High Five! Musicals

W tym tygodniu High Five miało zrobić dobrze wszystkim dziewczynom, które dla nas pisały. Tak mało rozmawia się o musicalach, a my tak bardzo je lubimy! Dziś zatem, być może mniej kreatywnie, ale ku ciesze wszystkich lubiących „cały ten zgiełk”, rozprawiamy o gatunku, który gwarantuje nam zwykle dwie tony cekinów na film. W tym miejscu podziękowania należą się Fredowi Astair’owi i jego 100 parom butów (bo podobno tyle miał ich w swojej garderobie), którym musical zawdzięcza swoje istnienie.

rent materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Weronika Migdał tańczy w knajpie na stole, tak jak bohaterowie „Rent”:

La vie boheme !

Teksty z tego musicalu znałam dokładnie zanim zobaczyłam jakikolwiek kadr z filmu. Piosenka otwierająca stała się hymnem paczki moich przyjaciół. Pierwsze przyjaźnie, które miały być braterskimi więzami krwi na całe życie splatały się w zdzierającym gardło krzyku „Seasons of love” (KLIK!). Realizacja była mało ważna, same piosenki były dla mnie filmową historią niesioną przez słowa. Wszystkie, każda jedna to dla mnie hit, hitów. Nadal spotykając się z przyjaciółmi  śpiewamy „Let`s go ouuuuuuuuuuu tonight” z tą różnicą, że teraz możemy ten zamiar zrealizować. 

Historia barwna jak pióropusz pawia. Znajdziemy tu Angela – draq queen, śpiewającego z najbardziej męskim z męskich facetów w filmie – Tomem chorym na AIDS , ale również Marka – twórcę filmu dokumentalnego, Joanne – prawniczkę lesbijkę zakochaną w Maureen – biseksualnej artystce performance, a jednocześnie byłej Marka.  Tango Maureen w wykonaniu tej trójki to chyba moje „the best of the best” tego musicalu (KLIK!). Jest też Mimi zakażona wirusem HIV tancerka klubowa, narkomanka oraz Roger – romantyczny muzyk.

Gdzie jesteśmy? W samym środku ciemnych nowojorskich ulic, gdzie dzieje się wszystko co może dotknąć młodych ludzi: śmierć, miłość, problemy z seksualnością, przyjaźń, narkotyki, pasje, muzyka, filozofia, sztuka no i oczywiście problemy z pieniędzmi – stąd tytuł „Rent”. Słowem dzieje się życie: surowe, prawdziwe, młodzieńcze i głośne, a w nim alkohol, bunt i śpiew.  Ten ostatni wybrzmiewa wraz z dźwiękami ostrych gitar i pejzażem artystycznej bohemy Nowego Jorku w tle. Zdecydowanie tak! (KLIK!)

Miasteczko Halloween

fot./ materiały prasowe

Wiktoria Ficek pośpiewuje pod nosem mroczne piosenki rodem z ” The Nightmare before Christmas” / „Miasteczka Halloween”:

Całkiem prawdopodobne, że za dwa tygodnie ponownie (bądź po raz pierwszy) zapukają do naszych drzwi dzieciaki, które wzorując się na swoich zachodnich rówieśnikach, odzieją się w potworne kostiumy i popędzą w kierunku bloków w poszukiwaniu słodkości i innych pyszności. O zgrozo, trzeba to jakoś przeżyć! Drogą ucieczki, którą polecam jest czarna komedia muzyczna. Animacja w klimacie iście Burtonowskim. „The Nightmare Before Christmas” to opowieść o miasteczku, w którym każdy śpiewa pieśń o dyni. Mieszkańcy specjalizują się w organizowaniu się w popłochu i w strachu. Nie krępują się, kiedy stracą kończynę bądź ostre narzędzie wbije im się w różne części ich ciała. Mumie, wampiry, czarownice, upiory, trupy i duchy – cała gama osobistości, które odbierały nam spokój w dzieciństwie. Film napiera rozpędu, kiedy okazuje się że król straszenia, niejaki Jack, jest znudzony swoją ciężką pracą nawiedzania ludzi podczas Halloween. Popada w depresję (kryzys wieku średniego wśród straszydeł?), która doprowadza do konfrontacji ze Świętami Bożego Narodzenia. Do całości dodamy jeszcze fantastyczne piosenki (KLIK!), trupią kapele i psa ducha (który będzie z Tobą do końca twoich dni). Otrzymujemy mile widziany, jesienno-muzyczny dreszczyk.

Glee materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Patrycja Mucha „nie przestaje wierzyć” (KLIK!), tak, jak bohaterowie „Glee”:

Mnie, jako zagorzałej miłośniczce musicalu, trudno było zdecydować się na jeden. Naprawdę, napisałam poprzednie zdanie i wciąż nie wiem, który opisać. Sądzę jednak, że zdecydowanie lepiej jest, kiedy w te nasze zestawienia wkrada się coś niestandardowego, zatem „Chicago”, „Moulin Rouge!” i „Czarnoksiężnika z Oz” zostawiam na jakąś inną okazję, a zajmę się moim ukochanym „Glee”.

