Festiwal, którego nie było – słów kilka o OFF Festivalu 2013

offZanim tajemnica tytułu tej relacji z ósmej edycji OFF Festivalu zostanie odkryta, pragnę wyjaśnić, iż nie chodzi tu o spędzanie przepięknych czterech sierpniowych dni w Katowicach na kasowaniu pamięci przy pomocy napojów alkoholowych (co zresztą skutkowałoby czytaniem teraz przez was pustej strony). Jak pokazała tegoroczna frekwencja (kompletnie wyprzedana pula karnetów i – o ile mnie pamięć nie zawodzi – biletów jednodniowych na piątek i sobotę), OFF ma się dobrze i z pewnością nie zniknie z festiwalowej mapy miłośników tej formy rozrywki. Jednak o ile poprzednich pięć edycji stanowiło kolorowy sznurek radosnych skojarzeń i wspomnień, o tyle rok 2013 dostarczył niżej podpisanemu najbardziej skrajnych emocji ever. Pozwólcie zatem, że w kliku słowach się wytłumaczę.

Zabawne, że czasem najwięcej dzieje się tam, gdzie najmniej się tego spodziewamy. Czasem najmniejsza scena (Eksperymentalna) bywa areną najgorętszych okrzyków, najintensywniej wciągających zabaw rytmem, melodią. Czasem wystarczą tylko dwie osoby, aby stworzyć wrażenie, że przed nami prawdziwy spektakl odprawia mała orkiestra. To właśnie Buke and Gase okazali się moimi wybawcami piątkowego dnia i największym dla mnie odkryciem festiwalu. Kobieta i mężczyzna. Gitara i bas (obowiązki perkusyjne dzielone po równo). Yin i yang. Niezliczona ilość niezwykle oryginalnych, porywających pomysłów na minutę w niemalże każdym utworze. Aron Sanchez ze spokojem na twarzy doprowadzał do mocnych podrygów i swojskiego tupania swoim wyrazistym, pulsującym basem i pozostawiał urodziwej Arone Dyer, niczym prawdziwy dżentelmen, zadanie uwodzenia publiczności strunami metalowymi i głosowymi. Brzmieli, jakby urodzili się po to, aby występować razem na scenie. Tyle się działo w ich muzyce, że nie sposób przewidzieć, co jeszcze poza tą oryginalną fuzją rockowo-progresywnego frazowania i czegoś, co przypominało „żywą” elektronikę, przyniosą kolejne albumy tego nowojorskiego duetu. Po ich koncercie pierwszy pozytywny akcent dnia miałem za sobą. Jak się jednak później okazało, ostateczna ocena piątkowej odsłony OFF Festivalu wisiała na włosku…

Słowo „włos” nie jest tu zresztą bez znaczenia. To właśnie mężczyzna, którego głowa pozbawiona została dawno temu tego atrybutu ludzkiego ciała, pokazał, co to znaczy zamienić rockowy koncert w przykry obowiązek. Tak, Billy, o tobie mowa. Niesprawiedliwością byłoby tu wymieniać cały zespół, ponieważ Billy Corgan pozostaje od lat jedynym członkiem oryginalnego składu The Smashing Pumpkins, obecnie uzupełnionego o wziętych z castingu muzyków. W spojrzeniu, sposobie grania i kontakcie Corgana z publicznością nie było ani odrobiny pasji. Setlista w większości składająca się z utworów z ostatnich albumów była powodem do kręcenia nosem i nawet nagła zmiana akcentu i zaserwowanie hitów „Disarm” i „Tonight Tonight” z – trzeba to powiedzieć – żałośnie i patetycznie brzmiącymi samplami instrumentów smyczkowych nie zatarło fatalnego wrażenia, jakie zrobił na mnie niepodzielnie rządzący „władca” Dyń. Na krótką chwilę zrobiło się miło, gdy z głośników poleciało „Cherub Rock” i „Today”. Na zawsze zagadką pozostanie dla mnie nieudana i mocno rozbudowana interpretacja „Space Oddity” Bowiego odegrana jako trzecia w kolejce. Gdzieś w połowie koncertu jakiś cichy głos w mojej głowie podsuwał uparcie plan ewakuacji na inną scenę. Do teraz nie jestem pewien, co spowodowało, że wytrwałem do samego końca tego smutnego show. Z pewnością nie był to widok wydatnego brzuszka wystającego spod zbyt małej koszulki frontmana SP. Może naiwny sentyment? Ach tak, już wiem. Nogi Nicole Fiorentino. Podejrzewam, że Billy Corgan nie słucha zbyt często polskiej muzyki. W przeciwnym wypadku doskonale rozumiałby, że „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”.

