Zaprojektować świat od nowa – Oskar i Zofia Hansenowie. Opowiada Filip Springer

Patrzyli na człowieka przez pryzmat nieskończonego dobra, jak na jednostkę, która do realizacji humanistycznego potencjału potrzebuje jedynie odpowiedniej oprawy. Czy i świat byłby w pełni dobry, gdyby projektowano go według wizji Hansenów? – to pytanie zadawali sobie uczestnicy spotkania z Filipem Springerem w Rondzie Sztuki, poświęconemu jego najnowszej książce: „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach.”

W latach 50. w St. Louis powstaje osiedle 11-piętrowych bloków z wielkiej płyty,  jeden z najbardziej zastanawiających projektów urbanistycznych, którego dzieje przytaczane są do dzisiaj, jako przykład zimnego przebudzenia w myśleniu o architekturze i jej funkcji. Minoru Yamasaki, amerykański architekt japońskiego pochodzenia, zanim jeszcze zasłynął dwoma największymi symbolami kapitalizmu – wieżami World Trade Center – zrealizował pewną eksperymentalną koncepcję.

ta architektura zmieni świat

Projekt Pruitt-Igoe zakładał wybudowanie bloków dla emigrantów, proletariuszy, mniejszości etnicznej Ameryki. Żyjący często na skraju ubóstwa na obrzeżach miasta otrzymali oni do dyspozycji nowoczesne osiedle, postawiono wyłącznie jeden warunek: dbanie o własną przestrzeń. Tak wykluczeni społecznie rezydenci wreszcie mieli sprzyjające warunki mieszkalne, a jedynym ich zmartwieniem miało być dbanie o galerie, którymi codziennie spacerowali, a także budowanie przyjaznych relacji z sąsiadami. Ale mimo wielkich nadziei projekt okazał się porażką. W krótkim czasie cieplarniane warunki, które miały przyczyniać się do – niezakłóconej otoczeniem – samorealizacji, przegrały w konfrontacji z rzeczywistością. Korytarze i zielone skwery, którymi mieli bezpiecznie przemieszczać się mieszkańcy, zostały zdewastowane, a wśród lokatorów zapanował strach wywołany utworzonymi w Pruitt-Igoe klikami mafijnymi, przemocą i demoralizacją. Idealistyczna wizja legła w gruzach 20 lat później. Jej upadek dokumentuje m.in. film Koyaanisqatsi w reżyserii Godfreya Reggio.

Warszawskie osiedle Przyczółek Grochowski składa się z jednego, bardzo długiego bloku o długości półtorej kilometra. Fot. Filip Springer

Warszawskie osiedle Przyczółek Grochowski składa się z jednego, bardzo długiego bloku o długości półtorej kilometra. Fot. Filip Springer

Le Corbusier, papież modernizmu, mawiał: „to architekt się myli, życie nigdy”. Czy Oskar i Zofia Hansen pomylili się względem człowieka, jego potrzeb i możliwości? To pytanie nasuwa się już po pierwszym rzucie oka na Przyczółek Grochowski – warszawskie osiedle o bardzo niedobrej renomie i aktualne miejsce pobytu Filipa Springera. W latach, kiedy odbudowywano Polskę po drugiej wojnie światowej, masowo produkując domy, nastawiając się na ilość, nie efekt, słowo „architektura” brzmiało egzotycznie. To właśnie wtedy Oskar Hansen – pół-Holender i pół-Rosjanin wychowany w Polsce – postawił sobie za zadanie odbudowanie kraju od podstaw, właściwie jego uporządkowanie.

nieskończenie długi blok mieszkalny

Zwyczajne na pozór osiedle, znacznie różni się od blokowisk, jakie budowano ówcześnie w Polsce. To co wyróżnia Przyczółek Grochowski to układ urbanistyczny. Ciąg linearny, który zakładał nieprzerwany układ bloków miał być zaczątkiem jednej spójnej i  scentralizowanej budowy rozchodzącej się w cztery strony świata, wyznaczać miał nowy kierunek budownictwa.

Zofia i Oskar Hansen w 1950 r.

Zofia i Oskar Hansen w 1950 r.

