After Tauron Nowa Muzyka 2013 – Glasse & Easy, COMA, 30.11.2013, Jazz Club Hipnoza, Katowice

rsz_tauronComa – to niewinne słówko oznaczające dla obcokrajowców wyłącznie śpiączkę lub przecinek, potrafi wprawić polskiego melomana w histerię, drgawki, w ostateczności padaczkę. Nie wiadomo jak i kiedy polski zespół zaczął kojarzyć się nie-do-końca-pozytywnie, ale nie ma się o co martwić – nie ta kwestia jest istotą poniższego tekstu. Pojawił się bowiem na europejskiej scenie elektro zespół, który ma spore szanse odczarować urok ciążący na tym wyrazie – Coma z Kolonii to zupełnie inna muzyczna jakość, skierowana do innej publiki o kompletnie odmiennej wrażliwości. I to właśnie ta Coma w ramach tzw. afterparty po festiwalu Tauron Nowa Muzyka zagrała koncert 30 listopada w Jazz Clubie Hipnoza.

Oczekiwania były spore, zwłaszcza po dobrym występie podczas tegorocznej edycji festiwalu. Hipnoza może i nie była wypełniona po brzegi, ale nie można też powiedzieć, żeby frekwencja zupełnie nie dopisała. Niestety, to poczucie średniości, wyrażające się chociażby w liczbie uczestników, towarzyszyło podczas całego wieczoru. Materiał zaprezentowany przez Comę nadawał się do kilku podskoków, ale zdecydowanie „nie powalał”. Publika wyglądała na zadowoloną, ale nie trzeba być koncertowym ekspertem, żeby odróżnić szałowy popis od dobrze wykonanej roboty. Momentami wizualizacje wydawały się ciekawsze od akcji na parkiecie. Również afterparty nie spełniło oczekiwań – ileż można tańczyć do jednej trance’owej nuty? Zabrakło iskry, zabrakło tego CZEGOŚ, co uczyniłoby ten wieczór niezapomnianym.

Tradycja organizowania „afterów” i „beforów” przez ekipę festiwalu Tauron to doskonały chwyt marketingowy, promocyjny, ale i ważny ze względów artystycznych. Któż inny ściąga do Katowic nowych, odważnych przedstawicieli sceny elektro? Dobrych eventów jest coraz więcej, ale nadal nie jest to liczba, która przyprawiałaby o zawrót głowy. Apeluję jednak o staranniejszy dobór wykonawców – przykład stanowić mogą Fuck Buttons, którzy pod koniec września rozgrzali Hipnozę do czerwoności. Za to nie umniejszając nic Comie, wydaje się, że najlepiej brzmią w dobrych słuchawkach, niekoniecznie na żywo.

Jednak jakkolwiek by nie było, zawsze warto poszukać plusów – może tym razem nie wytańczyliśmy się wszyscy do porządku, może chłopcy mieli słabszy dzień, a publika zbyt wysokie oczekiwania, nieważne – zawsze lepsza Coma od Comy.

Martyna Poważa