Naked Brown – „Not So Bad”

rsz_naked-brownOk, zastanówcie się teraz chwilkę. Kiedy ostatni raz słuchaliście polskiej płyty z pierd**nięciem? Pytanie o tyle trudne, że przymiotnik „polskiej” jest tu kluczowy. I nie, nie bierzemy tu pod uwagę pewnej łódzkiej kapeli na literę C. Jeśli macie równie wielki problem z odpowiedzią co ja, to zdradzę wam, która polska płyta będzie tą następną odpowiedzialną za wejście „z buta” w wasze kanały słuchowe.

Dzisiaj będzie krótko i konkretnie. Dokładnie tak, jak na długogrającym debiucie gdańskiej kapeli Naked Brown zatytułowanym „Not So Bad”. Album ten to zestaw siedmiu kopiących tyłek kawałków, stanowiących kwintesencję tego, o czym marzy każdy gówniarz zachłysnąwszy się hard rockiem. Sex, drugs and rock’n’roll pełną gębą. Wymienianie inspiracji stojących za tym albumem to w gruncie rzeczy strata czasu. Formułę tego gatunku zna każdy muzyczny gołowąs. W zasadzie jest to styl, który trudno zepsuć, znając nawet kilka podstawowych zagrywek gitarowych, ale też i odkryć na nowo. Operowanie ciężką maszynerią w rejonach, w których ciężko dokopać się do jakichś świeżych pokładów pomysłów wychodzi jednak kwartetowi Naked Brown wybornie. Zwłaszcza, że na tle nawet całkiem dobrze rozpoznawalnych zagranicznych kapel grających hard rocka są oni w stanie wyróżnić się jednym, malutkim szczegółem. A jest nim przebojowość. „Not So Bad” to nie tylko kawał soczystego gitarowego mięcha, ale przede wszystkim świetne PIO-SEN-KI.

Na przestrzeni trzydziestu kilku minut dostrzeżemy w muzyce Naked Brown doskonałe połączenie czterech fundamentalnych elementów (wiosła, bas, perkusja, no i wokal) gwarantujących ostrą jazdę bez trzymanki, z której żal byłoby rezygnować. Klasyczne, brudne riffy? Są. Szybkie, ale i momentami ekwilibrystyczne łojenie po garach? Jak najbardziej! Męski ryk à la Lemmy z czasów, gdy pił nieco mniej (były takie w ogóle)? Też jest. Wszystko na swoim miejscu, dokładnie tak, jak być powinno. Bo muzyka Naked Brown nie skłania do wielkich analiz i wydumanych interpretacji liryczno-dźwiękowych. Ta płyta, a także jej zabawna okładka, podpowiada: „rusz swoje cztery litery, łap browara i baw się aż do świtu”. I gdyby nie fakt, że w momencie pisania tej recenzji dopada mnie przykra świadomość, że za kilka godzin muszę wstać do pracy, to dałbym się pewnie szybko do powyższego pomysłu przekonać. Z takimi piekielnie dobrymi dźwiękami w słuchawkach naprawdę trudno jest się oprzeć pokusie.

Nasza ocena: 4/5

Nasza ocena: 4/5