Hansenowie liczyli, że kiedy już zaczną, świat się do nich przyłączy. Po powrocie ze stypendium w Paryżu, gdzie praktykował u samego Pierre’a Jeaneretta, kuzyna Le Corbusiera, Oskar przedstawił swój plan. Nie miał wtedy wielu przeciwników, za to wielkie pole możliwości. W latach socjalizmu, deficytu mieszkaniowego, nikt specjalnie nie oponował, rozłożyste blokowisko za to idealnie wpisywało się w koncepcję tworzenia dla ludu, mieszkań praktycznych i funkcjonalnych – układ osiedla pozwala na przemieszczanie się długimi korytarzami bez narażania się np. na zmoknięcie i galeriami wyposażonymi w sklepy, gdzie zakupy można robić bez konieczności wychodzenia z klatki schodowej (w tym celu miały być nawet udostępnione wózki, które pożyczałoby się na zakupy, z nimi wjeżdżało na piętro, zaopatrzenie wypakowywałoby się przez okno kuchenne wychodzące na korytarz bez konieczności wchodzenia do domu).

Trend humanizacji rozciągał się na cały kraj. Inżynierowie lat 70. podejmowali się „uczłowieczania” zakładów przemysłowych, chcieli aranżować przestrzeń fabryk i hal tak, aby robotnicy dobrze się w nich czuli. W ramach aranżowania przestrzeni postulowali, żeby robotników nie sadzać w przerwach śniadaniowych brygadami według tego, jak pracują, tylko według zainteresowań – robotnicy, którzy interesują się muzyką, mieli mieć swoją stołówkę, w niej mogli toczyć dysputy o muzyce lub grać na instrumentach i śpiewać. Ci zaś, którzy pasjonują się akwarystyką, mieli mieć stołówkę wyposażoną w akwarium, gdzie podziwiać by mogli ryby, a nawet je łowić. Dla miłośników sztuk plastycznych przewidziano możliwość „wyżycia” się na płótnach. Projekt podobnie, jak wiele innych awangardowych koncepcji nie został zrealizowany, ale trafnie obrazuje sposób, w jaki Hansenowie pojmowali architekturę.

miejsce człowieka w architekturze, czy architektury w człowieku?

Zdaniem Hansenów najważniejszy w architekturze był człowiek. Forma Otwarta, jako koncepcja sztuki i architektury, zakładała że dom jest ramą, którą człowiek ma wypełnić.

Zofia i Oskar Hansenowie

Zofia i Oskar Hansenowie

Rolą architekta zaś jest spełnienie tych warunków, które z kolei człowiek wypełni swoimi potrzebami i materializacją tych potrzeb. Hansenowie chcieli, żeby architektura była tłem, teatrem życia.”

Filip Springer sympatyzuje z Przyczółkiem Grochowskim, w którym od roku i trzech miesięcy wynajmuje kawalerkę z zamurowanym oknem i z której wyprowadzić się nie zamierza. O Przyczółku pisze czule w swojej książce:

„Warszawa Przyczółkek Grochowski. Do czego ma się tu przywyknąć? Żeby zimą uważać na schodach, na klatkach nie ma kaloryferów, jak pada śnieg, to w środku jest lodowisko, człowiek się ślizga, leci po piętrach i wali głową w skrzynki pocztowe na dole. Zbieranie się z podłogi nigdy nie odbywa się z godnością, akurat zjawi się starsza pani, co łamie ręce i powie, żeby bardziej uważać i że to miało być kiedyś więzienie, dlatego tak zimno na schodach. Już mi trzy razy tak mówiła. […] Że jak pada na Przyczółku to tak huczy, jakby lało, dźwięk wody odbija się od ścian i że idąc galerią można sobie wtedy wyobrażać, że się mieszka nad potokiem, albo w kanale, każdy wyobraża sobie coś innego. Że ludzie na Przyczółku dzielą się na tych, którzy przez okno w kuchni widzą drzewa i na tych, którzy widzą ciemność. Ja należałbym do tych drugich, nie mam nawet okna. Było, ale właściciel, który wynajmuje, zamurował je jakiś czas temu, mówi że było niepotrzebne. Że słyszę sąsiadów. Na dole dwa psy, całymi dniami siedzą same. Ten mniejszy woli szczekać, ten większy jakby wyje. Na oczy ich nie widziałem, ale tak je sobie wyobrażam. Robią sobie przerwy na 2-3 minuty, może im zasycha w gardłach i potem od razu zaczynają. U góry jest jeszcze miłośnik techno i latem ten gość, co parkuje pod moimi oknami i rozmawia przez zestaw głośnomówiący. Człowieku w czarnym oplu, wiem jak próbujesz uniknąć płacenia podatków, a wcale wiedzieć nie chciałem. […] Muszą też zacząć pytać o piękno, zwłaszcza ludzi którzy znali Hansenów, ciągle o tym zapominam, a czasami nawet nie mam odwagi, a chciałbym znać odpowiedź na pytanie, czy Zofia i Oskar Hansenowie uchwycili piękno? Ludzie na Przyczółku mówią, że to pytanie jest ważne.”

