Niepokorni chłopcy dojrzeli? Arctic Monkeys – „AM”

AMWciąż pamiętam jak przed dwu laty natrafiłam po raz pierwszy na utwór Arctic Monkeys. Nazywał się „Perhaps Vampires is a Bit Strong But…” i był niepokojący. Takie „Małpy” pamiętam – buntownicze, niepokorne, w jakiś sposób nieokrzesane, spontaniczne. We wrześniu tego roku wyszedł piąty studyjny album chłopców z Sheffield – „AM”, który jednak do tego opisu nie pasuje.

Tak naprawdę wszystko zaczęło się już w 2009 roku wraz z „Humbugiem”, trzecim krążkiem Arctic Monkeys. Nie bez znaczenia pewnie była zapoczątkowana wtedy współpraca z Joshem Homme’em, liderem zespołu Queens of the Stone Age, który zresztą na ostatnim krążku gościnnie wystąpił (w dwóch utworach – „One For the Road” i „Knee Socks”). Arctic Monkeys stawało się od tego momentu coraz mniej brytyjskie a coraz bardziej światowe (amerykańskie?), mniej chaotyczne i ponure.

Znany prawie od roku singiel „R U Mine?” jest tego najlepszym przykładem – naładowany emocjami, ale takimi, które już się „przespało”, mroczny, ale w granicach dopuszczalnych w mainstreamie, z dobrym tekstem, ale tak zaśpiewanym, że wciąż można go zanucić, słysząc kawałek nawet po raz pierwszy. W podobnym klimacie utrzymany został „Do I Wanna Know?”, który w notowaniu UK Singles Charts przegonił swojego poprzednika (wchodząc z miejscem 11) i takim się właśnie wydaje być – jeszcze lepszym „R U Mine?”.

Chciałoby się powiedzieć, bardzo ostrożnie, bo z sentymentalną łezką – chłopcy z Sheffield wreszcie wyszli z garażu i pojechali w świat. Bawią się muzyką, grają słowami, wciąż mówią, co myślą, ale też więcej myślą, co mówią. Nie boją się muzyki popularnej, nie starają się być na siłę alternatywni, nie tracąc jednak charakteru (co moim zdaniem przydarzyło się Red Hot Chili Peppers w ich ostatnim krążku – „I’m with You”).

„AM” jest kropką nad i tej transformacji – nie ma na niej już żadnego utworu, który w podobnie eksperymentalny sposób balansowałby na granicy absurdu jak na przykład „Don’t Sit Down ‘Cause I’ve Moved Your Chair” z poprzedniej płyty – „Suck it and see”. Utwory z „AM” są bardziej konkretne, co nie znaczy, że miałkie i jednowymiarowe. To ten sam Alex Turner, który postanowił, że nigdy się nie stanie, ale wciąż będzie się stawać – będzie gnojem, który dzwoni tylko, gdy się upali, będąc zarazem samotnym, wrażliwym poetą. Śpiewa głównie o miłości, lecz nie uwzniośla jej, nie sakralizuje. To uczucie intensywne, ale bliskie i dostępne nam wszystkim, powszednie i codzienne. Ta zwyczajność i prostota aż uderza, najbardziej w utworze do którego tekst napisał z Johnem Cooperem Clarkiem – „I Wanna Be Yours”, będącym nietypową ofertą (między innymi zostania odkurzaczem). Nie bez wahania nazwałabym go najpiękniejszym muzycznym wyznaniem miłosnym, nie wiem, czy w ogóle, ale roku na pewno. Miłość staje się codzienna a dzięki niej codzienność staje się niezwykła, samo uczucie bezceremonialnie zdesakralizowane, sakralizuje drobne elementy rzeczywistości – jak tytułowe kolanówki z przepełnionego subtelną erotyką utworu „Knee Socks”.

„Małpy” wciąż niepokoją – tylko za pomocą innych narzędzi. Ich muzyka jest jakby mniej burzowa, napięcie wytwarza się gdzie indziej – w stale pobrzmiewających chórkach, w magicznej perkusji, w paradoksalnie charyzmatycznie nieśmiałym głosie Turnera. Właśnie w tym spokoju jest niepokój. „Jeden z najświetniejszych brytyjskich zespołów stał się jeszcze lepszy” – napisał Time Out, a ja bardzo ostrożnie, bo z sentymentalną łezką, pod tym się podpisuje.

Arctic Monkeys – „AM”, Domino; 2013

Ocena Reflektora (1-5):