Wiem to, czego nie wiedzą inni

rsz_ars_cameralis_2013_logoPowyższe hasło, zresztą trafnie dobrane (i na wskroś hipsterskie), przyświecało tegorocznej, XXII już edycji festiwalu Ars Cameralis. Imprezy, która jeszcze przed samym rozpoczęciem wywołała tym razem raczej skrajne postawy wśród jej uczestników. Poczucie pewnej elitarności – czy wręcz przeciwnie: krępującej niewiedzy – zdecydowanie mogły dominować przy pierwszych reakcjach na listę artystów. Organizatorzy postawili bowiem w tym roku na repertuar pozbawiony wielkich gwiazd, skupiając się raczej na nowościach. Decyzja dla niejednego zapewne miłośnika festiwalu ryzykowna i kontrowersyjna, biorąc pod uwagę poprzednie, głośne medialnie edycje. Postanowiliśmy się zatem przekonać na własne uszy, jak skierowanie się na powrót w stronę pierwotnej idei, wykutej przecież w samej nazwie festiwalu, zadziałało na publikę w listopadzie 2013.

Ars Cameralis jest niezastąpiony w odkrywaniu fantastycznych kobiecych głosów. Jednym z takich odkryć był występ Emily Wells. Amerykańska multiinstrumentalistka i wokalistka wystąpiła w Bytomskim Centrum Kultury. Na niedużej scenie stała przed nami drobna brunetka, zawadiacko kręcąca głową, rozbawiająca tłum polskimi słówkami, których nauczyła się w taksówce tego samego dnia. Miłośniczka burbonu z Teksasu zaprezentowała materiał ze swojego ostatniego albumu ‘Mama’, jednocześnie śpiewając i grając na skrzypcach, syntezatorach i perkusji – kto był, ten wie! Świetne wyczucie rytmu, bezbłędna koordynacja, dla której jestem pełna podziwu (ciężko okiełznać jeden instrument, a co dopiero cztery!), a to wszystko obsypane dobrym poczuciem humoru – więcej takich koncertów!

W przeciwieństwie do damskiej, akredytowanej reprezentacji Reflektora, męska część działu muzycznego ograniczyła się w tym roku do śledzenia wydarzeń wyłącznie w Katowicach. Oczywiście nie trzeba było długo czekać na koncert w „stolicy”, gdyż już pierwszego dnia festiwalu do Hipnozy zawitał Bilal. Artysta, którego imię znałem przede wszystkim z pojawiania się na odwrocie licznych albumów z „czarną muzyką” zaraz za skrótem „feat.”, a nie z własnym dokonań, chciał tamtego wieczoru zabłysnąć aż za mocno. Odnosiłem wrażenie, że momentami, mimo imponującej żonglerki stylistycznej, nie wie do końca, co chciałby zaprezentować. I tak jak pierwsza część koncertu upłynęła pod znakiem przyjemnego r’n’b i soulowo-jazzowego muzaka do lampki wina (czy też robienia zakupów w centrum handlowym, jak kto woli), to druga połowa z (o zgrozo!) post-rockowymi elementami prosiła się o przedwczesny gwizdek kończący spotkanie. Niezdecydowany mężczyzna, nawet jeśli śpiewający w trakcie koncertu bez koszulki, to jednak mało atrakcyjny towar, nie tylko dla pań.

Zgoła odmienną postacią jest i zawsze był (i oby taką pozostał na wieki wieków, amen) Lech Janerka. Prowadzący artystyczny żywot na przekór samemu sobie, urzekł mnie swoją szczerością nie tylko w sensie muzycznym. Jak przyznał się przed publiką zgromadzoną w katowickim Kinoteatrze Rialto, nie znosi procesu twórczego, nie czyta obecnie książek, a najlepiej to by w ogóle tak po prostu zniknął, pogrążył się w niebycie. W odpowiedzi na pytanie, dlaczego zatem robi to, co robi, stwierdził, że prawdziwy dżentelmen powinien dokonywać rzeczy niemożliwych. I jak rzekł, tak uczynił. Zagrał wraz ze swoim zespołem powalający koncert, serwując utwory, które już od dawna stanowią żelazną klasykę polskiego rocka. W rzeczywistości niezwykłość Lecha nie jest czymś niezwykłym, gdyż taaaakie występy dla niego to już pewna norma, jak zapewniali mnie starsi znajomi, którzy widzieli muzyka na żywo już kilkukrotnie (co wcale nie nadarza się zbyt często). Jednak na długo jeszcze pozostanę sam na sam z pytaniem, w jaki sposób możliwe jest granie smutnych, przesiąkniętych polskością utworów, zapewniających człowiekowi energetycznego kopa zamiast egzystencjalnego doła. Podejrzewam, że sam sprawca całego zamieszania z pełną powagi miną, ale w żartobliwy sposób odpowiedziałby, że nie ma zielonego pojęcia.

Podczas ostatniego weekendu festiwalu miały miejsce występy duńskich artystów. Oba koncerty odbyły się w Hipnozie. Ponoć Oh Land miała kiepski dzień i fatalne samopoczucie, czego dowiedziałam się już po koncercie. I gdyby kolega mi tego nie powiedział, przenigdy bym na to nie wpadła. Skandynawska niedoszła tancerka śmigała przecież na wszystkie strony sceny, puszczając zalotne oczka przy ‘My boxer’, wyjąc do neonu za sceną ‘Wolf and I’ i wariując przy ‘Sun of a Gun’, ‘Renaissance girls’ czy ‘Pyromaniac’. A spory tłum ściśnięty pod sceną katowickiego klubu, który chętnie podrygiwał do rytmu, tylko potwierdza dobry wybór organizatorów – Oh Land to był strzał w dziesiątkę!

Podczas gdy Oh Land roztańczyła tłum słodkim i lepkim popem, When Saints Go Machine dla kontrastu przygnietli nas kilkoma dodatkowymi kilogramami elektroniki (mowa tu rzecz jasna o brzmieniu, nie o instrumentach J). Zespół, który właśnie promuje swoje nowe wydawnictwo ‘Infinity pool’, zaprezentował utwory utrzymane w melancholijnym i zarazem zdecydowanym tonie, nie rezygnując jednocześnie z takich popowych klasyków swojego repertuaru jak ‘Kelly’. Gotycki klimat zlany z brzmieniem z przełomu lat 80. i 90. opanował jazz club, ale mnie jednak pozostawił w zagubieniu i niedosycie.

Mimo że z przyczyn niezależnych od organizatora Stranded Horse pojawił się na scenie nie jako kwintet, lecz jako duet (głównemu artyście towarzyszył jedynie Boubacar Cissokho), wydarzenie z impetem zakończyło XXII festiwal Ars Cameralis. Afrykański instrument kora świetnie współbrzmiał z gitarą, a obaj muzycy wyprawiali na instrumentach istne cuda na gryfie. Stranded Horse Duo w połączeniu z kameralnym klimatem katowickiego Kinoteatru Rialto byli tym, czego było potrzeba w pierwszy zimowy wieczór w tym roku – kubkiem grzanego wina, które zostawia przyjemny posmak po 16-dniowym festiwalu Ars Cameralis.