strateg zza kulis

Pobudliwy Hansen i opanowana Zofia tworzyli duet niemal idealny. Para architektów wzajemnie motywowała się i tonowała. Szczególnie Zofia dyplomatycznie ściągała myśli męża z obłoków na ziemię: „myślę, że to dobry pomysł, ale obawiam się, że trudny w realizacji, może powinniśmy się skupić na czymś prostszym?” sugerowała, kiedy Oskar na przykład zaproponował kolejkę linową transportującą robotników z miejsca zamieszkania bezpośrednio na budowę. A kiedy podczas publicznej prezentacji zaczynał prawić o wektorach i metadanych, wstawała od stołu i mówiła: „Oskar, ale mówże ty jak człowiek!”, dzięki czemu uratowała niejeden wspaniały projekt przed odrzuceniem z powodu niezrozumienia go przez nikogo z wyjątkiem autora. On za to dodawał jej pomysłom odwagi.

Gdyby nie ona, wiele rzeczy by się nie udało i choć wykazywała się niemałym talentem, a jej zasługi podkreślane były przez Oskara, sama zawsze pozostawała w jego cieniu, zresztą tak chciała, bo ani Zofia, ani Oskar nigdy nie zabiegali o poklask i sławę. Przeciwnie – z pozycji przeciętnego obywatela walczyli o inny, lepszy świat, o nową rzeczywistość wyrażającą się w bezgranicznej wiarze w człowieka.

„Zaczyn” jest kontynuacją historii przedstawionej w ostatnim rozdziale poprzedniej książki Filipa Springera – „Źle urodzone”. Jest pasjonującą opowieścią o miejscu i jego ludziach, zapisem pewnego okresu dziejowego i wielkiej idei, która po prostu nie mogła się udać, ale co by było, gdyby się udała? Świat według Hansenów to świat ludzi, którzy chcą czynić dobro, rozwijać się w niezakłóconej sporami, przestępstwem czy złem rzeczywistości. To świat, w którym człowiek przemieszcza się z miejsca na miejsce w nieskończenie długim korytarzu. Wszystko ma swój ciąg i porządek, to taka próba nadania światu kształtu, uporządkowania go i zaprojektowania od nowa. Świata, gdzie wszystko musi mieć swoje logiczne wytłumaczenie, bo Oskar Hansen nie przejawiał myślenia abstrakcyjnego, oprócz bycia artystą, przede wszystkim był praktykiem.

Oskar Hansen w pracowni. Fot. dzięki uprzejmości Filipa Springera

Oskar Hansen w pracowni. Fot. dzięki uprzejmości Filipa Springera

Filip Springer nie poznał osobiście bohatera swojego reportażu, ale gdyby miał okazję spotkać się z nim dzisiaj, pytanie które by zadał, pewnie brzmiałoby: Oskarze Hansenie czy naprawdę wierzyłeś w to wszystko?

Filip Springer (ur. 1982) jest reporterem i fotografem. Swoje prace prezentował na wystawach indywidualnych w Poznaniu, Katowicach, Gliwicach, Gdyni, Jeleniej Górze i Łodzi. Jego książka reporterska „Miedzianka. Historia znikania” (wyd. Czarne 2011) znalazła się w finale Nagrody Literackiej Nike, finale Nagrody Literackiej Gdynia i finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. W 2012 roku ukazała się jego druga książka „Źle Urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u” (wyd. Karakter 2012).

Wywiad z Filipem Springerem znajdziecie także w numerze drugim Reflektora na stronie 37 >>> TUTAJ <<<