ROZŚWIETLAMY ARTYSTÓW Weronika Turlej: Dopiero zaczynam odkrywać swoją ścieżkę

Czym zajmują się na co dzień absolwenci szkół plastycznych? Weronika Turlej jest rzeźbiarką i malarką, swoje prace sprzedaje na Allegro: Kiedy coś namaluję, staram się od razu to sprzedać. To jedyny sposób, żeby utrzymać się ze swojej pasji – opowiada.

 

Na XX-wiecznym Montmartre Picasso, Renoir czy Monet, pupile zamożnych marszandów i kolekcjonerów, wiedli prym w światłach jupiterów. W ich cieniu Vincent pisał list do brata Theo van Gogha z prośbą o pożyczkę na farby, a Modigliani chorował na gruźlicę głównie z powodu warunków mieszkalnych. I choć to skrajne przykłady, jedno pozostaje niezmienne: droga artystyczna jest jedną z najbardziej wyboistych ścieżek zawodowych, jaką można podążać. Absolwenci kierunków artystycznych chcący realizować swoje powołanie często dorabiają w miejscach niezwiązanych z ich zainteresowaniami. Niektórzy się o nie ocierają, angażując się w projektowanie graficzne, malowanie na zamówienie murali czy warsztaty kreatywne. Co jednak z rzeźbiarzami i malarzami, których pędzel i dłuto są nie tylko narzędziami pracy, ale przede wszystkim życiem?

Weronika Turlej mieszka na wsi Mokrzyska pod Tarnowem. To tu, w niewielkim atelier przed domem (zimą w warunkach minusowych) kuje i szlifuje w twardym kamieniu. Ostatnio wykonała jubileuszową rzeźbę dla miasta z okazji 650. rocznicy lokacji Ujścia Solnego, ale jak podkreśla, podobne zamówienia występują sporadycznie, a przecież artysta też człowiek – nawet jeżeli w biurokracji figuruje jako „rezydent nieuspołeczniony” – żeby się rozwijać, musi inwestować w materiały.

Kiedy przestaje rzeźbić, idzie do części mieszkalnej swojego domu i tam maluje. Przeważnie akty i anioły, czyli to co ludzie kupują najchętniej. Potem wystawia je na licytacji internetowej i czeka, aż ktoś podbije cenę. Motywy i kolorystyka są na tyle uniwersalne, że prawie zawsze znajdują klienta. Weronika doskonale o tym wie, bo śledzi rynek, orientuje się, czego ludzie pożądają i odpowiada na ich potrzeby. W ten sposób udaje jej się utrzymać ze swoich dzieł.

Mam świadomość chałturzenia i oczywiście nie jestem z tego dumna. Same obrazy też nie są szczególnie skomplikowane. Nie da się ukryć, że cierpię ogromnie z tego powodu, bo nie realizuję w pełni swojego potencjału, nie przekazuję tego, co naprawdę chciałabym i mogłabym powiedzieć, ale jednocześnie mam świadomość, że to początek pewnej drogi i każdy malarz czy rzeźbiarz przez to przeszedł na jakimś etapie życia – tłumaczy.

Obawa przed odrzuceniem ucina skrzydła: Moja wizja często odbiega od wizji narzuconej z góry, wiem że mogłabym namalować motyw w inny sposób, przy tym tchnąć w obraz większą część siebie, ale na taką swobodę pozwalam sobie, gdy maluję na własne potrzeby.

Odtrutką na takie podejście jest w pewnym sensie naznaczanie obrazów sobą, przemycanie do nich własnych treści i motywów. Nawet wiernie odwzorowani kubiści, których reprodukowała na zamówienie, mają jakąś część Turlej. Zwykle to kadr i kolorystyka, kontrasty czerni, achromatyczne barwy, sepia, z którą eksperymentuje przy tworzeniu fotografii: W każdym obrazie jest część mnie, nie jestem kserem przecież, żeby zrobić dokładnie to, czego klient oczekuje.

