High five! Guilty pleasure

Czas na kolejną odsłonę cyklu High five! Tym razem proponujemy Wam te filmy, których oglądania regularnie się wstydzimy, ale nie potrafimy przestać! Filmy-narkotyk, którym każdorazowemu oglądaniu towarzyszy obietnica, że kolejny seans to już na pewno ten ostatni! Chyba sami w to nie wierzymy…

harry potter i kamień filozoficzny

fot./ materiały prasowe

Kornelia Musiałowska wybrała: „Harry Potter and the Sorcerer’s Stone”/ „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”… z DUBBINGIEM!

Tak! Przyznaję się, jestem winna. Guilty Pleasure na najwyższym poziome… Podczas gdy wszyscy fani Harry’ego Pottera wyrośli na dorosłych obywateli Hogsmeade i zarzucają się komentarzami, jak bardzo pierwsze filmy serii o Potterze były złe, ckliwe i drewniane oraz błogosławią Merlina, że wreszcie mogą oglądać owe perły kinematografii w oryginalnej ścieżce językowej…  ja lubię w piątkowe wieczory włączyć TVN i oglądać Harry’ego, Rona i Hermionę mówiących piękną polszczyzną.

Uwielbiam to uczucie, kiedy znowu jestem małą Kornelką czekającą na list z Hogwartu, a wszyscy inni wokół mnie to zwykli mugole. I co złego w tym dubbingu? Przecież to dźwięk i głos naszego dzieciństwa! Łezka w oku feniksa aż się kręci. W końcu książki też przeczytałam sto razy po polsku właśnie. Hermiona z Kamienia Filozoficznego nie mówiąca po scenie z Puszkiem „albo co gorsza… nas WYLEJĄ!”to nie ta sama Hermiona. Zdecydowanie.

Legalna blondynka

fot./ materiały prasowe

Patrycja Mucha uwielbia: „Legally Blonde”/ „Legalna blondynka”

Tak, uwielbiam „Legalną blondynkę”. Widziałam ten film w całości ok. 30 razy, kiedyś puszczałam go sobie na DVD jak sprzątałam pokój, więc dochodzą jeszcze spojrzenia w ekran poprzez opary Pronto w sprayu. Lubię po prostu jak z głupiutkiej blondynki Reese przeradza się w trochę mniej głupią blondynkę, bo wie, jak woda działa na świeżo zrobioną trwałą. Piosenka „Watch me shine”(KLIK!), wykorzystana w filmie towarzyszyła mi nieraz w chwilach zwątpienia we własne możliwości, choć to tylko tani pop. A prawdziwym smaczkiem jest kolejne wcielenie Mamy Stiflera z „American Pie”, która złamała nos swojemu przyszłemu mężowi podczas prezentacji obfitego biustu. Poza tym natura obdarzyła mnie najgorszym rodzaj blondu na głowie (tym „ciemnym”), więc czuje się naprawdę dobrze kiedy Elle uciera wszystkim nosa, bo jest przecież reprezentantką grupy do której należę. Parę lat temu nawet perfumowałam kartki i miałam puchate długopisy. Byłam dzieckiem różu i dobrze mi z tym było! Tylko teraz już nie wypada…

Tomb Raider materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Natalia Kaniak czuje się winna z powodu oglądania: „Lara Croft: Tomb Raider”

W czasach przedinternetowych, kiedy od czasu do czasu pożyczano sobie filmy na dwóch płytach CD repertuar podyktowany był gustem znajomego z modemem. Tak się złożyło, że nasz osiedlowy pirat ukochał sobie Angelinę Jolie, więc za dychę przegrywał wszystkim „Kolekcjonera kości” i „Tomb Raidera”. Tak oto, dzięki ekranizacji gry komputerowej przez długi czas żyłam w głębokim przekonaniu, że zostanę odważną archeolożką, będę miała wspaniałe przygody, własnego lokaja i hakera, który włamie się na serwery Pentagonu w dwa kliknięcia. Trochę nie wyszło, ale do rzeczy: w „Tomb Raiderze” znajdziemy wszystko czego potrzebuje głodny atrakcji kinoman. Dostajemy bowiem prostą, ale nie prostacką historię, owiane tajemnicą podróże do Azji i równoległych wymiarów, mroczne tunele, zapadnie, zagadki buddyjskich mnichów, energetyzującą ścieżkę dźwiękową, stylowych czarnych charakterów, młodego Daniela Craiga na drugim planie i atrakcyjną Angelinę na pierwszym, która nawet pośród śniegów Syberii łagodnie sunie w rozpiętym futrze, w dodatku w slow motion. Jest nawet kilka nieśmiesznych żartów i masa drętwego aktorstwa. Ale co z tego, skoro jest Lara Croft, na którą nie ma mocnych.

