Urodziny Miasta Kocham Katowice – CocoRosie, Galeria Szyb Wilson, 08.09.2013

katoGdy chłodne wieczory powoli stają się normą, a parasol nieodłącznym towarzyszem codziennych zmagań, to nie ma co się oszukiwać – lato niezaprzeczalnie zbliża się ku końcowi. Szarobure niebo zniechęca do wyściubienia nosa na zewnątrz i potrzeba naprawdę silnego bodźca, żeby zmusić się do opuszczenia swoich czterech ścian. Mimo to są takie wydarzenia, którym nawet chłód nie straszny. W minioną niedzielę miał miejsce koncert inauguracyjny obchodów 148. urodzin miasta Katowice, na którym zagrały siostry Casady, znane pod nazwą CocoRosie.

Bardzo zaskoczył mnie wybór organizatorów – dlaczego właśnie one? Zapewne miało to wiele wspólnego z ich występem w Poznaniu następnego dnia, jednak wybór był kontrowersyjny. Bo, po pierwsze, muzyka młodych Amerykanek nie jest dla wszystkich i, po drugie, nie jest łatwo się do niej przekonać. Zapewne nikt mi na to pytanie nie odpowie, ale wiele osób – w tym i ja – przemogło się, aby mimo jesiennej słoty udać się do Galerii Szyb Wilson.

Koncert, happening, performance – nie wiem do końca jak zaklasyfikować występ CocoRosie. Na środku sali, na kameralnej scenie jedyną ozdobą było lustro-toaletka w mosiężnej, złoconej ramie, a tuż za nim rozwieszony sznur z różnymi elementami garderoby. Eklektyczny wystrój, bardziej przypominający deski teatru niż scenę koncertową, tylko niecierpliwił spory tłum zebrany pod sceną.

Pierwsze uderzenia elektronicznego bitu jak jakiś dziwaczny rytuał wywabiły zza sceny Sierrę – czyli Rosie – która w wesołych podrygach wskoczyła za harfę, a tuż za nią pojawiła się Bianca, znana pod pseudonimem Coco. Spektakl się rozpoczął, a duet wsparty beatboxem i klawiszami roztoczył swój urok. Koncert zdominowały utwory z nowego albumu „Tales of a GrassWidow” – między innymi „Child Bride”, „Tears for Animals”, „End of Time”, „Poison” czy „Villain”.

Byłam oczarowana dziwnymi rytuałami, ruchami, całą tą aurą, którą dziewczyny roztaczały wśród słuchaczy. „K-Hole” w tanecznym wykonaniu czy „God Has a Voice, She Speaks Through me” jako patetyczny psalm rozbrzmiewały prosto i przejmująco zarazem. Wszystko jednak do czasu… Siostry wyjątkowo dużo czasu poświęcały na przebieranki i wymyślne maskarady, które za pierwszym razem mnie ciekawiły, ale za czwartym zaczęły trochę irytować.

Jedną z głównych cech CocoRosie jest specyficzny, dziecięcy wokal Bianci postawiony w opozycji do operowo wyszkolonego głosu Sierry. Mimo przepaści w ich wokalnych predyspozycjach w duecie brzmią genialnie. Jednak gdy się je rozdzieli, infantylny skrzek zaczyna powoli drażnić, a sopranowy patos drąży dziurę w brzuchu. Żeby było jasne – wiedziałam, czego się spodziewać, jednak rzeczywistość mnie przerosła i kilka minut przed bisami opuściłam salę z bólem głowy i delikatnym rozczarowaniem.

Miłym urozmaiceniem okazał się być solowy popis Teza, będącego po prostu żywą perkusją. Nigdy szczególnie nie fascynował mnie beatbox, ale kilkuminutowa prezentacja, która miała miejsce podczas jednej z dłuższych przerw sióstr na zmianę strojów, wbiła mnie w podłogę. Fantastyczny set, złośliwie przez kolegę okrzyknięty najlepszym fragmentem koncertu, wywołał szał publiki i na pewno podziw wielu obecnych na sali.

CocoRosie znam i cenię od dawna, a na koncert namówiła mnie ta bardziej ciekawska część mnie. Poniekąd mam wrażenie, że element eksperymentu wyskoczył z muzyki CocoRosie i przeniósł się na widownię, aby się przekonać jak wiele słuchacze są w stanie wytrzymać. Z pewnością zespół w pełni pokazał swój dziki charakter i to, za co jedni je kochają – świeże brzmienie, anielskie melodie, baśniowy klimat piosenek – ale też to, co innych drażni: chropowaty wokal i ogólna „dziwaczność”. Ale tak to już z nimi jest, CocoRosie można albo kochać, albo nienawidzić, ale na pewno warto zobaczyć.

Iza Kierzek