Żeby jednak nie kończyć wspomnień z pierwszego dnia malkontenctwem, wypada tu wymienić czarującą godzinę z panem Wodeckim i zespołem Mitch & Mitch, wspomaganymi przez liczne grono muzyków na scenie mBanku. Pan Zbigniew, jak zwykle z gracją obsługujący pianino, skrzypce, trąbkę i patyczek, którym uderzał w coś, co koleżanka redakcyjna żartobliwie, ale całkiem trafnie nazwała oscypkiem, wzbudzał wyłącznie uśmiech na twarzach publiczności, niejednej pewnie osobie z kategorii +45 obecnej na festiwalu przypominając o latach młodości. Sam gwiazdor, mimo kolejnych lat na karku, zdaje się nie tracić wigoru, co przełożyło się na łączące pokolenia fantastyczne muzyczne doświadczenie. I nawet brak piosenki o pewnej pszczółce można wybaczyć. Brawa, panie Zbyszku!

Sobota była kolejnym niełatwym dniem dla szukania na OFF-ie powodów do satysfakcji. Zanim ten najbardziej oczywisty z nich miał pojawić się na głównej scenie 10 minut po północy, trzeba było spróbować trochę starego dobrego łojenia w wykonaniu Metz. Było głośno, surowo i brutalnie, co w dużej mierze potęgował widok perkusisty dającego popis czystej dzikości i pasji, podczas którego niejeden raz techniczny drżał zapewne o stan bębnów. Odrobinę radości do mego serca wniósł także Jens Lekman, który urzekł publiczność swoimi piosenkami o miłości nie tylko z ostatniej płyty „I Know What Love Isnʼt” i fantazjami o byciu stalkerem Kirsten Dunst. Szkoda jedynie, że w gąszczu tylu hardcoreʼowych artystów robiących nieustanny hałas tak niewiele było tego dnia podobnych okazji do beztroskiego tańca i śpiewania.

Innym razem z kolei, gdy próbowałem odetchnąć i wyciszyć się na chwilę na scenie Trójki przy delikatnej klawiszowej muzyce Julii Holter, po raz pierwszy dotarło do mnie, że tegoroczna edycja to mój łabędzi śpiew w roli festiwalowicza. Próba, jaką przeprowadzał (chyba) duet Skalpel w tym czasie na Scenie Leśnej, całkowicie zakłóciła odbieranie muzyki amerykańskiej artystki przy wyjściu z namiotu. Dopiero Niemcy z Bohren und Der Club of Gore ze swoim pogrzebowym jazzem dostarczyli mi remedium na wszelkie dolegliwości wynikające z napiętego rozkładu jazdy i kilkugodzinnego kręcenia się głównie na występach muzyków niemających litości dla swoich gitar i bębnów (no tak, sam się o to w końcu prosiłem). Obfita mgła na scenie zasłaniająca członków grupy, wyraźne skupienie publiczności na hipnotycznych, choć oszczędnych w warstwie instrumentalnej minisuitach. Klimat jak z Twin Peaks. Niepokój i smutek krążące w namiocie Sceny Eksperymentalnej. To wszystko razem pochłonęło mnie w całości. Nic dziwnego, że po godzinie występu czułem, jakby wszystko trwało zaledwie kilka chwil. Tak właśnie powinna działać muzyka. A przecież za chwilę miało być jeszcze piękniej, jeszcze mroczniej…

