High Five! Series.

Jesień to nie tylko deprecha, chandra i liście opadające z drzew na głowę rodem z piosenki Elektrycznych Gitar (KLIK!). Jesień to wrzesień (ha! rym!) a wraz z nim przypłynęły do nas (często zza oceanu) nowe sezony ulubionych seriali. Tak! To czas odświeżania ramówek, trudnych wyborów (przeczytać coś na zajęcia czy obejrzeć Glee?) i czatowania na wolne serwery, na których obejrzeć można nieemitowane w Polsce nowe sezony tasiemców. Panie i panowie: oto subiektywny wybór naszych ulubionych seriali, zarówno tych wciąż się rozwijających, jak i tych mających już swoje lata, do których mamy sentyment.

Friends materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Patrycja Gut przyjmuje u progu swego domu wielu „Przyjaciół” / „Friends”:

Gdy zabierałam się za ten artykuł, pomyślałam: „Oh My God!”. Jaki serial opisać? To jak wybieranie swojego ulubionego dziecka. Jednak po spojrzeniu na ścianę z plakatem „Przyjaciół” i na kubek z logiem Central Perku, stojący obok laptopa, moje wątpliwości zostały rozwiane. Może nie jest to nowy sezon, ale klasyk, który wciąż powraca do telewizyjnej ramówki.

Tej ekipy chyba nie trzeba przedstawiać. Każdy zna i kocha ich miłością bezwarunkową, w tym i ja, ich wierna przyjaciółka, towarzyszę im we wzlotach i upadkach.  Za co ich kocham? Za wszystko! Bez wahania wpuściłabym ich do domu. Phoebe oczyściłaby moją aurę i nauczyła gitarowych chwytów (staruszka, niedźwiedź…), z Rachel poszłabym do Bloomingdales, Monice pozwoliłabym posprzątać moje mieszkanie. Rossa zapytałabym : „dlaczego homo erectus?”, z Joeyem zjadłabym kanapkę (a nie, przecież on nie dzieli się jedzeniem!), a z ust Chandlera spijałabym każde słowo, ucząc się sztuki  ciętej riposty.

Rano czy wieczorem, w TVN Siedem czy Internecie, I’ll be there for them. Always.

Suits materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Są „Przyjaciele” i inne seriale, ale Marta Rosół lubi także prawników „W garniturach” / „Suits”

Seriale w pewnych momentach naszej ludzkiej niedoli mogą nadawać jej sens. Jest ich tyle, że trudno się w tym wszystkim połapać – ten worek nie ma dna. Niektóre wyróżniają się dowcipem, inne intrygą, jeszcze inne są po prostu złe, a my, nie wiadomo dlaczego, nadal lubimy je oglądać. To chyba ten stan, kiedy nie musisz się zastanawiać, czy dane ujęcie miało być wyrazem egzystencjalnej kminy bohatera albo improwizacją spod znaku estetyki kampu (choć w serialach także może się to zdarzyć).

„Suits” miało swoją premierę w 2011 roku i niezwykle trudny start, bo liczba amerykańskich seriali o prawnikach zdecydowanie przekracza granicę przyzwoitości. Jak się okazuje wyrażone kilka linijek wcześniej zwątpienie w postaci słowa „chyba” jest istotnym elementem, bo serial łamie stereotypy. „W garniturach” skupia się bardziej na bohaterach i ich charakterach, które przedstawione są w wyrazisty, ale wiarygodny sposób. Każdy z nich na swój sposób intryguje, jak również irytuje. Co ważne, obok głównych postaci – Harveya Spectera i Mike Rossa, pojawiają się także niesamowite drugoplanowe kreacje – Donny i Louisa. I może nie jest to najlepszy serial na świecie (zwycięzcę już mam, ale odebrano mi przyjemność pisania o nim <grgrgr Patrycja Gut!>) jednak wcześniej wspomniane charaktery, inteligentne, operujące czasem skomplikowanym prawniczym językiem dialogi, tematy lojalności, honoru, współczesnych „korporacyjnych” dylematów, a także idealne wycyzelowanie między paragrafami a uczuciami, sprawia, że „Suits” jest na liście tych pozycji, dla których warto „stracić” sobotę. 

