Superbohater Langdon kolejny raz ratuje świat

inferno_okProza Dana Browna nie należy do wybitnych, jednak idealnie sprawdza się w jesienne wieczory, w towarzystwie kubka z ciepłą herbatą lub kakao. Najnowsza powieść – „Inferno” – ukazała się w Polsce 9 października, premiera światowa z kolei odbyła się 14 maja. Podążając tropem symboli (niczym Robert Langdon), stwierdzam, że dziewiątka pasuje zdecydowanie lepiej. W końcu kręgów piekła według Dantego także było dziewięć.

Znawca symboli, Robert Langdon, po raz kolejny nie do końca z własnej woli znajduje się w centrum wydarzeń, które mogą zagrozić istnieniu świata w jego dotychczasowym kształcie. Kluczem do rozwiązania zagadki jest kilka wersów z „Boskiej Komedii” Dantego. To Langdon wraz z uroczą towarzyszką przemierzają malowniczą Florencję i uciekają przed kimś, kto chce pozbawić ich życia. Jednym z najważniejszych bohaterów tej powieści jest właśnie Florencja, w której mnogość symboli ukrytych w rzeźbach czy budowlach jest w stanie odczytać jedynie nasz znajomy profesor Harvardu.

Zło dobrem zwyciężaj

Dan Brown z premedytacją – w obrębie schematu walki dobra i zła – zawsze wybiera zło. I to takie, które wzbudza wiele kontrowersji i wcale się ze swoim zepsuciem nie afiszuje. W „Kodzie Leonarda da Vinci” był to Kościół, tajemnice Watykanu, a w zasadzie cała religia katolicka. Brown podważył jej wiarygodność i chyba właśnie to stało się kluczem do sukcesu. Pisząc „to”, mam na myśli kontrowersję. Dzięki niej Brown wygrywa. Nie chcę rozstrzygać, czy zasłużenie, choć przyznać trzeba, że to sukces osiągnięty po najmniejszej linii oporu.

Tym razem na ocenę czytelników wystawiony zostaje temat genetyki i transhumanizmu – ideologii stwarzającej możliwość radykalnych zmian w ludzkiej naturze, przy użyciu dostępnych technologii. Zmniejszyłoby to liczbę zgonów na świecie. Być może ludzie w ogóle przestaliby umierać, bo śmiertelność zostałaby wykluczona z przyczyn naturalnych. A to z kolei doprowadziłoby do przeludnienia na Ziemi…

Jeden z bohaterów „Inferno” postanawia nie dopuścić do realizacji takiego scenariusza. Uznany w świecie transhumanista, Bernard Zobrist, zdaje sobie sprawę, jakie konsekwencje może przynieść przeludnienie planety. Ulepszona populacja ludzka nie będzie miała okazji, aby wykorzystać daną im szansę, bo świat czeka globalny kryzys. Mimo usilnych starań, Bernard nie otrzymuje pomocy od ogólnoświatowych organizacji. Postanawia więc rozwiązać problem na własną rękę. Mamy więc geniusza genetyki z głową pełną szalonych planów po jednej stronie i Roberta Langdona z głową pełną wiedzy po drugiej. Wiedza jest, pamięci brak. Langdon budzi się w weneckim szpitalu i kompletnie nic nie pamięta. Ogniwem łączącym to, co było i będzie, jest towarzyszka doktora, która niejednokrotnie w dość irytujący sposób wyjaśnia czytelnikom (i samemu Langdonowi) różne nieścisłości. Jednak irytację należy zepchnąć na dalszy plan. Langdon musi rozwiązać zagadkę i jednocześnie ratować życie. Nie ma czasu na zadawanie pytań.

Sztuka szczęścia

W „Inferno” może przeszkadzać pewien swoisty sposób przekazywania informacji przez autora: z jednej strony pisze językiem tak prostym, że aż denerwującym, z drugiej zaś – obfitującym w specjalistyczną terminologię. Fabuła pełna jest nieoczekiwanych zwrotów akcji, jednak ciągła zmiana wątków może drażnić. Książka balansuje na granicy kiczu. Nie wydaje mi się jednak, aby Brown robił to nieświadomie. Napisał już na tyle dużo, by zdawać sobie sprawę z tego, że aby przyciągnąć czytelnika, nie musi wspinać się na „wyżyny intelektualne”.

Popadł więc w schematyzm. Trochę tak, jakby po „Kodzie” uznał, że znalazł sposób na miliony, więc w kolejnej książce zmienił jedynie miasto i symbole. Naciągana intryga i wszechwiedzący Langdon pozostali – jako zmienna niezależna.

Uważam, że godzi to w czytelnika. Oczywistym jest, że, sięgając po powieści Browna, chcemy po prostu się odprężyć, jednak „odprężyć” nie znaczy znów otrzymać to samo, co wcześniej, ale zawinięte w papierek o innym kolorze.
Brown wygrywa przez niedorzeczność, fantastyczne wręcz zakończenia, którymi okrasza swoje powieści. Bo chociaż poruszają zagadnienia niebezpieczne, ich niedorzeczność sprawia, że zagrożenia zostają zbagatelizowane. Taka „Brown-owska fantastyka”.

Dan Brown: Inferno, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2013.

Nasza ocena: 2/5

Nasza ocena: 2/5


Paulina Zaborowska