Odmienić „śmierć” przez przypadki

„Wystawiłem Gorkiego, bo napisał wciągający dramat pełen życiowych banałów” usłyszała publiczność Teatru Śląskiego po  słyszała publiczność TŚ po prapremierze rumuńsko-węgierskiej adaptacji „Na dnie”. Reżyser, Attila Keresztes, w tekście sprzed stu lat odkrywa współczesne komunały i na nowo snuje opowieść. Czy równie wciągającą?

fot. Krzysztof Lisiak

fot. Krzysztof Lisiak, www1.teatrslaski.art.pl

Nie jest tajemnicą, co znajdziemy u Gorkiego. Zasadnicza kwestia: człowiek mierzy się z Bogiem, który jest równie oczekiwany, co odrzucony i zakrzyczany. Ponadto śmierć wydaje się bohaterom rozwiązaniem kuszącym, a przynajmniej wartym rozpatrzenia, skoro życia nie da się znieść. Dzisiaj z modernistami dzielimy te same banały, różni nas tylko sposób, w jaki się o nich opowiada. Być może, gdy jest mowa o uniwersalnym dramacie, mamy na myśli historie równie nudne, co tragiczne, które od wieków zdarzają się każdemu i chociaż nie są obiecującym materiałem na fabułę, to przedstawione na scenie dotykają nas najmocniej. Właśnie na tej płaszczyźnie Keresztes szuka porozumienia z rosyjskim pisarzem.

Tym razem na scenie zobaczymy różne warianty życiowej przegranej. W zatłoczonym domu noclegowym bohaterowie przepychają się, wszczynają awantury, wymieniają uwagi o miłości, upokorzeniu i alkoholu, ale dialogi są pozorne, bo w gruncie rzeczy nikt nikogo nie słucha. Istotne jest tylko, żeby wykrzyczeć swoją kwestię, a wraz z nią całą frustrację. Mamy pełną galerię podobnych sylwetek. Baron w dresie, kaloszach i atłasowym szlafroku bezskutecznie usiłuje przekonać współlokatorów do swojego szlachetnego pochodzenia. Monolog Hamleta brzmi karykaturalnie w ustach patetycznego Aktora, którego kariera znalazła finał w obskurnym domu noclegowym. Obok umierającej Anny przechodzi się obojętnie, a nawet ze wstrętem. Każdą z tych pospolitych postaci Keresztes zdemaskował i wykpił, ale prawdopodobnie właśnie dlatego przygląda się im z pewną czułością.

lot 2 (640x427)

fot. Krzysztof Lisiak, www1.teatrslaski.art.pl

Scenografia Violi Fodor sugeruje tyle znaczeń, że aż kręci się w głowie. Nie można od niej oderwać wzroku. Na pierwszym planie: fortepian i pastelowe, mieszczańskie meble. Na drugim: gigantyczne rusztowanie i przybrudzona tynkiem folia malarska drwią z tej uporządkowanej elegancji. Scena pełna obdartych włóczęgów i rokokowych foteli wygląda niedorzecznie, ale wyobraża nostalgię za światem, o którym marzą bohaterowie Gorkiego. Sylwetki aktorów odbijają się w zawieszonych na ścianie lustrach, więc każdy gest zostaje pomnożony w wielu wariantach. Efekt jest hipnotyzujący – miałam wrażenie, że za najdrobniejszy ruch postaci odpowiada tłum bezimiennych osób, jakby każde działanie zdarzyło się już wielokrotnie i miało być powtarzane w nieskończoność. Tym samym historię bohatera opowiada sztab ciemnych, podejrzanych sobowtórów.

 Od brzegu sceny w górę faluje wielka kałuża, po której brodzi się w kaloszach. Niepokojący plusk wody narasta, huczy w głowie, nadaje rytm działaniom aktorów i myślom widza. Jest nie do zniesienia. Zaczyna brzmieć jak memento mori i sprawia, że z kałuży nagle robi się Styks. Na każdego z bohaterów przyjdzie czas, żeby zmierzyć się z tą rzeką i na nowo odkryć mityczne symbole na potrzeby własnej konfrontacji ze śmiercią.

Z teatru wyszłam bardzo niepewna tego spektaklu, ale im więcej czasu mija, tym większe robi na mnie wrażenie. Warto zobaczyć „Na dnie” chociaż dla kilku wrażeń, z którymi wraca się do domu. W głowie zostaje gest Barona, kiedy z poważną miną usiadł przy fortepianie i odrzucił do tyłu szlafrok, niby poły fraka; napięcie, z jakim Andras Korpos zbudował rolę Waśki, a przede wszystkim niepokój, który nie kończy się wraz z opadnięciem kurtyny.

„Na dnie” Maksim Gorki

Reżyseria: Attila Keresztes
Scenografia: Viola Fodor
Kostiumy: Bianca Imelda Jeremias
Muzyka: Csaba Boros

Teatr Narodowy w Targu Mures

Spektakl prezentowany w Teatrze Ślaskim im. St. Wyspiańskiego w ramach Europejskiej Witryny Teatralnej
Europejska