyjaciele” robią także coś dla innych: Phoebe, zbierając datki dla biednych, emanuje radością, którą „chce zaspokoić całe miasto”, podczas gdy Ross sprzedaje miętowe Jezuski i renifery (ciastka) w imieniu skautki, której złamał przypadkiem rękę. Phoebe nauczyła mnie także tego, że  trzeba kupować stare, uschnięte choinki, by mogły spełnić swe świąteczne przeznaczenie. A gdy nie ma się pomysłu na prezent  można ułożyć świąteczną, rymowaną piosenkę a la Buffay lub dać bliskim uścisk dłoni, jak zrobił to Joey.

Mimo, że święta szybko mijają, nie należy się spieszyć ze ściąganiem choinkowych światełek, gdyż być może będzie miało się tyle szczęścia co Rachel, która podczas tej czynności zwichnęła nogę i trafiła na ostry dyżur wprost w objęcia Geogre’a Clooney’a i Noaha Wyle’a. Zatem życzę Wam tego samego i cytując Phoebe: „Happy Holiday!, Feliz Navidad!, Allo i Merry Christmas!”.

Holiday materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Patrycja Mucha, tak jak bohaterowie „Holiday”, stara się docenić prostotę:

„Kocham to, co banalne. Chcę od życia tego, co banalne”. Tak rzecze Iris w „Holiday” i jest to nie tylko kwintesencja filmu, ale również świąt jako takich. I jest to w dodatku święta prawda. W okresie przedświątecznym człowiek zdaje sobie sprawę, że „all we need is love” (oraz ewentualnie ciepłych skarpetek). Magia Bożego Narodzenia polega na tym, że choćby nie wiem jak źle było, to przez ten krótki czas chaos na chwilę się porządkuje, a życie wydaje się prostsze. I tak samo proste będzie to, co tym razem napiszę.

„Holiday” przedstawia historię czwórki osób po trzydziestce, których życie ułożyło się tak, a nie inaczej, bo przestali je kontrolować i wsłuchiwać się w co, co mówi im serce. Iris (dziennikarka, zakochana nieszczęśliwie po uszy w człowieku, który wykorzystuje ją do cna) i Amanda (montażystka trailerów filmowych, świeżo po rozstaniu) chcąc uciec od przytłaczającej je codzienności zamieniają się domami na święta. W efekcie obie poznają mężczyzn, z którymi być może nie zwiążą się na całe życie, ale przynajmniej wszyscy zaznają od siebie czułości i opieki.

„Holiday” jest filmem pełnym ciepła. Przypomina o tym, że goniąc za cieniem sukcesu i spełnienia każdego dnia zapomina się, że najpiękniejsze i najważniejsze w życiu są szczęście i miłość. Tak, zdaje sobie sprawę z tego, że rozprawiam tu o banałach filozoficznych. Ale i ja pragnę od życia właśnie tego, co banalne. Poza tym: c’mon, są święta!

Edward Nożycoręki materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Wiktoria Ficek chce produkować śnieg razem z „Edward Scissorhands” / „Edwardem nożycorękim”:

Żyjemy w takim kraju, że nie tylko ludzie robią sobie na przekór. Od pewnego czasu (prawdę mówiąc – odkąd pamiętam) pogoda płata nam psikusa. W tym roku, świąteczne jajko wielkanocne konsumowałam w towarzystwie bałwana – efekt wiosennych opadów lodu. Jeśli zaś mówimy o Bożym Narodzeniu, to nie wiem kiedy święta wyglądały jak te, przedstawione w końcowych już kadrach „Lśnienia”. Może taka wichura nam nie potrzebna, ale osobiście żądam białego puchu za oknem w okolicach 24 grudnia! Dlaczego gdzieś na szczycie szybu górniczego, dachu Altusa czy wieży spadochronowej nie ukrywa się nasza własna wersja Edwarda Nożycorękiego, który wprawiając w ruch swoje zwinne, ostre i stalowe palce pokryłby katowickie ulice białymi kryształkami śniegu?

