High Five! Soundtrack

W tym tygodniu High Five odchodzi trochę od tematyki stricte filmowej, choć oczywiście nie traci z nią więzi – co to, to nie! Jednak film to nie tylko obraz – to także dźwięk, który jest równie istotną jego częścią, co wizualność. Ścieżka dźwiękowa nadaje w dużym stopniu sens dziełom, a wielu reżyserów nie wyobraża sobie pracy nad filmem bez współpracy z konkretnym kompozytorem. Czy ktoś wyobraża sobie obrazy Lyncha bez muzyki Badalamentiego? My też nie! Poniżej przedstawiamy subiektywną listę pięciu ścieżek dźwiękowych, stworzonych przez wybitnych kompozytorów na potrzeby doskonałych (lub mniej) filmów.

władca pierścieni materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Michał Twardowski opowiada o swojej miłości do „ The Lord of the Ring”„Władcy pierścieni”:

Kocham „Władcę pierścieni”. Całą trylogię. To filmy mojego dzieciństwa i dojrzewania, które zawsze robiły na mnie ogromne wrażenie, wyciągały ze mnie emocje, których istnienia nawet się nie domyślałem, absolutnie się w nich zatracałem. Nie wiem, czy to wszystko miałoby miejsce, gdyby nie soundtrack Howarda Shore’a. Jego baśniowe kompozycje, które znają chyba nawet ci nieszczęśnicy, którzy nie widzieli żadnego filmu z trylogii, potrafią opowiadać poetyckie historie o radości, domu, nadziei, potędze, ale też strachu, bólu, zagrożeniu – to, co czują bohaterowie, czuje też widz. Gdy słucham soundtracku do „Władcy pierścieni” przenoszę się do innego świata: tutaj każda nuta przywołuje obrazy rozsłonecznionego, zielonego Shire, śmierdzących, ponurych otchłani Morii, ciągnących się po widnokrąg równin Rohanu. Shore stworzył film do słuchania, w którym każdy utwór opowiada swoją historię, dziejącą się pod zamkniętymi powiekami. I tak, gdy Enya śpiewa nieśmiertelne May It Be, widzę łzy w oczach małych, wystraszonych hobbitów, którzy wyruszają na niebezpieczną wyprawę, by uratować swój kochany dom.

amelia materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Wiktoria Ficek odlatuje przy dźwiękach akordeonu, pianina i mandoliny wraz z „Le fabuleux destin d’Amélie Poulain” / „Amelią”:

Widok zza okna na pewno nie jawi nam się jako dynamiczny, jednak tegoroczna jesień dała mi prawdziwego kopa. Zabrała czas i sen w zamian za podkrążone oczy i przyspieszone, nieregularne bicie serca. Błagając o chwilę wytchnienia, upijam się kolejną dawką czarnej kawy wypitej podczas pokonywania dystansu od przystanku do przystanku. Dzień jak co dzień. Nie wiem jak przeżyłabym trzy ostatnie miesiące, gdyby nie zawsze obecna przy mnie muzyka. Gdy nie ma czasu na obejrzenie ukochanego filmu, tylko dźwięki mogą przywrócić w głowie jego obraz. Najczęściej wybrzmiewającym z moich słuchawek soundtrackiem jest bajkowa płyta „Amelia from Montmartre” Yanna Tiersena. Tętno spada, zamykam oczy i słucham wydobywającego się dźwięku akordeonu, delikatnego pianina i nerwowej mandoliny. Przez moment czuję, że nie jestem w Katowicach, ale unoszę się nad francuskimi uliczkami. Klatkę piersiową wypełniają niespotykane wibracje i spokój. Idę pomiędzy tłumem nieswojo uśmiechając się do ludzi i samej siebie. Bez wątpienia w naszym mieście to nie uchodzi za zdrowe i normalne zachowanie. Who cares? Skoro mogę polatać w tym szarym mieście z  betonu pełnym blokowisk to korzystam z tej okazji. Przypominam sobie uroczą Amelię, intensywną czerwień, jej drobne (ale jak wiele w rezultacie znaczące) gesty i nieśmiałe miłosne podchody. To będzie dobry dzień. Gorzej jest wtedy, gdy jestem zmuszona do ściągnięcia słuchawek i wszystko wraca do normy. Czekam na kolejną chwilę, gdy stara mp3 przeniesie mnie w inną rzeczywistość. Uciekam jak Amelia w samotność, zadając sobie głupie pytania na temat świata i miasta. Nie ciekawi mnie  tylko to, ile par przeżywa w danym momencie orgazm.

ostatnie tango w paryżu materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Gaba Bazan dokonała trudnego wyboru, prezentując muzykę do „Ultimo tango a Parigi” / „Ostatniego tanga w Paryżu”:

Jestem muzykoholiczką, dlatego uwierzcie mi na słowo, że wybór muzycznego  numeru jeden był dla mnie naprawdę nie lada wyczynem!  Jest tyle genialnych kompozytorów muzyki filmowej, tyle cudownych soundtracków. Mamy przecież Yanna Tiersena z muzyką do „Amelii” (KLIK!),Bruno Coulaisa i jego kompozycje do „Pana od Muzyki” (KLIK!) oraz wiele, wiele innych, o których można by się rozpisywać przez kolejne setki czy tysiące słów.

