Festiwal literacki w kraju nieczytających

Co jakiś czas docierają do nas zatrważające wieści. Wyłania się z nich obraz Polaków, którzy jak ognia boją się książek. Według raportu Biblioteki Narodowej (stworzonego we współpracy z TNS Polska) statystyczny Polak czyta ich rocznie siedem . I niestety, z roku na rok liczba czytelników spada. Czy zatem tworzenie kolejnych literackich festiwali ma jakikolwiek sens? 

W miniony weekend obyła się w Warszawie pierwsza edycja Big Book Festival. A skoro rozpoczęliśmy od statystyk, z dokładnych liczb mamy jedną: 164. Tylu czytających zgromadziło się w niedzielne południe podczas bicia rekordu w zbiorowym czytaniu na świeżym powietrzu. W dłoniach czytelników obok książek wydanych tradycyjnie, gościły również te na ekranach czytników. Organizatorzy szczycą się największą liczbą uczestników w historii – i w sumie mają rację, to prawda. Jednakże, biorąc pod uwagę, że zdarzenie miało miejsce w prawie dwumilionowym mieście, okazuje się, iż wypadliśmy raczej… słabo. 

Lepiej było podczas sobotniego happeningu „Mrożek na językach”. Poczekalnia Dworca Centralnego pękała w szwach. Słuchaczami byli nie tylko podróżni obładowani licznymi walizami, ale i warszawiacy, którzy specjalnie przybyli na to wyjątkowe wydarzenie. Utwory polskiego artysty czytali m.in. Dorota Masłowska, Maria Pakulnis i Bogusław Linda. Ku rozczarowaniu publiczności na wydarzeniu niestety nie pojawił się sam Mrożek, a jedynie wydelegowana przez niego w zastępstwie żona.

Najjaśniejszym punktem festiwalu okazał się panel Gigantów Literatury, który odbył się w niedzielne popołudnie. Spotkanie poprowadziła jedna z organizatorek BBF – współzałożycielka Fundacji „Kultura nie boli”, publicystka i dziennikarka – Paulina Wilk. W kinie Iluzjon debatowano nad patriotyzmem, wspólnotą i polską kulturą.

Panel Giganci Literatury, fot. S. Młodzianowska

Panel Giganci Literatury, fot. S. Młodzianowska

– Mówienie o tym, że ktoś każe dziś ginąć za Polskę jest absurdem. Normalni ludzie nie zastanawiają się nad tym. Żyją, mówią językiem polskim, mają swoje mniejsze lub większe ojczyzny, nie obchodzi ich ani ten wyidealizowany, ani balonikowy patriotyzm – podkreślał Tomasz Łubieński.

Artyści zgodnie stwierdzili, że dzisiejsze poczucie przynależności do wspólnoty narodowej wśród ludzi młodych jest niewielkie.

Dorota Masłowska mówiła: – Choć jesteśmy uwikłani w Polskę, rozmywa się u nas identyfikacja z miejscem. Za sprawą internetu zaczynamy funkcjonować w miejscach, których nie ma.

A kwestia twórczości? – Nie czuję powiązania ze współczesną polską kulturą. Oglądam brytyjskie seriale. Słucham skandynawskiej muzyki. Jeśliby wykasować ostatnie 20 lat z polskiej kultury, moje życie nie stałoby się uboższe – podkreślał Łukasz Orbitowski.

Był czas mocnych słów. Cenny czas, w świecie, gdzie tak wiele jest pomijane, bo niewygodne, bo trudne. Lepiej przemilczeć – nie wyrażać zdania i wyjść z tematu obronną  ręką. BBF pozwolił na rozmowy bez ram. Po tematach niełatwych uczestnicy mogli odprężyć się – jak miałoby być inaczej? – czytając. Jeśli okazałeś się dobrym łowcą – miałeś szansę zdobyć książkę za złotówkę. A nie było to łatwe! Kolejki były srogie i książki rozeszły się jak świeże bułeczki. Dla tych, którzy z natury przypominają raczej ślimaka, alternatywą były czynne przez oba festiwalowe dni punkty wymiany. Dzięki nim wielu czytelników odświeżyło swoje biblioteczki.

Czytelnicy, licznie zgromadzeni na różnych punktach programu,  dowodzą, że narodziny Big Book Festival ewidentnie zostały zauważone. Miasto stołeczne po raz kolejny (miesiąc po odbywających się na Stadionie Narodowym Targach Książki) stało się na weekend miejscem bardziej przyjaznym i bliższym miłośnikom książek. Warszawie życzymy zatem, aby została  czytelniczym centrum Polski, Organizatorom BBF – by z każdym rokiem rosła liczba uczestników Festiwalu, a Polaków prosimy – czytajcie książki!