Oczywiście, samotnego i niewinnego Macaulaya Culkina widziałam już naście razy, „Love Actually” doprowadziło mnie do łez, a rodzina Griswoldów niejednokrotnie wspomagała u mnie produkcję endorfiny. Jasne, że filmy świąteczne posiadają w sobie nutkę magii. Christmas movies to sezonowe szaleństwo, ale ja się w to nie bawię.  Swoją magię świąt odnajduję za to w baśniowym „Edwardzie Nożycorękim” – dziele, którego postawienie na półce z omawianym „gatunkiem” będzie nieoczywiste. Jedno jest pewne: emocje towarzyszącej tej historii idealnie wpisują się w specyficzną atmosferę bożonarodzeniową. Tę uroczo-przerażającą opowieść o androidzie Edwardzie mogłabym opowiadać swoim wnukom, tłumacząc skąd bierze się śnieg. Tim Burton przeszedł samego siebie – oto kwintesencja jego warsztatu artystycznego. Podobnie ma się rzecz z boskim Johnnym, dzięki któremu główna postać w filmie, mimo swojej odmienności, wzbudza naszą największą i szczerą sympatię. Mamy ochotę przygarnąć go do własnego domu, a podczas wigilii posadzić na miejscu dla niezapowiedzianego gościa. W tym filmie każdy znajdzie coś dla siebie: piękną historię, pozbawioną cukierkowego zakończenia, morderstwo, komizm, surrealizm i romans. Jeśli chociaż na chwilę chcecie odpocząć od świątecznego szaleństwa, niekoniecznie rezygnując z tego wyjątkowego klimatu, to jest najlepszy wybór! Edward Was zaczaruje!

To właśnie miłość materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Gabriela Bazan odprawia swój przedświąteczny rytuał, oglądając „Love Actually” / „To właśnie miłość”:

Jestem wielką miłośniczką świąt i przyznaję się – kocham cały kicz z nimi związany.
Co roku od 1 grudnia chodzę w swetrach w renifery, szybko ubieram choinkę, zapętlam „Last Christmas” i oglądam świąteczne filmy. Należę do grona osób, którym „Kevin sam w domu” nigdy się nie znudzi (serio!). Rok w rok, od lat 90., oglądam go, kiedy leci na Polsacie. Poza tym uwielbiam ten soundtrack (KLIK!)! Znam wszystko na pamięć, ale co tam, obejrzałam Kevina w zeszłym roku, w tym już też, i w przyszłym na pewno  także go zobaczę.

Ale nie o Kevinie chcę tu pisać (to by było zwyczajnie za proste). W prawdzie nie pokuszę się o napisanie o filmie, którego nikt nie zna, powiem więcej, napiszę o filmie, który zaraz po Kevinie jest najbardziej oklepanym grudniowym filmem w historii. Mowa oczywiście o
„To właśnie miłość”. Jako, że już na wstępie strzeliłam sobie w stopę zdradzając, co robię w grudniu, to dodam, że od 2003 roku – kiedy to Richard Curtis zadebiutował kręcąc swój pierwszy świąteczny film – odnawiam z siostrą tradycję: ZAWSZE 1 grudnia oglądamy  „Love Actually”.

Zastanawiałam się nad fenomenem tej produkcji. Teoretycznie to komedia romantyczna jak każda inna. Jednak w moim odczuciu „To właśnie miłość” wyróżnia się przede wszystkim angielskim humorem (mój faworyt: Bill Nighy i jego rola podstarzałej gwiazdy rocka) oraz świątecznym ciepłem i optymizmem (nie wiem czy zwróciliście uwagę ile w tym filmie jest bieli, czerwieni i zieleni). Wisienką na torcie „To właśnie miłość” są aktorzy – Liam Neeson, Emma Thompson, Colin Firth, Keira Knightley, a nawet Jaś Fasola. Ja na przykład rozpływam się kiedy patrzę na boskiego Alana Rickmana, a układ taneczny Hugh Granta potrafię już zatańczyć sama. (KLIK!). Nie mogę też nie wspomnieć o brytyjskim akcencie Granta i wielokrotnie przez niego powtarzanej frazie: „yeeeaa emm, right”.

Prawda jest taka, że jedni mają już po dziurki w nosie wszystkiego, co ma w sobie pierwiastek świąt, inni zaś traktują  „Love Actually” jak tradycję ważniejszą od „Kevina samego w domu” i nie  wyobrażają sobie świąt bez tego filmu. Jestem przekonana, że nie tylko ja odbywam co roku rytuał rozpoczęcia okresu przedświątecznego oglądaniem „To właśnie miłość”. Ktoś się przyzna?

PS. A wiecie, jak wyglądało by „Love Actually 2”? No, to zobaczcie! -> KLIK!