Eric Clapton – „Old Sock”

www.resizer.pl_715Niech nikogo nie zmyli okładka „Old Sock”. Rozkołysanych rytmów reggae oczywiście nie zabrakło na najnowszym krążku Erica Claptona. Ale znalazło się tam znacznie, znacznie więcej. Jeśli traktować jako zapowiedź wyluzowany, uśmiechnięty portret muzyka z palmami w tle, który widnieje na okładce, to jest to zapowiedź jednego: będzie gorąco.

Każdy, kto chociaż raz próbował wypalić płytkę z dziesiątką wybranych, ulubionych utworów, wie z jak trudnym zadaniem przyszło zmierzyć się Claptonowi, który z okazji 50-lecia swojej pracy artystycznej postanowił stworzyć kompilację, zawierającą kompozycje, które uformowały go muzycznie i towarzyszyły mu od najmłodszych lat. Zgodnie z przewidywaniami, nie brakuje zatem amerykańskich jazzowych standardów lat trzydziestych, łagodnych, bluesowych brzmień i nieco cięższego, rockowego brzmienia.

Muzyczną podróż rozpoczynamy gdzieś w okolicach słonecznej Kalifornii. Przynajmniej takie skojarzenia budzi otwierający album utwór, o jakże wymownym tytule “Further on Down the Road”, w którym lekko zachrypniętemu wokalowi Claptona wtóruje hipnotyzująca harmonijka Taj Mahala. Clapton doskonale wie, że z klasyką lepiej nie eksperymentować – tak w przypadku „Further…”, jak i kolejnych kawałków, w swoich interpretacjach pozostaje w bezpiecznej bliskości oryginałów.

Następnym utworem na płycie jest wcześniej nie publikowany „Angel” JJ Cale’a, z którym Claptona od dawna łączą liczne, muzyczne ścieżki. „After Midnight” i „Cocaine” – więcej dodawać nie trzeba. Tym razem jest zdecydowanie łagodniej, ale wciąż w wielkim stylu.

„Someday we’ll build a home on a hilltop high, you and I…” niemal szeptem wyśpiewuje Clapton w kolejnej kompozycji, oznajmiając, że czas przygasić światło i nalać wino do kieliszka, bo właśnie dotarliśmy do „The Folks Who Live On the Hill”. Tak, tak, wszelkie skojarzenia ze starym kinem i przedwojennymi romansami są jak najbardziej uzasadnione – wybór tym razem padł na utwór pochodzący z musicalu „High, Wide, and Handsome” (rocznik 1937).

Zbytnie rozmarzenie się nie jest jednak wskazane, ponieważ następny przystanek to „Gotta Get Over”, jeden z dwóch – obok „Every Little Thing” – utworów na płycie, będących nowymi kompozycjami Claptona. Oba przywodzą od razu na myśl największe dokonania artysty, z czasów „Journeymana” chociażby. Jest i gitarowo, i nostalgicznie, i odrobinę niepokornie. Jakby nieco z przymrużeniem oka Clapton chciał zasugerować, że skoro mowa o klasyce, to nie sposób, by wszystko odbyło się bez jego utworów.

„Till You Well Runs Dry” to jedna z ciekawszych piosenek na płycie – romantyczna ballada, oblana słonecznym lukrem reggae i zwieńczona wyrazistymi gitarowymi partiami. Ostateczny kształt przywodzi na myśl wszystko, co w Claptonie najlepsze: od „Wonderful Tonight” po „I Shot the Sheriff”.

Dalej znów robi się klasycznie za sprawą wykonanego w duecie z Paulem McCartneyem „All of Me” – jazzowego standardu z lat trzydziestych (dość powiedzieć, że śpiewali go niemal wszyscy: Billie Holiday, Louis Armstrong, Ella Fitzgerald, Frank Sinatra…). Wpadająca w ucho melodia, obowiązkowe pianino i ciemno brzmiące chórki wprawiają w tęsknotę za czasami eleganckich dancingów w zadymionych klubach z muzyką na żywo.

Wraz z „Born to Lose” Teda Daffana – niemalże hymnem muzyki country, który doczekał się największej liczby coverów – lądujemy w Teksasie. Doświadczeni przez życie i pozbawieni wszelkiej nadziei, wszak wszystkie piosenki country traktują o jednym: złamanych sercach i nieszczęśliwych miłościach.

I kiedy wydaje się, że bardziej klasycznie już być nie może, Clapton sięga po… „Still Got the Blues”. Chociażby dla tego wykonania warto poświęcić albumowi swoją uwagę, by przekonać się, że Clapton nie kłamie: blues ciągle krąży w jego żyłach, a wprawiony w wibracje jego niezwykłym głosem, wywołuje ciarki na plecach. Banał, ale w tym przypadku wyszukane metafory są po prostu zbędne: muzyka broni się sama.

„Goodnight, Irene” to jeszcze jeden – tym razem raczej folkowo-bluesowy – powrót do lat trzydziestych, a więc czasów prawdziwej muzyki, zdaje się mówić Clapton. Podobny klimatem, choć późniejszy chronologicznie, jest także następny utwór – „Your One and Only Man”.

U kresu nocy i na końcu płyty leniwie rozbrzmiewa „Our Love Is Here To Stay” Iry i George’a Gershwinów – wspaniała, sentymentalna ballada. Wyśpiewana przez Claptona na granicy szeptu, brzmi jak obietnica (z pewnością dla tych, którzy usłyszą go w czerwcu w łódzkiej Arenie),  bo przecież “…in time the Rockies may crumble/ Gibraltar may tumble/ They’re only made of clay/ But our love is here to stay…”.

„Old Sock” czaruje, urzeka i rozgrzewa. Momentami wywołuje nostalgię, by za chwilę taneczną melodią rozkołysać ciało. I pozostawia niedosyt. A przecież właśnie tego oczekujemy od muzyki: aby pozwoliła nam oderwać się od rzeczywistości.

Ocena Reflektora (1-5):

zaroweczi_4