No właśnie – miało. Muszę jednak być szczery sam ze sobą i przyznać, że po muzycznym katharsis, jakim był poznański koncert Godspeed You! Black Emperor z 2011 roku, nie mogę oczekiwać, że obcowanie z boskością to coś, co zdarza się jak na zawołanie. Owszem, Kanadyjczycy zagrali interesująco, brzmieli potężnie, ale odniosłem wrażenie, że słucham zupełnie innego zespołu niż 2 lata temu. Nie było nam dane w Katowicach usłyszeć ich najwybitniejszych kompozycji. Z jednym, w dodatku pechowym wyjątkiem: „Moya”. Dźwiękowe arcydzieło, które z każdą sekundą pogłębia tylko stan ekstazy, zostało już na początku brutalnie pokiereszowane zbyt głośną próbą dźwięku w namiocie obok. To Japończycy z Zeni Geva, po których również spodziewałem się, że ich show wyrzuci mnie z butów (co jednak nie miało miejsca, mimo szybkiego i całkiem przyjemnego uderzenia po kanałach słuchowych na przestrzeni kilku utworów, których wysłuchałem po GY!BE), zafundowali mi najbardziej frustrujące momenty mojej trwającej prawie dekadę przygody z muzyką graną na żywo. Spokojnie, stopniowo budowane przez gitarę i smyczki napięcie w „Moya” runęło po pierwszej fali przesteru dobiegającej z sąsiedniej Sceny Eksperymentalnej. Wtedy też dotarło do mnie, że zakaz wnoszenia na teren festiwalu butelek czasami ma sens. Zwłaszcza gdy w tłumie znajduje się co najmniej jeden skrajnie wzburzony fan. Odsuwając na bok ten fatalny, choć znaczący incydent, odczuwałem ostatecznie spory niedosyt. Kolejny headliner grający grubo poniżej swoich możliwości. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że niedziela odwróci tę złą passę.

I faktycznie ostatni dzień OFF Festivalu rozpoczął się od mocnych punktów. Poznański duet Rebeka zagrał o wiele ciekawszy i bardziej taneczny set niż Austra dzień wcześniej na tej samej Scenie Leśnej, pokazując przy tym, że elektroniki na wysokim poziome nie trzeba szukać po drugiej stronie Atlantyku. Autre Ne Veut również wyszli obronną ręką ze starcia ze spragnioną bardziej imprezowych rytmów publiką festiwalową, chociaż zdecydowanie brakowało na Scenie Trójki szaleństwa i gorącej atmosfery bliskiej chociażby gdyńskiemu koncertowi Disclosure. Na jej deficyt nie można było jednak narzekać w tłumie pod Sceną Leśną i w namiocie Trójki podczas zdecydowanie najbardziej czadowych momentów całego festiwalu, czyli w trakcie koncertów Japandroids i Fucked Up, którzy swoim punkowym brzmieniem uruchomili w ludziach niespotykane pokłady energii. Było jej aż tyle, że Damian Abraham, wokalista kapeli z Toronto, postanowił spożytkować ją, skłaniając dzikie tłumy do utworzenia ludzkiej lokomotywy, z którą wyjechał (jak zwykle bez koszulki) na teren przed namiotem. Oczywiście jednocześnie nie rozstawał się z bezprzewodowym mikrofonem, wypluwając płuca przy każdym utworze. Ci pierwsi natomiast chcieli chyba podlizać się fanom Metalliki, grając przez dłuższą chwilę część utworu „Enter Sandman”, co stanowiło dla mnie kolejny dowód na to, że Kanadyjczycy to wyluzowany naród.