Breaking bad materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Wiktoria Ficek przechodzi niebezpieczną metamorfozę dzięki „Breaking Bad”:

Wszyscy cieszą się z powrotu jesieni i nie jest to spowodowane szaroburą atmosferą za oknem, a raczej nadciągającymi z naszych odbiorników telewizyjnych długo wyczekiwanymi, nowymi sezonami seriali. Niestety, nie jest to reguła. Coś się zaczyna, a coś kończy. Wraz z wrześniem żegnamy owacjami na stojąco Breaking Bad, serial o towarze niebieskim jak niebo i czystym jak śnieg (KLIK!). Nie dałoby się spisać wszystkich elementów historii tworzonej przez Waltera White i Jessiego Pinkmana (yo! We’ve got some great chemistry. Bitch!), które sprawiły, że przez pięć sezonów nie umiałam oderwać oczu od monitora. Wyraziste i nieprzeciętne postacie, rewelacyjne zdjęcia, zaskakujące rozwiązania akcji i nieustanne emocje, napięcie oraz genialne cold openings! Breking bad stanowi nie tylko świetną rozrywkę, ale także daje życiowe wskazówki: jak pozbyć się zwłok, stworzyć truciznę z fasoli czy napaść na pociąg. W ostateczności: better call Saul. Breaking bad to mieszanka wybuchowa, jazda bez trzymanki na ostrych zakrętach. Nie musicie czekać na następny odcinek waszego ukochanego serialu. Jest jesień, początek semestru, idealny czas na rozpoczęcie nowego serialu (zawsze będzie na co zrzucić winę, że brakuje czasu). Jeśli jeszcze nie oglądaliście historii metamfetaminowego Haisenberga po prostu to zróbcie. To nie serial, to torpeda!

Power Rangers materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Patrycja Mucha tańczy go go… „Power Rangers” (KLIK!)

Taaaak, ta muzyczka nadawała sens memu życiu w wielu lat siedmiu. Kiedy jeszcze mieszkałam z bratem razem oglądaliśmy ten cudownie kiczowaty serial o licealistach w lateksie. I choć każdy odcinek był przewidywalny jak „Moda na sukces”, to oglądałam wszystkie, jeden za drugim, śmiejąc się jak głupia do jedenastocalowego Lexusa (telewizora kupionego przez brata za pieniądze z komunii) widząc tłuściocha i chudzinę próbujących przechytrzyć Rangersów (też mi coś!). Jakie było moje zdziwienie, kiedy wśród pięciu standardowych postaci pojawił się „Ten Szósty”, zesłany przez Ritę, złą czarownicę. Wtedy to się struktura serialu sypła! Kurczę no, Zordona zniszczyli i całą bazę dowodzenia! Ale spoko, spoko, jako wierna fanka dotrwałam do momentu, kiedy Zielony przeszedł na dobrą stronę i wszystko wróciło do normy (sorry za spojlery!)

Nie można być urodzonym w latach 90. i nie kochać tego serialu! Miał wszystko, co najlepsze: kitowców (wydających dziwne dźwięki <KLIK!>, wielkiego megazorda i fajne odznaki (robiłam takie z papieru). Jego sukces przełożył się na masę naśladowców, jednak każda kolejna seria była gorsza od poprzedniej. Oryginał jest tylko jeden!

pora na przygodę materiały prasowe

materiały prasowe

Michał Twardowski nie śni na jawie oglądając  „Adventure Time with Finn and Jake” / „Porę na przygodę”:

„Pora już, więc z nami chodź, odwiedzimy odległy ląd. Z Jake’iem – psem i człowiekiem Finnem przygody pełne będą chwile”. Tymi słowami cienki głosik z czołówki zaprasza każdego zbłąkanego miłośnika animowanych seriali do świata bohaterów, królewien i potworów, ale też gier wideo, Grudkowego Kosmosu i Wielkiej Wojny Grzybów…

„Pora na przygodę”, czyli opowieść o poczynaniach psa Jake’a, który potrafi dowolnie zmieniać swój wygląd, i chłopca Finna, jego przyrodniego brata, sprawia, że po obejrzeniu dowolnego odcinka wydaje mi się, że doświadczyłem najdziwniejszego snu w moim życiu, a twórcę serialu, Pendletona Warda, wyobrażam sobie jako adoptowanego, schizofrenicznego syna Salvadora Dali i Luisa Buñuela. Jednorożce mówiące po koreańsku, cukrowe zombie i ślimaki machające do widza w rogu ekranu sprawiają, że „Pora na przygodę” to tęczowo-narkotyczny zjazd w głębiny ludzkiego umysłu. Tę potężną dawkę absurdalnego humoru najlepiej oglądać z najlepszym przyjacielem. Trzeba tylko uważać na głowę, bo może odpaść od gromkiego śmiechu.