Weronika Turlej wykonuje prace z okazji 650 lecia lokacji Ujścia Solnego/ fot. dzięki uprzejmości artystki
Weronika Turlej wykonuje prace z okazji 650 lecia lokacji Ujścia Solnego/ fot. dzięki uprzejmości artystki

Taką drogę wybrała, albo to droga wybrała ją, bo trudno powiedzieć, że był jakiś moment rozstrzygający. Malowanie przychodziło jej naturalnie od zawsze, od pomalowanych ścian i mebli w domu, aż po zajęcia na Wydziale Artystycznym na Uniwersytecie w Cieszynie: Po prostu sprawia mi to radość, kocham malować i tworzyć, to jest silniejsze ode mnie i fajnie byłoby to robić nie zastanawiając się nad tym, czy ktoś to kupi, czy też nie.

Jednocześnie zdaje sobie sprawę z sytuacji artystów na polskim rynku sztuki i stara się myśleć trzeźwo. Według niej problem nie polega na tym, że brakuje zainteresowania tą dziedziną, bo przecież są kolekcjonerzy czy galerie, ale że zainteresowanych osób jest tak niewiele.

Jestem marzycielką, w pewnym sensie nawet naiwną idealistką i to chyba pozwala mi na wytrwanie w tej dziedzinie. W moich obrazach jest jeszcze wiele infantylizmu, sama czuję się jeszcze dzieckiem, gdzieś to we mnie tkwi, ale może kiedyś uda się pogodzić ten idealizm z tzw. rzeczywistością?

A jeżeli nie?

Świat nie runie z dnia na dzień, bo Turlej nie chce i nie zamierza rywalizować, rozpychać się łokciami i walczyć o miejsce w galeriach. „Czy jestem lepsza, czy gorsza od innych?” To zadawane sobie nieustannie przez artystów pytanie nie zajmuje jej, bo podchodzi do swojej pasji z nastawieniem starego mędrca. Jeżeli się nie uda, nie będzie katastrofy, ale jeżeli się uda – wspaniale, bo właśnie to pozwoli jej rozwijać skrzydła szerzej.

Pracowałam jako konserwator zabytków przez siedem sezonów, ale dużo większą przyjemność sprawia mi rzeźbienie i malowanie. Po prostu od zawsze wiedziałam, że będę tworzyć i ten mentalny obraz do dziś kieruje moim postępowaniem.

Nie marzy o życiu w wielkim mieście, choć gdyby się uparła, wystawiałaby swoje prace na rynku w Krakowie. Wiązałoby się to pewnie z przeprowadzką, a niczego bardziej Turlej by nie chciała niż przeprowadzki do miasta. To wieś jest jej domem. Wielkie tereny zielone, polany i spokój wywołują w niej natchnienie. Jest trochę jak połączenie Ani z Zielonego Wzgórza z Hulkiem.

Ponowne narodziny

Turlej robi porządek. Oddana zawsze wzorcom akademickim teraz wie, że można inaczej i stara się budować wszystko od nowa: Robię remont w pracowni, robię przede wszystkim remont w głowie i może wszystko się uda.

Na początku wychodziłam od realistycznych scen, wydawało mi się, że akademickie malarstwo powinno być realistyczne i doskonałe. Perfekcyjnie pociągnięta kreska, światłocień, ale po co? Po co powielać takie schematy, przeganiać się, rywalizować, pytać nieustannie, czy jestem gorsza, czy lepsza od kogoś? Nie ma sensu. Lepiej wyobrazić sobie swoją własną rzeczywistość i tym torem podążać, tak jest chyba najlepiej, może łatwiej, może uciekam w to – nie wiem.

O czym marzy Weronika Turlej jeżeli nie o podbijaniu świata?

Kiedyś stanie tu dom – o, tu właśnie, na tej górce – a w nim wielka i przeszklona pracownia.

…a kiedy ją opuści przechadzać się będzie polnymi drogami Mokrzyska, a potem oddawać na płótnie to, co widziała dorosłymi oczami dziecka. Trochę jak u Caspara Davida Friedricha, tylko tym razem po swojemu, na zamówienie własnej wyobraźni.