Długo wyczekiwany przeze mnie Deerhunter z ekscentrycznym Bradfordem Coxem na czele wzbudził we mnie niepotrzebnie ogromny apetyt na psychodeliczną ucztę, zapodając na otwarcie „Cryptograms”, by przez najbliższe kilkadziesiąt minut zaprezentować bardzo zachowawczy materiał, z którego większość ulegała natychmiastowemu zatarciu w pamięci krótkotrwałej. Nawet lekko wazeliniarska konferansjerka lidera kapeli o ulubionych rzeczach kojarzących się z Polską nie zdziałała wiele. Na skromną osłodę zagrali jeszcze transowe „Nothing Ever Happened”, po którym zmyłem się prędko na występ Goat. Szamańskie stroje i brudne gitary okazały się udaną mieszanką, a w okrzykach ludzi zgromadzonych pod Sceną Leśną dało się usłyszeć, że obcują z czymś, czego do tej pory na OFF Festivalu jeszcze nie doświadczyli. I cóż, że zespół ze Szwecji, skoro wielu z nas widziało na scenie stado opętanych przez muzyczne demony dzikusów wyposażonych w instrumenty, którymi skutecznie zaczarowali niemałe grono słuchaczy. Jednakże wszystko to, co do tej pory napisałem o tegorocznej edycji, to zupełnie nieistotna historia w obliczu tego, co działo się później na scenie mBanku od godziny 00.10…

mbv

Trochę jak przyrząd do kasowania pamięci w „Facetach w Czerni” zadziałały na mnie magiczne dźwięki „I Only Said”, od którego My Bloody Valentine zaczęło totalną anihilację ósmej edycji OFF Festivalu. Tak, anihilację. Terminy typu „zdominowali” byłyby zdecydowanie nie na miejscu w kontekście gęstej mgły przesterów, która zalała Muchowiec na dobre 1,5 godziny, sprawiając, że straciłem na ten czas poczucie, że wokół mnie przez ostatnie 3 dni odbywała się jakakolwiek impreza muzyczna. My Bloody Valentine swoim powalającym show, nabitym praktycznie samymi muzycznymi pomnikami alternatywnego grania, wśród których znalazła się mocna reprezentacja z WIADOMO, KTÓREGO ALBUMU, zrobili trochę na złość pozostałym muzykom grającym w Katowicach w pierwszym tygodniu sierpnia. Przepaść, jaką wytworzyli swoimi rzężącymi gitarami między własną muzyką a resztą obsady OFF-a była nie do przeskoczenia (pod względem głośności również, ale to było oczywiste od momentu ogłoszenia ich występu na OFFie). Jako człowiek, który po wysłuchaniu w życiu potężnej ilości płyt i koncertów nie zadowala się już dobrymi lub nawet bardzo dobrymi występami, jako ktoś szukający doznań wyrywających choć na chwilę z rzeczywistości, z gniazda własnych, bzyczących niczym pszczoły myśli, nie mogę oszukiwać samego siebie. W zeszły weekend w stolicy Śląska OFF był off. W jego miejsce odbył się My Bloody Valentine Festival. Nietypowy, bo ok. 90-minutowy, jednak tak intensywny (wystarczyło popatrzeć na ludzi zasłaniających uszy przy dźwiękowym holokauście w połowie zamykającego show „You Made Me Realise”), że wszystko to, co działo się przez poprzednie 72 godziny, wydawało się jakimś krótkim, niewyraźnym snem. Niebiesko-różowo-fioletowe światła doprawiane hałaśliwą lawiną gitar odczuwałem nawet bardziej realnie, bardziej namacalnie niż dotyk mojej dłoni na własnym, obsypanym ciarkami ciele. W zasadzie już po kilku minutach tego spektaklu, który jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wynagrodził mi wszelkie muzyczne i organizacyjne niedociągnięcia, było wiadomo, kto rządził w ostatni weekend na terenie Muchowca. I nawet zmiany w poziomach nagłośnienia poszczególnych instrumentów, jak np. w „Only Shallow”, nie zepsuły mi tego wieczoru (a trzeba przyznać, że można było odnieść wrażenie, iż sam szatan grał na wyjących Jazzmasterach choćby we wspomnianym utworze). Nie przychodzi mi do głowy nic innego, jak tylko ująć wszystko w matematyczny sposób: MBV > OFF Festival 2013.

