It’s not Poland, it’s… Foaland! – Foals, Warszawa, Stodoła, 19.10.2013

Foals19 października 2013 roku datą przełomową w historii naszego kraju. Choć najprawdopodobniej nie zostanie ona wyszczególniona na czerwono w podręcznikach szkolnych, to w sercach i pamięci wiernych fanów Foals została zapisana na wieczność.

Niektórzy mogli pochwalić się już wspomnieniami sprzed dwóch lat, kiedy to brytyjska grupa zagrała w strugach deszczu na Open’erze; innym (w tym mnie) na pierwsze, bliskie spotkanie z muzykami przyszło czekać nieco dłużej. Kiedy tylko pojawiła się mapa trasy koncertowej promującej najnowszy album zespołu, Holy Fire, wiedziałam, że moje nazwisko musi figurować na liście obecności. Bilet kupiłam kilka miesięcy przed koncertem, nie mając wówczas pojęcia, gdzie akurat będę spędzała drugą połowę października. Nie przejmowałam się tym specjalnie, wiedziałam przecież, że znajdę sposób, aby pojawić się we właściwym miejscu o właściwym czasie.

I znalazłam. Zmierzyłam się dzielnie z sześciogodzinną podróżą autobusem, dotarłam do stolicy. Zbliżając się około godziny 19.00 do miejsca przeznaczenia, warszawskiego klubu Stodoła, już z daleka dojrzałam grupę entuzjastów indie rockowych brzmień, zgromadzonych licznie przed wejściem. Nie mogło być inaczej, skoro bilety wysprzedały się do ostatniego. Mając za sobą kilka koncertów w Stodole, wiedziałam, co znaczy czekać w tej kolejce. Widziałam, że nawet gdy mróz i nawet gdy śnieg sypie… warto! Rozcierając zmarznięte dłonie, przytupywałam obcasami w rytmie tego, co miało wybrzmieć (naprawdę!) głośno już lada moment…

Miejsce znalazłam sobie idealne. Centralnie, blisko sceny. Rozpoczął się okres ostatecznego oczekiwania. Bez większych ceremonii na scenie pojawił się support: No Ceremony///. Syntezatory całkiem przyjemnie wybrzmiewały w tle, na deskach chcieliśmy jednak oglądać już ICH: Yannisa, Jimmy’ego, Edwina, Waltera i Jacka – w komplecie. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę na zmianę w narracji: z pierwszej osoby liczby pojedynczej na liczbę mnogą. Zabieg celowy, gdyż ilość osób przypadających na metr kwadratowy rosła w tak zawrotnym tempie, że nie sposób było walczyć o swój kawałek podłogi. Wyjście z tłumu na pół godziny przed rozpoczęciem stało się przedsięwzięciem mocno abstrakcyjnym i bez wątpienia groziło utknięciem bądź też uduszeniem na miejscu.

fo

W powietrzu unosiło się podekscytowanie. Na szczęście chłopaki nie dały na siebie zbyt długo czekać. Dziesięć minut wcześniej niż oficjalnie planowano rozbrzmiały pierwsze dźwięki. Prelude – dali znak, startujemy! Bardzo szybko okazało się, że kurczowe trzymanie się swojego miejsca zaczęło pretendować do miana Przedsięwzięcia Absolutnie Awykonalnego. W jednym momencie uwolnione zostały wszelkie zmagazynowane pokłady energii. Z początku raczyliśmy się utworami z dwóch pierwszych albumów – Antidotes i Total Life Forever. Machina złożona z dwóch elementów: ekspresywnych muzyków i oczarowanej publiki, pracowała na najwyższych obrotach. It’s good to be back – wyznał lider zespołu.

Po bardzo energicznym starcie przyszła pora na klimatyczne Milk & Black Spiders, nieco ochłonęliśmy. Następnie (och, wszyscy odgadliśmy po jednej nutce!): Spanish Sahara. Najnowsze single: Inhaler i My Number rozgrzały publiczność do czerwoności. Skakaliśmy wysoko. Standardowo – skakał też Yannis. Wszyscy chcieliśmy dotknąć jego greckiego ciała. Skakał więc do nas, dla nas, a przede wszystkim na nas kilkakrotnie. Kiedy Two Steps, Twice, koncertowa bomba atomowa, została zdetonowana, postanowił wdrapać się nawet na balkon, by stamtąd pewnie rzucić się w wir szalejącego tłumu. Byliśmy jak zahipnotyzowani. Rozumieliśmy się bez słów. Wystarczyło krótkie, sugestywne spojrzenie Yannisa, a my już doskonale wiedzieliśmy, jak go złapać.

Kiedy wszystko nagle ucichło, pulsując ciągle emocjami, nie chcieliśmy stamtąd wychodzić. Brytyjczycy zagrali doskonale znane kompozycje w doskonale nieprzewidywalnej formie. Istna petarda! Śpiewaliśmy, nuciliśmy i pogwizdywaliśmy jeszcze długo po zakończeniu tego dzikiego występu, tym razem w kolejce do szatni.

Jimmy, gitarzysta Foals, w jednym z wywiadów powiedział kiedyś, że dobry koncert to taki, z którego zespół nic nie pamięta. Philippakis, zagadnięty o ową kontrowersyjną wypowiedź przy innej okazji, uzasadniał tak: Chodziło mu o to, żeby zatracić się w danej chwili, dać się całkowicie ponieść muzyce, uwolnić potężną energię, wykrzyczeć wszystko z siebie do ostatniego uczucia. Stać się kimś, kim nie masz szans ani możliwości być na co dzień, w zwykłym życiu.

19 października nie było inaczej. Liczyło się tylko t a m i w t e d y.