Queens of the Stone Age – „…Like Clockwork”

Josh Homme robi zawsze to, na co ma ochotę. Chciał być „maczo”, nagrał więc opus magnum gitarowego grania dwudziestego pierwszego wieku – „Songs for the Deaf”. Chciał trochę nastraszyć przed snem rockandrollowe dzieciaki – sklecił niepokojące „Lullabies to Paralyze”. Tym razem postanowił usiąść, zastanowić się chwilę nad tym, czego nauczył się przez lata muzycznej działalności. I spróbować tego, czego do tej pory unikał. „…Like Clockwork”, najnowszy album Queens of the Stone Age, dowodzi po raz kolejny, że Josh Homme to muzyczny Midas, który nawet w wywrotowych względem klasycznego brzmienia QOTSA stylistykach odnajduje coś, co potrafi wzbogacić dorobek jego formacji. I jak zwykle robi to po swojemu, czyli intrygująco.

Odgłosy trzaskanego szkła przy otwierającym album „Keep Your Eyes Pelled” symbolizują niejako zniszczenie w pewnym stopniu starego, monolitycznego wizerunku kapeli jako klasycznych gitarowych wymiataczy. Utwór ten, zdecydowanie najbliższy klimatom znanym z „Lullabies to Paralyze”, ze swoim ociężałym basem, brudnym riffem i topornym rytmem przywodzi na myśl doom metalowe kompozycje Electric Wizard. Jednakże gdzieś w samym środku kawałka połowa sekcji rytmicznej nagle wycofuje się na chwilę, by oddać głos schizofrenicznej gitarze. To jest dopiero suspens! Niespodziewane ciarki na mojej skórze nie mogą zresztą kłamać. Pod koniec cała konstrukcja zostaje poddana kingcrimsonowskiej żonglerce (która jeszcze pojawi się na albumie), przeistaczając się w swoisty minieksperyment, aby po chwili znowu powrócić do dusznego dłubania z basem na pierwszym planie.

Gdy jako następne w kolejce wskakuje „I Sat by the Ocean”, od razu nachodzi mnie ochota na bujanie się po mieście aroganckim krokiem w przebraniu kartonika mleka znanego z teledysku Blur do „Coffee & TV”. Wszystko  to z powodu bliźniaczego rytmu i identycznie ucinanych uderzeń w struny otwierających ten jeden z najbardziej przystępnych kawałków w całym dotychczasowym dorobku QOTSA. Klasyczny radiowy singiel, który w ułamku sekundy wpada w ucho. W dodatku zagrany na takim luzie (o czym informuje już sam tytuł), jakby powstał jako rezultat szybkiego wypadu Josha z gitarą „na stronę”.

Skoro już na początku była mowa o nauce, to trzeci utwór, czyli „The Vampyre of Time and Memory” jest całkiem udaną próbą spożytkowania dokonań mistrzów melodii, czyli McCartneya i Lennona. Zbudowana na dźwiękach pianina, misternie przemyślana podniosła kompozycja przywodzi na myśl późne beatlesowskie dokonania pokroju „Hey Jude” czy zaprezentowane po wielu latach „Free as a Bird” autorstwa Lennona. Oczywiście z tą różnicą, że Homme wymiata z nich te bardziej pozytywne nuty, zapodając gorzki klawiszowy lament, z dodatkiem dęciaków i solówki, z której dumny byłby sam George Harrison. Robi to w tak przekonujący sposób, że za jednym zamachem z jego ciała znikają wszystkie tatuaże i pozostałe zewnętrzne oznaki stereotypowego męskiego wizerunku. Trzeba naprawdę mieć jaja, aby w tak bezpośredni sposób odsłonić swoją wrażliwszą stronę.

Przykładu podpatrywania młodszego pokolenia należy szukać w „If I Had a Tail”. Dyskotekowy posmak wyraźnie odczuwalny w regularnych uderzeniach perkusji i oszczędnym traktowaniu strun basu i elektryka, z odrobiną bluesowych naleciałości, typowych dla twórczości QOTSA, lokują ten utwór w stylistyce kojarzonej raczej z kapelami pokroju Yeah Yeah Yeahs. I tylko refren oraz wokal Rudego Elvisa zdradzają, że mamy do czynienia z zespołem, w którego składzie nie natrafimy na Karen O czy inną lubującą się w tanecznych klimatach kobitkę.