The room

 

fot./ materiały prasowe

Weronika Migdał wybrała: „The Room”

Przyjemność zdecydowanie zakazana, kolejne seanse tego filmu grożą spontaniczną autodestrukcją widza. Pomimo tego  <po ciężkim dniu w pracy, albo po ciężkim alkoholu>  film okazuje się być  swego rodzaju cebulą,  od początku wydaje nieznośny odór ale odpowiednio przyprawiony staje się niezwykle smaczny. Oczywiście surowej cebuli jeść nie można, a ten film jest zdecydowanie surowy, zatem największą sprośną przyjemność odnajdujemy doprawiając go sobie samemu na swój sposób. A doprawiać jest co.

Oglądając nie wierzymy własnym oczom. Nic, na prawdę nic się nie dzieje, akcja toczy się w dwóch pokojach, za to z obfitą dekoracją <scenograf musiał być szalony albo oszalał po tym filmie>. Dialogi pisane na kolanie połączone z aktorstwem bardzo ambitnego przedszkolaka <w tej roli Tommy Wisseau, który był producentem, reżyserem oraz (a co!) zagrał główną rolę > sprawiają, że widz zaczyna myśleć „ Dlaczego Ja” to muszę oglądać?. Film ten to szalony twór szalonego filmowca. Wątek główny: miłość i zdrada przeplata się z niezliczoną ilością nie mających nic wspólnego ze sobą i z filmem wątków pobocznych. Leje się miód, po podłodze walają się nie wiadomo komu potrzebne cztery kilogramy róż i pół ciężarówki świec. Zwisają jedwabie, kobieta również zwisa gdzie może, a widz zastanawia się, o co tak właściwie im chodzi? Główny bohater sam nie wytrzymuje poziomu tej sztuki i popełnia samobójstwo. Wyją syreny. Jest akcja, jest miłość, jest zazdrość, napięcie, plotki i zawiłości, których nie rozumie NIKT, włączając w to również reżysera. Co tutaj sprawia największą frajdę ? Odnajdywanie w tym co miga na ekranie- filmu. Jest on tam, czy go nie ma ? Nie ma go tam tak bardzo, że aż wciąż chce się sprawdzać i sprawdzać nie dowierzając, co właściwie nasze oczy oglądają.

szkoła uczuć materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Wiktoria Ficek wstydzi się, że ogląda: „A Walk to Remember”/ „Szkoła uczuć”

Staram się nie załączać telewizora podczas kolejnego z tych melancholijnych wieczorów, kiedy emitowane są same młodzieżowe wyciskacze łez. Nie byłoby w tym fakcie niczego dziwnego, gdyby powodem wyłączonego ekranu było zażenowanie spowodowane banalną historią melodramatu. Prawda jest jednak inna. Obawiam się, że kolejny raz dam upust swoim emocjom i popłacze się jak mała dziewczynka. Do filmów, które wywołują we mnie te wstydliwe uczucia bez wątpienia należy „Szkoła uczuć”. On buntownik i łamacz damskich serc, ona zamknięta w sobie córka pastora. Do tego wszystkiego dodajemy chorobę i wszyscy wiedzą jak ta historia się skończy, zanim się jeszcze zaczęła. Mimo tego za każdym razem, kiedy Landon spełnia jedno marzenie z listy Jamie (szczególnie moje ulubione: bycie w dwóch miejscach jednocześnie), jestem poruszona, a może nawet odrobinę zazdrosna. W końcu każda kobieta pragnie, by ukochany podarował jej gwiazdę z nieba. Więc kiedy nikt nie widzi, włączam telewizor w jeden z tych melancholijnych wieczorów. Może i tym razem emitują „Szkołę Uczuć”.