Komentarz do zawieszonej kawy

Jeśli ktoś nie czytał, nie widział, poniżej najpopularniejsze zdjęcie wprowadzające w temat. 3 kwietnia br. zamieścił je fanpage Ruch Wkurwionych. Odsyłam do tego zdjęcia, ponieważ w polskim Internecie to ono zrobiło furorę, aczkolwiek sercem akcji jest strona zawieszonakawa.eu, którą prowadzi pan Aleksander Każurin.

zawieszonakawa

Opis zdjęcia:

„Dobro jest proste ♥.

Wszedłem do małej kawiarni z przyjaciółką, każde z nas zamówiło dla siebie. Gdy siadaliśmy przy stoliku, dwóch ludzi podeszło do bufetu: – „Pięć kaw, dziękuję, trzy dla nas, a dwie zawieszone”. Płacą, biorą swoje trzy filiżanki i wychodzą. Pytam przyjaciółki: – „Co to są zawieszone kawy”? Ona odpowiada: – „Poczekaj, zobaczysz”.

Jeszcze kilka osób weszło do kawiarni. Dwie kobiety zamówiły kawę, zapłaciły i wyszły. Następne zamówienie to siedem kaw dla trzech adwokatów: – „Trzy dla nas i cztery zawieszone”. Rozważając co takiego zawieszone kawy, podziwiam piękny widok w słonecznej pogodzie. Nagle otwierają się drzwi. Mężczyzna w zniszczonym ubraniu wyglądający jak żebrak, podchodzi do kelnerki i pyta uprzejmie: – „Czy masz może zawieszoną kawę”?

To proste – ludzie płacą z góry za kawę przeznaczoną dla tych, którzy nie mogą sobie pozwolić na kupienie gorącego napoju.
Tradycja zawieszonej (suspended) kawy powstała w Neapolu i rozprzestrzeniła się po całym świecie. W niektórych miejscach, oprócz zawieszonej kawy, można zamówić kanapki, a nawet pełen posiłek”.

Ta historia rozgrzewa więcej niż filiżanka kawę w zimowy dzień.”

W pierwszej chwili, czytając historyjkę o zawieszonej, pomyślałam o stronie marketingowej tego virala. Jakąż moc ma storytelling! Jak zgrabnie opowiedziana historia działa na nasze emocje. Gdyby zdjęcie było gorzej dobrane, a przede wszystkim, gdyby jego opis zamykał się w suchym, bezosobowym komunikacie, szanse na wirusowe obiegnięcie Internetu byłyby znacznie mniejsze. Pewnie dzięki tej sugestywnej formie opowieść automatycznie znalazła liczne grono zwolenników, którzy kliknięciem i udostępnieniem pokazali swoim znajomym, że są za, że los biednych nie jest im obojętny.

Kto z tej masy pomaga biedniejszym od siebie, w tym żebrakom i bezdomnym, w realu? Nie wnikam, ale – znając życie – pewnie nie wszyscy… Internet jednak dzięki swojej magicznej mocy może dać człowiekowi poczucie „jestem dobry” nawet za jedno małe „like”, bez wymogu potwierdzenia kciuka czynem.

W drugiej chwili, gdy zawieszona zaczęła pojawiać się dosłownie wszędzie, a pod zdjęciami zaczęły rosnąć zaangażowane sznury komentarzy, zaczęłam z większym zainteresowaniem czytać głosy przeciwników idei.

Grupa osób prywatnych i kawiarni optujących „za” jest dosyć jednorodna – łączy ich (deklarowana) chęć pomocy, pokazania ludzkich, ciepłych gestów, których nigdy za wiele, a które w dzisiejszym świecie są wręcz na wagę złota. Pojawia się także – w przypadkach bardziej, moich zadaniem, wartościowych wypowiedzi – zwracanie uwagi na ogólny problem osób bezdomnych/żebraków.

Kawiarnie ochoczo zgłaszające się do akcji przy okazji chcą zapewne trochę na tej modzie zarobić – biznes to biznes, nie ukrywajmy, że jest inaczej. Reklama w lokalnej prasie, która podsyca temat od tygodnia, to też rzecz bezcenna. Dodam, że nie wątpię w dobre intencje właścicieli, ale zakładam, że idą one w parze w chęcią zysku, co z racji prowadzenia działalności jest naturalne.

Ale wróćmy do sceptyków. Najciekawsze wątki tego obozu, do jakich dotarłam, to:

1) ze strony kawiarni – nie popieramy, bo nie chcemy, by w kawiarni śmierdziało. Gdy damy palec, nauczeni brać bezdomni wezmą rękę (czytaj: nie będzie się ich dało przepędzić z miejsca przeznaczonego dla klientów, którzy mogą nie wytrzymać w aurze roztaczanej przez nowych gości).