Drogą eliminacji do finału plebiscytu „co opisać?” przeszły dwie pozycje. Obu mogę słuchać non stop, brzmienie każdej wywołuje we mnie burzę różnych emocji. Wybór jest trudny: postawić na energetycznego Davida Holmesa i jego utwory, skomponowane na potrzeby serii Ocean’s 11 (12 i 13) (KLIK!) czy na mistrza jazzu, Gato Barberiego i jego poruszającą serce muzykę do filmu „Ostatnie Tango w Paryżu”? (KLIK!)

Stawiam na Gato Barbieri. Uznałam, że lepiej zaserwować coś nieznanego, a wartego przybliżenia.  Serię „Ocean’s” prawie każdy widział, natomiast dzieło Bernardo Bertolucciego już niekoniecznie (a warto!).  Ścieżka dźwiękowa „Ostatniego tanga…” jest magnetyczna, seksowna a jednocześnie niepokojąca – pokuszę się nawet o stwierdzenie, że chwilami bywa, jak sam film, perwersyjna.

Argentyński wirtuoz saksofonu, jakim jest Kot Barbieri, stworzył coś niesamowitego. Płyta zawiera 40 bezbłędnych w mojej opinii kompozycji – dłuższych i krótszych, szybszych i wolniejszych, dzikich i spokojnych. Najbardziej fascynujące jest jednak to, że wszystkie układają się w jedną, spójną całość. Muzyka Gato Barbieri do „Ostatniego Tanga w Paryżu” żyje swoim życiem, a do tego słucha się jej z niekłamaną przyjemnością. 

into the wild

fot./ materiały prasowe

Patrycja Gut woli muzykę do „Into the Wild” /„Wszystko za życie”  od filmu:

Sean Penn wpadł na genialny pomysł nakręcenia filmu opartego na intrygującej historii Christophera McCandlessa. Już od pierwszych taktów folkowo-rockowego brzmienia widz zostaje wyrzucony na bezdroża Ameryki i szary asfalt Route66. Wszystko dzięki przebiegłości reżysera, który idealnie dobrał sobie „panów od muzyki”: kompozytora Michaela Brooka, producenta Pearl Jam, Adama Kaspera  oraz samego Eddiego Veddera. Owocem tej współpracy jest ścieżka dźwiękowa do wędrówki Chrisa „into the Wild”, która jest czymś więcej niż wypełnieniem ciszy. Jest fenomenem ratującym film przed odrzuceniem, pozwalającym przebrnąć przez długie ujęcia i monotonną narrację. Głos Veddera staje się przewodnikiem po świecie głównego bohatera, a słowa kolejnych utworów lepiej wyrażają filozofię i uczucia Supertrampa, niż on sam jest w stanie je przekazać. Niecałe pół godziny charyzmatycznego wokalu Veddera ma większą siłę przekazu niż całość filmu Wszystko za życie. Soundtrack sprawia, że samemu chce się spalić swoje oszczędności, przeciąć kartę biblioteczną i ruszyć w drogę ku wolności.

Once materiały filmowe

fot./ materiały prasowe

Marta Rosół jest wdzięczna zepsutym odkurzaczom z filmu „Once”:

Czy ktoś pamięta, jaka piosenka otrzymała Oscara w roku 2008? Nie? A warto się jej przysłuchać. „Falling slowly” (KLIK!) w wykonaniu Glena Hansarda i Markety Irglovej jest odzwierciedleniem doskonałości ścieżki dźwiękowej z filmu „Once”.

Glen Hansard jest frontmanem irlandzkiego zespołu „The Frames”. Marketa Irglova to dziewczyna z Moraw, której talent muzyczny usprawiedliwia grę na altówce (dla niezorientowanych suchar: – jak powstała altówka? – ktoś przez przypadek naciągnął struny na futerał od skrzypiec). W filmie „Once” stworzyli oni duet, którego naturalność i szczerość jest ujmująca – to tacy artyści, którym uwierzysz. Uwierzysz w autentyczność przekazywanych słów, oraz w to, że każda nuta jest odzwierciedleniem ich stanów emocjonalnych. Nie znasz ich, ale gdybyś ich spotkał, chciałbyś im podziękować.

Piętnaście piosenek ze ścieżki dźwiękowej nie tylko uzupełnia film, ale osobno stanowią one opowieść, z którą większość z nas może się utożsamić. Ponad czterdzieści trzy minuty muzyki, która opowiada o życiu. Bezpretensjonalne melodie, proste i trafne teksty, nienazwany irlandzki urok, a wszystko zamknięte w głosach i talencie duetu Irglova i Hansard. Jeśli komuś mało, polecam album „The Swell Season”.

Po obejrzeniu „Once” Johna Carney’a przypomniałam sobie, czym jest magia kina. I muzyki.