Dopiero co zakończona edycja prócz skrajnych wspomnień pozostawiła po sobie także wiele pytań, na które organizatorzy (ale również i uczestnicy) powinni poszukać odpowiedzi, zanim ruszą z przygotowaniami na rok 2014. Przede wszystkim niehumanitarny zakaz wnoszenia własnej wody powyżej pół litra przy takich upałach zakrawał o zbrodnię, nie mówiąc już o absurdalnym przymusowym wyrzucaniu korka z butelki. Chociaż trzeba przyznać, że wpadnięcie na pomysł wniesienia zastępczego korka nie wymagało zbyt wysokiego IQ.

Kwestią osobną pozostaje natomiast dobór artystów i ich rozmieszczenie na poszczególnych scenach, a także związany z tym plan godzinowy. Zbyt często zdarzało się, że hałas z sąsiadującej sceny odstraszał ludzi, odbierając możliwość pełnego przeżywania występów. A co do emocji związanych z muzyką… wygląda na to, że pan Rojek przeżywa nawrót fascynacji buntowniczym hardcorem i garażowym punkiem. I choć sam rozumiem i podzielam zamiłowanie do mocnego kopa z głośników, to jednak w tym roku stosunek zespołów grających nie zawsze przyjazną dla ludzkiego ucha muzykę do tych bardziej rozrywkowych, melodyjnych wykonawców sięgał czasami niezdrowych wymiarów. Sprawą oczywistą jest, że czasami mózg po prostu nie jest w stanie wytrzymać natężenia ciężkich, świdrujących gitar i krzyczy o chwilę ciszy. Zwłaszcza że idealnie nadająca się do odważnego skakania lub chwili kontemplacji muzyka najczęściej docierała do uszu festiwalowiczów ze scen dopiero w późnych godzinach nocnych, gdy część publiki, zwłaszcza ta spragniona odrobiny klubowej elektroniki, musiała oszukiwać własne nogi, aby tylko dotrwać prawie do rana.

Jedynym problemem, któremu chyba nie sposób zaradzić, jest sama publiczność. Mówiąc bardziej precyzyjnie ta jej część, która najwyraźniej myliła kącik literacki, gdzie można było pogadać przy kawce ze znajomymi lub pisarzami zaproszonymi na festiwal, z terenem pod sceną, gdzie powinna królować muzyka, a nie towarzyskie rozmowy lub przechadzki w tłumie w tę i we w tę. Wiele z wyżej wymienionych czynników uświadomiło mi, że formuła festiwalowa coraz mniej wspólnego ma z silnymi muzycznymi doznaniami i przeradza się w festyn dla mas, gdzie od zabrania ze sobą do domu niezapomnianych dźwiękowych doznań, za które przecież płacimy śmiesznie małe pieniądze, ważniejsze jest pokazanie się w modnym stroju i późniejsze wrzucanie na fejsa zdjęć robionych smartphonem w momencie, gdy należało się skupić na słuchaniu muzyki. Festiwal staje się powoli miejscem reperowania ego, a nie wzbogacania życia duchowego. Może właśnie problem leży w łatwej dostępności takiej rozrywki, co z reguły oznacza brak szacunku do „usługi/towaru” (wybaczcie określenie). A płynięcie z nurtem częściowo głuchych konsumentów nigdy nie wróży niczego dobrego. Mam ogromną nadzieję, że kiedyś zatyczki będą służyć nie do zatykania uszu, jak podczas koncertu MBV, ale do kneblowania ust. Również moich, pełnych krytycznych spostrzeżeń, gdyż szczerze wierzę, że muzyka na festiwalach w niedalekiej przyszłości znowu wyraźnie będzie zajmować pierwsze miejsce.