Pan Aleksander Każurin na stronie zawieszonakawa.eu stara się rozwiać tego typu wątpliwości:

„Jeśli o poczęstunek zaczną ubiegać się bezdomni i właściciel uzna, że jest to zbyt uciążliwe dla innych klientów, zawsze mogą dostać kubeczek kawy na wynos. Ale oni nie mają chyba w zwyczaju odwiedzania Waszej kawiarni zbyt często?”

2) ze strony sceptycznych osób indywidualnych pojawiają się m.in.:
a) ocena akcji jako lobby przemysłów kawowych;
b) ocena akcji jako nieprzystającej do polskich warunków, ponieważ cena kawy jest raczej wysoka w stosunku do zarobków.

Oba wątki podsumowuje wypowiedź np. Jacka N., który przekleja ją w wielu miejscach, w których wypływa temat zawieszonej:

„A Propos „szczytnej” idei ZAWIESZONEJ KAWY:

jesli sie zarabia 2tys € i zawiesi kawe za 2,5€ to czlowiek nie zbiednieje. Ale jesli sie mieszka w kraju w ktorym srednia pensja to 850€ brutto, czyli realnie okolo 585€ netto to zawieszenie czegos za 2,5€ jest jakims szalenstwem i fanaberia (pomijam fakt, ze niewiele osob w Polsce osiaga wyplate w wysokosci sredniej krajowej) . bo za 2,5€ dziecko w szkole zje wypasiony obiad wiec jak ktos nie wie co zrobic z 12PLN to proponowalbym sie zastanwic czy strzelic komus kawke w Starbuksie czy moze kogos nakarmic. Polska jest mega biednym krajem i nie powinna sobie na taka „charytatywnosc” pozwalac.
CHORA FANABERIA LOBBY KAWOWEGO !!!
dlatego blagam WAS jesli chcecie wejsc w ta akcje bo jest z dupy trendy to ustawcie puszke na barze, ze w ramach zawieszonej kawy niech tam ludzie wrzuca kase za kawe i kupcje cos fajnego dzieciakom z domu dziecka albo jedzenie dla ludzi ze schroniska….

i tyle w tym temacie.
dziekuje.”

c) sceptyczna ocena medialnego charakteru akcji, pomagania „na oczach innych”; przykładowa wypowiedź pana Marcina M.

„Zycie nauczylo mnie że prawdziwi dobroczyńcy sa anonimowi.”

W wersji mocno alternatywnej powstał fanpage „Zawieszony mercedes”, opisany tymi słowami:

„Jesteś milionerę i hipsterę? Kup dwa mercedesy, i „zawieś” (suspend) jednego dla osoby, która go potrzebuje! Bońć kul i trendi! Zawieszanie kaf jest już passé!”

d) niejednoznaczna ocena charakteru akcji – z założenia po zawieszoną może sięgnąć każdy, kto tylko o nią poprosi, nieważne, czy stać go na jej zakup, czy nie. Część osób gorąco popiera tę otwartość, część przeciwnie – zaznacza, że chce zawieszać tylko dla osób naprawdę biednych.

e) ocena akcji jako nieprzystającej do potrzeb bezdomnych – ponieważ dla nich produktem pierwszej potrzeby jest np. ciepły posiłek, a nie filiżanka kawy za 12 zł (znalazły się już restauracje, które zdecydowały zamiast kawy zawieszać zupę lub inny ciepły posiłek).

Na tym ostatnim wątku – potrzebach bezdomnych – chciałabym się zatrzymać.

W trzeciej chwili bowiem pomyślałam, że znów mówimy o wszystkim: kto i ile na czym zarobi, kto jest bezduszny, kto jest hipokrytą, a kto ma serce na dłoni, jak daleko za zachodnią Europą jest Polska itp., itd. Ale najważniejsze pytanie jest „zawieszone” i pozostaje bez odpowiedzi:

„Co pomaga bezdomnym? Żebrakom?”, ewentualnie: „Jak im pomagać?”

Idealnej odpowiedzi na nie nie znam, ale ponieważ przez prawie trzy lata od 2007 roku nie było tygodnia, bym z jakimś bezdomnym, najczęściej żebrakiem, nie rozmawiała (zainteresowania naukowe), podzielę się najlepszą, jaka z czasem wykluła się w mojej głowie.

