Palcem po mapie, myślami po stronach

polnocOstatnimi czasy zapanowała moda na podróżowanie. Nagle okazało się, że większość z nas nie wyobraża sobie innego wypoczynku niż piesze wycieczki, a co za tym idzie – zrywanie się skoro świt i maszerowanie po górach z plecakiem na ramionach, w butach trekkingowych i z kompasem w kieszeni. Chociaż, nie – GPS w komórce pasuje bardziej.  

Powiększyły się także zastępy „prawdziwych podróżników” – do Cejrowskiego i Pawlikowskiej dołączyli Wojciechowska, Hugo-Bader i wielu innych. Zew podróżnika podobno nie pozwala spać, dlatego urlop nad polskim morzem odpada, liczy się przygoda, trudności, survival i konsumpcja egzotycznych specjałów (wszyscy mamy w pamięci rady Beara Gryllsa).

Marząc o dzikich, nieprzebytych przestrzeniach, często zapominamy o jednym dość istotnym szczególe, a mianowicie, że podróżowanie jest pracą. Ciężką i żmudną. Wymaga czasu, pieniędzy, wytrwałości, a przede wszystkim – miłości i bezwarunkowego oddania. Takiego, jakie opisuje Marcin Gienieczko w swojej książce Kierunek północ.

Jego wędrówka obejmowała między innymi Norwegię, Półwysep Kolski, Góry Mackenzie. Przemieszczał się pieszo, saniami, psim zaprzęgiem, kajakiem. Wybrał się na Kołymę, gdzie Rosjanie, widząc go, pukali się w głowę i odradzali dalszą podróż. Nie ustąpił ani razu – nieważne, czy udawało mu się osiągnąć cel, chodziło tylko o drogę.

Postawa godna podziwu? Zdania na pewno będą podzielone. Dla jednych to przedłużenie własnych marzeń, w których Pan Marcin niesie pochodnię nadziei, że można, nawet jeśli na samym początku wyprawy twój bagaż zaginie bezpowrotnie na lotnisku. Dla drugich to przypadek poważnej nieodpowiedzialności, żeby nie powiedzieć głupoty. Bo pieniądze, bo strata czasu, bo ma żonę i ją zostawia, bo to niepotrzebne niebezpieczeństwo, bo mógłby umrzeć.

Autora niewiele to interesuje. Książka to jego spowiedź i pamiętnik, a tego nie sposób oceniać. Odpowiedzią na jakiekolwiek zarzuty niech będzie znane powiedzenie, że alpinista wspina się na góry dlatego, że… są.

Tyle jeśli chodzi o merytoryczną stronę książki. Co zaś z formą? Przykro o tym mówić, ale jest przeciętna. Niestety, nawet jeśli ktoś jest świetnym podróżnikiem, to wcale nie musi swoich przeżyć ciekawie przedstawiać. Gienieczko mnoży opisy, które brzmią jak ustępy z encyklopedii. Trochę za dużo tu patetyczności owiewającej czytelnika na równi z wiatrem w świerkowych lasach.

Autor humoru nie ma za grosz, a każda książka podróżnicza jest zwyczajnie lepsza, jeśli można się trochę pośmiać i odprężyć, mimo ogromnych odległości, które pokonuje piszący w pocie, łzach i krwi.

Od Kierunku północ łatwo się oderwać i niespecjalnie zachęca do powrotu. To pozycja dla starych wyjadaczy, którym nie straszna nuda i rutyna, bo każdy opis wyprawy i tak wywołuje u nich dreszcze.

Polecam przy okazji Prostowanie zwojów Tomasza Hreczucha. O tej pozycji przypomniał mi brat, kiedy przyniosłam do domu Kierunek północ i na jego pytanie „i jak?” skrzywiłam się. Faktycznie, narracja Hreczucha nie ma sobie równych. Czasem warto sięgnąć trochę głębiej i nie kończyć wędrówki na pozycjach, które czytają wszyscy (na przykład jak opowieści Hugo-Badera o Rosji na łamach „Gazety Wyborczej”).

Tak więc – szukajmy, moi drodzy, niestrudzenie podróżujmy po papierowych dolinach, bo, jak mawiał Nabokov, bycie czytelnikiem też wymaga potu i łez.

M.Gienieczko: Kierunek Północ, wyd. Bellona, Warszawa 2013.

Nasza ocena: 3/5

Nasza ocena: 3/5

 

Aleksandra Gepert