Stare dobre Królowe powracają przy „God Is The Sun”. Doskonale znane patenty, zaciekłe pojedyncze trącenia z góry (wykorzystywane głównie na „Songs for the Death”) dają całkiem przyjemny, choć niespecjalnie porywający efekt, brzmiący trochę jak wariacja na muzyczny temat znany z „First It Giveth”. Jest coś zastanawiającego w fakcie, że kawałek ten zagrany w klasycznym stylu najbardziej odstaje od reszty kompozycji na „…Like Clockwork”.

Dekonstrukcyjne i rewolucyjne zapędy Homme’a odciskają swoje piętno na wysokości utworu „Kalopsia”. Gdy już mogłoby się wydawać, że muzykowi przejadło się granie przerażających, niedających ukojenia kołysanek, na co wskazuje uwodzenie sielankową gitarą, wtem pojawia się agresywny riff i perkusyjny kopniak, które wyrywają słuchacza z łóżka za fraki. Nie ma spania! Powolne bicie serca na początku kończy się nagłym uderzeniem krwi do mózgu. I tak na zmianę bawi się Josh naszymi lękami i poczuciem komfortu, wytrącając nas z równowagi w tym samym stopniu, jak wywraca dotychczasowe postrzeganie jego twórczości. Kolejna granica przekroczona. Aż strach sprawdzać, jak daleko lider QOTSA zajdzie w swoim szaleństwie.

„Fairweather Friends”, kolejny w kategorii radio-friendly, łączy w sobie wszystko, co popularne w amerykańskim rocku. Jeśli się uprzeć, to usłyszymy tu elementy muzyki Guns N’ Roses czy innych klasyków lat 90., typu Soundgarden, nabite maksymalną porcją przebojowości. Wciąż najtrudniej jest mi się oswoić właśnie z tym utworem, co brzmi dosyć dziwnie, biorąc pod uwagę liczbę eksperymentów obecnych na najnowszym albumie QOTSA.

Zbyt mało udziwnień? Przeskoczcie zatem od razu do ósmego kawałka „Smooth Sailing”, w którym Josh podejmuje chyba próbę ustanowienia nowego gatunku muzycznego. Garażowy disco-blues? Not bad! W tym przypadku jak najbardziej na miejscu są skojarzenia z Eagles of Death Metal, w którym Josh daje upust potrzebie uczynienia rock’n’rolla jeszcze bardziej tanecznym. Zdecydowanie gładko przychodzi mu poruszenie bioder słuchaczy na najnowszym albumie QOTSA za sprawą tego seksownego przeboju prosto z pustynnej dyskoteki.

Bardzo monumentalnie kończy się album „…Like Clockwork” za sprawą „I Appear Missing”, gdzie piekielnie niepokojące dźwięki stapiają się w pełną napięcia minisuitę z piskliwym zawodzeniem gitary, odsyłającą do muzyki progresywnej lat 70., oraz utworu tytułowego, w którym Homme po raz kolejny próbuje wejść w skórę członków brytyjskiej Fab Four, bazując na smutnych klawiszowych akordach, z których przebija momentami promyk nadziei. I znowu ciężko jest oprzeć się wrażeniu, że nawet cudza skóra jest dla amerykańskiego muzyka wygodna niczym jego własna.

Mówi się, że aby zrobić miejsce nowemu, należy pozbyć się starych nawyków, schematów myślenia. Jeśli uznać „…Like Clockwork” za manifestację tego właśnie przekonania, to fani starego brzmienia QOTSA mogą być zaniepokojeni. Jeśli jednak otworzą uszy na nowe pomysły swoich idoli, to jest duża szansa na to, że tym albumem amerykańska kapela pozyska nowe grono miłośników, wychodząc ostatecznie i bezpowrotnie ze stoner rockowej szufladki. Eksperymenty z brzmieniem nigdy nie były im obce, jednakże tym albumem Josh Homme pokazuje prawdziwą odwagę i dojrzałość kompozytorską, m.in. uciekając się po raz pierwszy w swoich utworach do korzystania z klasycznych instrumentów klawiszowych. Ten człowiek nie musi już nic udowadniać. No właśnie, nie musi, ale najwyraźniej chce. Chociażby w imię artystycznej wolności i szczerości wobec samego siebie. A najważniejsze, że przy tym muzyka QOTSA nie traci niczego ze swojej naturalnej przebojowości.

Queens of the Stone Age – „…Like Clockwork”, Matador, 2013

Ocena Reflektora (1-5):