Tak, panie i panowie, skoro nie było go w High Five o serialach, to będzie tutaj. Musical jako kategoria zwykle jest trochę odgrzewanym kotletem. Może w różnych wydaniach, ale to wciąż ten sam schabowy. „Glee” natomiast przewraca musicalowe konwencje do góry nogami! Pan grający na pianinie, który miał być „przeźroczysty” (jak to w musicalu) w pewnym momencie oświadcza, iż ma dość tego, że nikt nie zwraca na niego uwagi. Czyż to nie najlepszy metafilmowy chwyt ever? A największy fun jest wtedy, kiedy śpiewają w serialu jedną z twoich ulubionych piosenek, albo (jeszcze lepiej) poświęcają cały odcinek Michaelowi Jacksonowi lub Beatlesom. Bohaterowie też są świetni, wszyscy są trochę creepy, ale absolutnie nikt nie pobije Sue Sylvester, zwłaszcza kiedy przebiera się za Nicki Minaj albo Madonnę (zgooglujcie to!).

Muzyka jest absolutnie cudowna, według mnie głównie dlatego, że duża część soundtracku to kawałki z lat 80. i 90. To z kolei uruchamia w moim mózgu tryb „nostalgia”, a oglądaniu kolejnych odcinków „Glee” towarzyszy zwykle dźwięk „o! (soooo sweet!)”. Zwłaszcza, kiedy jakiś geniusz, który ogarnia ten serial od strony muzycznej, wymyśla coś takiego, jak mash-up „Bye bye bye” N’ sync i „I want it that way” Backstreet Boys (KLIK!). So awsome!

Victor Victoria  materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Gaba Bazan lubi paryskie klimaty w „Victor / Victoria”:

Przenieśmy się do Paryża  lat 30. Victoria Grant jest wokalistką  o rzadko spotykanej skali głosu.  Pomimo posiadania wielkiego talentu nie ma ani pracy, ani pieniędzy. Kobieta jest dosłownie na skraju wycieńczenia.  Jej życie przewraca się do góry nogami, gdy na jej drodze pojawia się nieznajomy mężczyzna  – Toddy, który wpada na plan nie mający żadnego słabego punktu.  Jego pomysłem jest przebranie Victorii za mężczyznę, który występowałby na scenie jako kobieta.

Brzmi śmiesznie? A to dopiero początek! Z każdą kolejną chwilą jest coraz  zabawniej!

„Victor/Victoria” to jeden z moich ulubionych musicali.  Komedia przepełniona groteską ze świetnym podkładem muzycznym . Myślę, że każdemu miłośnikowi jazzu (i nie tylko!)  przypadnie do gustu piosenka „ Le Jazz Hot” w wykonaniu niezastąpionej Julie Andrews. (KLIK! )

Postanowiłam przedstawić Wam ten musical ponieważ jest wyjątkowo mało znany. To zaskakujące o tyle, że „Victor/Victoria” jest filmem Oscarowym, a o tych zazwyczaj jest głośno. W 1983 roku zdobył Nagrodę Akademii za najlepszą muzykę, ponadto był nominowany w 6 innych kategoriach m.in. najlepszej aktorki i aktora drugoplanowego.  To kolejny powód, dla którego „Victor/Victoria” powinien znaleźć się na liście „must see” każdego fana musicali.  Mam nadzieję, że każdy, kto popędzi teraz nadrobić tę musicalową zaległość pokocha ten film tak samo mocno, jak ja.

Notre dame de paris materiały prasowe

fot. / materiały prasowe

Patrycja Gut podśpiewuje z Garou oglądając „Notre-Dame de Paris”:

Od musicalu wymagam kilku rzeczy: charyzmatycznych wokali, ciekawej historii, widowiskowych układów choreograficznych i żeby było na kim oko zawiesić. Jako, że filmowy musical czerpie z  teatru mój wybór padł  na „Notre Dame de Paris” (1999) – arcydzieło, które poza tym, że spełnia moje kryteria, ma w sobie coś więcej, a mianowicie magię teatru, o której twórcy filmowi często zapominają.  Musical ten balansuje na krawędzi teatru telewizji i filmu, ale nie jest ani jednym, ani drugim. Jest po prostu zarejestrowanym spektaklem mającym filmowy potencjał.

Chwytliwa historia o niespełnionej miłości brzydala do cyganki, zbereźnym księdzu i oczywiście „tym trzecim”. Jest dramat, seks, zdrada, dziwacy, show i zacne gołe klaty. Czego chcieć więcej? Do tego słuchamy melodyjnego i poetyckiego języka francuskiego, zdecydowanie bardziej atrakcyjnego niż, ten, który jawi nam się w nużącej powieści Victora Hugo. Teksty przekształcone przez Luca Pladomona przyprawiają o dreszcze przede wszystkim dzięki chrapliwym głosom Garou, Bruno Pelletiera czy Lucka Mervila. Muzyka Richarda Cocciantego dopełnia dzieła, na długo pozostawiając w pamięci utwory takie jak „Belle” czy „Le Temps des cathédrales”.

Z niecierpliwością czekam na filmową wersję „Notre-Dame de Paris” żywiąc nadzieję, że nie spotka jej nędzy los „Les Misérables” Toma Hoopera.