Jak wygląda życie na rock ‚n’ Grohlowo?

grohl„Dave Grohl? To przecież ten koleś, który grał na bębnach w Nirvanie!” – powiedziałby pewnie kpiącym tonem zatwardziały fan grunge’u, dewaluując tym samym muzyczne dokonania Dave’a od czasów śmierci Kurta Cobaina. „Grohl? No jasne, że znam! Uwielbiam Foo Fighters!” – rzuci wielbiciel jego obecnej formacji, z którą Grohl odnosi ogromne sukcesy. Muzyczny światek jest zgodny co do jednego: Dave Grohl to niesamowity muzyk i świetny gość. Niedawno na polskim rynku książkowym, nakładem wydawnictwa Sine Qua Non, ukazała się pierwsza, nieautoryzowana biografia artysty zatytułowana „This is a Call: Oto moje (po)wołanie”. Czy zagłębiając się w lekturę, jesteśmy w stanie wejść trochę głębiej w świat Dave’a i dowiedzieć się o nim czegoś więcej niż to, co streszczają powyższe, powszechnie znane opinie osób, które miały okazję poznać go na płaszczyźnie zawodowej i prywatnej?

Sygnał ostrzegawczy uruchamia się już przy wstępie, w którym autor biografii, Paul Brannigan, przyznaje się do bardzo bliskich relacji z muzykiem. Tego typu zażyłości między artystami a powiernikami ich wspomnień niekoniecznie wywołują efekt zadowalający czytelnika. Na szczęście, ale też – jak się później można przekonać – na niekorzyść dla lektury, Brannigan wybrał drogę pośrednią: liczne wywiady z osobami trzecimi. Z uporem docierał do rozpoznawalnych postaci z kręgów przemysłu muzycznego oraz towarzyszy pierwszych, młodzieńczych muzycznych doświadczeń Dave’a, co wymagać musiało ogromnego zaangażowania. Jest to wyczuwalne przede wszystkim w rozdziałach poświęconych waszyngtońskiej scenie hardcorowej lat 80., która była kuźnią niezliczonej grupy muzyków i kapel kluczowych dla amerykańskiej kultury alternatywnej. Myślę tu głównie o: Black Flag z Henrym Rollinsem na czele, Rites of Spring czy też Minor Threat i Fugazi – założonym przez Iana MacKaye’a, pozostającego po dziś dzień guru amerykańskich punków oraz prekursorem filozofii DIY i ruchu straight edge po tamtej stronie Atlantyku.

Zagadnienie zostało opisane na tyle skrupulatnie i w tak niezwykle wciągający sposób, że aż prosi się o rozwinięcie i odseparowanie od całości biografii w postaci osobnej pozycji. Z tego fragmentu dowiadujemy się, co ukształtowało Grohla jako muzyka, z jakim zapałem poświęcał się marzeniom o muzycznej karierze, które skłoniły go do ostatecznego porzucenia edukacji na poziomie szkoły średniej (co zresztą nie stanowi wyjątku w przypadku muzyków). Po przebrnięciu przez pierwsze, fascynujące rozdziały książki, wytwarzamy w umyśle klarowny obraz Grohla jako genialnego bębniarza, którego zachwyt nad muzyką ukochanych punkowych kapel, jak np. legendarnych Bad Brains, spotykał się często z odwzajemnionym entuzjazmem ich członków, mających okazję oglądać na żywo porywczy, zwierzęcy styl łojenia po garach, dzięki któremu Dave szybko stał się rozpoznawalny.

Cenna umiejętność Grohla nie uszła uwadze pewnego wychudzonego, długowłosego blondyna i jego przerośniętego, wiecznie roześmianego kolegi z północnego zachodu USA, którzy zaprosili Dave’a do wspólnego grania. Wszystko, co wydarzyło się od tamtego momentu, jest znane większości fanów muzyki rockowej. Pozycji opisujących historię „pierwszej alternatywnej amerykańskiej kapeli, którą pokochał mainstream”, ukazało się zbyt wiele, aby można było zapłodnić wyobraźnię fanów nowymi, ekscytującymi informacjami. Nie można zatem winić Brannigana, że podszedł do całego etapu znanego nam pod nazwą „Nirvana” bez nowatorskiego pomysłu, spychając bohatera własnej książki na dalszy plan. Męczące chwilami pytania o wszelkie wewnątrzzespołowe problemy, a przede wszystkim o samego Kurta Cobaina, w niewielkim stopniu ujawniają przeżycia Dave’a czy jego przemyślenia na temat sytuacji w zespole. Silnie chroniący swoją prywatność muzyk ogranicza się do wyznania, iż w tamtych szalonych, nieprzewidywalnych czasach często nawiedzało go uczucie pustki i samotności spowodowane przeniesieniem do kompletnie nowego, hippisowskiego środowiska muzycznego Olympii, w której mieszkał razem z Cobainem. Dowiadujemy się o rozczarowaniu Dave’a bezwzględnym przemysłem muzycznym, które – spotęgowane przez samobójstwo przyjaciela z zespołu – doprowadziło go do porzucenia muzyki na pewien czas. Ale jak pokazuje dalszy ciąg biografii, rozbrat z życiową pasją nie był na szczęście zbyt długi.

Ostatnia część, poświęcona głównie Foo Fighters, ale także roli Grohla w Queens of The Stone Age, Probot i Them Crooked Vultures, ujawnia negatywny wpływ relacji dziennikarz – muzyk na aspekt rozrywkowy książki. W miejscach, gdzie dociekliwy pismak starałby się drążyć interesujący wątek, aby wykreować zmitologizowany wizerunek najpopularniejszego obecnie strażnika rocka, Brannigan wycofuje się i pozwala się grzecznie prowadzić Grohlowi zgodnie z łatwo wyczuwalną, zachowawcza filozofią odkrywania prawdy o artyście. Filozofią, która mówi: ważna jest muzyka, a nie moje życie. Z jednej strony wielka miłość do tworzenia, chęć dzielenia się wrażeniami ze współpracy z tak znakomitymi postaciami jak Josh Homme czy John Paul Jones to coś, co napędza Dave’a. Jednak po prawie czterystu stronach lektury nadzieja na garść wstrząsających historii, wywracających do góry nogami nasze pojęcie o Grohlu, znika tak szybko, jak płyty Foo Fighters z półek sklepowych w dniu premiery. W świecie Dave’a nie ma miejsca na skandale. I z pewnością dobrze to służy jego wizerunkowi „fajnego gościa”. Ale przecież rock’n’roll karmi się mitami. Wiedział o tym Cobain, w dużej mierze manipulujący tym, jak postrzegały i nadal – nawet pośmiertnie – postrzegają go media. Grohl natomiast, ku niezadowoleniu czytelnika, jest innego zdania. Jak sam wyznaje, jego powołaniem nie jest szokowanie. Jest nim pisanie muzyki.

Paul Brannigan: Dave Grohl. This is a Call: Oto moje (po)wołanie, Sine Qua Non, Kraków 2013.

zaroweczi_3

Nasza ocena: 3/5