JazzArt Festival – Erik Truffaz 4tet, Katowice, Rialto, 27.04.2013

www.resizer.pl_3666Jazz to sztuka wysokiego ryzyka. Zarówno dla wykonawców, jak i słuchaczy. Ci pierwsi, aby poddać siebie i publiczność rwącemu prądowi własnych utworów, nie mogą zejść niżej niż pod sam próg wykonawczej doskonałości. Odbiorcy natomiast bardzo szybko mogą zrazić się do samej esencji tego gatunku, którą jest głębokie zanurzenie w niejednoznaczności, w improwizacji. Najczęściej kończy się to skrajnie: odrzucenie, ignorancja i powrót w dobrze znane schematy popkulturowych melodii albo długa, ekscytująca podróż na nowe terytorium. Wobec tej muzyki nie sposób być obojętnym. A takie wydarzenie jak koncert Erik Truffaz 4tet, mający miejsce 27 kwietnia w katowickim Kinoteatrze Rialto podczas tegorocznego JazzArt Festivalu, udowadniają, że ryzyko całkowitego zagubienia się w jazzowych dźwiękach jest warte podjęcia.

Stwierdzenie, że połączenie pojedynczych umiejętności bohaterów tamtego wieczoru jest czymś na wskroś przypominającym muzycznego Lewiatana, którego władza nad naszymi emocjami potrafi sięgnąć dalej niż na odległość między sceną a osobą siedzącą w ostatnim rzędzie, byłoby wielkim uproszczeniem. Mieszanka jazzu, funku, R’n’B i Bóg (Miles Davis) jeden wie, czego jeszcze, która unosiła się w powietrzu lekko niczym poranna mgła, a jednocześnie osadzała się mocno w sercu, jak jeszcze niedawno śląskie powietrze w płucach osób przyjezdnych, to zdecydowanie coś więcej.

dscf2601

fot. Agnieszka Nowak

 

To spersonifikowana (poczwórnie), nieokrzesana i czysta muzyczna intuicja, mająca swe źródło w prawdziwej pasji zgłębiania Milesowych zagrywek na trąbce, tych dzikich, jak i bardziej subtelnych, którymi lider bandu zadziwiał publikę, oraz w perkusji, basie i fenderowskich klawiszach, żyjących własnym życiem przez dobre półtorej godziny podczas magicznego wieczoru w Rialto. Z szacunkiem i jednocześnie przekornym podejściem do klasyki jazzu (vide kreskówkowe wygłupy perkusisty będące efektem zabawy z urządzeniem modulującym głos), francuski kwartet zauroczył mnie do takiego stopnia, że w mojej głowie zaczęły pojawiać się interesujące asocjacje zmysłowe, których obecność, przy jednoczesnym opadnięciu powiek, wywindowały emocje odczuwane w trakcie spektaklu na wysoki poziom. Niecodziennie przecież można się poczuć dzięki żywej muzyce, jakbyśmy przenieśli się na dłuższą chwilę prosto w upalne, ciasne ulice Tangeru, gdzie tańcząc w narkotycznym szaleństwie z Williamem S. Burroughsem, zapominamy skąd przybyliśmy, nie wiedząc jednocześnie dokąd niesie nas prąd życia.

dscf2412

fot. Agnieszka Nowak

Spoglądając na skupione i pełne zaangażowania twarze muzyków, miałem nieodparte wrażenie, że oto stoi przede mną czterech negocjatorów. Po drugiej stronie tych negocjacji znajdowała się natomiast cisza. Stosunek do niej jest jednym z czynników, który odróżnia wybitnych wykonawców od całej reszty. Ci gwiazdorzy tegorocznego festiwalu doskonale wiedzą jakim barbarzyństwem jest niedocenianie roli chwilowych przestojów poszczególnych instrumentów, akcentowanych pauz w pędzącym huraganie improwizacji, który szalał za ich sprawą na scenie. Toteż w niezwykle subtelny sposób traktowali każdy moment wyciszenia w utworach, sprawiając niejednokrotnie, że cisza ta, zaserwowana w idealnie wynegocjowanych proporcjach, bywała głośniejsza i przeładowana emocjami bardziej niż niejedna rockowa ballada. Jeśli muzyka jest jak strzała skierowana w kierunku uszu odbiorcy, to cisza jest z pewnością cięciwą trzymanego przez muzyka łuku. To w niej musi znajdować się odpowiednie napięcie.

Koncert niezwykłych dźwiękowych łuczników pod wodzą Erika Truffaza przypomniał mi o tym, że jazz to jedna z niewielu przestrzeni doświadczenia codzienności, w której niepewność nie idzie w parze ze strachem. Uwiedzeni improwizowanymi dźwiękami nie myślimy o ucieczce w pewność, o zakotwiczeniu w miejscu, które da nam poczucie bezpieczeństwa. Im głębiej brniemy w nieprzewidywalność, tym dalej chcemy kontynuować tę podróż. Muzycy niejazzowi, bazujący na przewidywalnych schematach zwrotka-refren-zwrotka, często nie są w stanie dostarczyć nam tego typu wrażeń. Jazz wykracza poza ramy, poza strefę komfortu, którą daje nam dziś muzyka popularna serwująca często z góry wiadome scenariusze występów na żywo. Jazz to całkowita wolność, a dotarcie do jej granic wymaga podjęcia ryzyka, poświęcenia tego, co znane, w imię postawienia kroku w przód na drodze muzycznego rozwoju. Drodze, z której nie ma powrotu. Całe szczęście, że koncert kwartetu Erika Truffaza okazał się dla mnie szczęśliwą przystanią, a mam nadzieję też, że dla niejednych był idealnym początkowym punktem wypadowym do dalszych eskapad po wzburzonym jazzowym morzu.