Zacznę od tego, że wejść w ich świat jest niezwykle trudno i przypomina to zaglądanie za kurtyny teatralne. Bezdomni, przede wszystkim ci parający się żebraniem, przez dużą część dnia grają. Najlepiej jak potrafią. Na naszych emocjach, na kontekście, w jakim się pojawiają (np. pan bez nogi przy banku PKO na Warszawskiej w Katowicach). Ich słowa, ubiór, gesty mają swoją rolę do spełnienia – przykuć uwagę, wzbudzić litość, zirytować lub wzruszyć. Pod płaszczykiem roli (najczęściej to grająca w kółko ta sama płyta) w ich jednoosobowym teatrze znajdują się historie indywidualne, do których mało kto ma dostęp. A ostatni w kolejce do tej wiedzy są ci, którzy rzucą groszem (to nie „muzyczna szafa”, a na pewno nie szafa, w której ty wybierasz płytę).

Napisałam „jednoosobowym”. To jest moim zdaniem klucz do zrozumienia ich przerażającej sytuacji. Samotności najgorszej z możliwych – totalnej.

Każdy z nas należy do jakieś grupy (mam tu na myśli, że „identyfikuje się z jakąś”). Niektóre są liczne, niektóre malutkie, jedne formalne, inne nie, niektóre budują więzi w oparciu o przekonanie o własnej wyjątkowości, inne jednoczą się przeciwko „tamtym”.

Wśród grup określanych jako „wykluczone” czy wśród różnej maści mniejszości także można znaleźć współtowarzysza, który rozumie, a często nawet silne wsparcie zbudowane na więzi „my kontra oni”. Zrozumienie potrzebne do akceptacji siebie dziś nie ma granic świata rzeczywistego – jeśli nie w realu, to w bogatym świecie forów internetowych, najbardziej „odmienny” rys osobowości, ważny dla tożsamości danego człowieka, może znaleźć pokrewne rysy – bratnie dusze, które będą dla niego grupą pozwalającą na budowanie wspólnej akceptacji tego, „kim jestem”.

A co mają bezdomni? Z więzi formalnych: relację ja – urzędnik. Więzi rodzinnych brak, o przyjaciół trudno, a gdy są ci prawdziwi, łatwo ich stracić (znaczna śmiertelność). Wyobrażacie sobie (pozytywną) akceptację swojego stanu bezdomności? Poczucie jedności i dumy z przynależności? Ha!, My – żebracy z Mariackiej! My – bezdomni z dworca! Osobiście nie poznałam nikogo, kto by ją wykazywał, a przecież potrzeby afiliacyjne są w każdym z nas.

Podobne odczucia miała moja koleżanka, która badała bezdomnych z Częstochowy. Pisała:

„Osoby bezdomne najmocniej odczuwają społeczną płaszczyznę swojego życia w skali mikrospołecznej, w odniesieniu do rodziny, współmieszkańców schroniska, ze strony środowiska lokalnego, gdzie towarzyszy im poczucie alienacji, odrzucenia, napiętnowanie oraz brak zrozumienia. Płacą wysoką cenę za bezrobocie, które nagle na nich spadło, za środowisko, w jakim przyszło im się urodzić, za słabości, jakim ulegli, jednak czy jest to wynik sprawiedliwości społecznej? Samotność polegająca na upartym milczeniu, bo nie można pozwolić sobie na otwartość, samotność pozbawiona ciepła, wsparcia, dobrych słów, które nadają sens naszym dniom, samotność, jakiej nie życzę nikomu, gdy nie widać wyjścia z beznadziejności, a każda chwila kłuje przerażającą świadomością tego, że nie mam niczego i nie znaczę nic”.

Co więc zrobić? Jak pomagać najbardziej potrzebującym? Dawać wędkę, a nie rybę? Na pewno.

Tylko czym ma być ta wędka?

Z wszelkich projektów społecznych na rzecz poprawienia jakości życia osób bezdomnych, o jakich słyszałam, jeden reprezentuje rodzaj pomocy według mnie najwłaściwszy. Dlaczego? Ponieważ zapładnia wyobraźnię, ponieważ stawia cel, wokół którego chce się ludziom jednoczyć, i z realizacji którego można być dumnym. Ponieważ broni nie żołądka bezdomnych, ale ich godności.

Mowa o jachcie budowanym przez bezdomnych z warszawskiego pensjonatu „Św. Łazarza”.  Ze wsparciem Ojca Bogusława kilka lat temu grupa bezdomnych pozwoliła sobie najpierw na to, by mieć marzenie, a potem na to, by je realizować. Dziś jacht jest już w zaawansowanym stanie. Z pomocą sponsorów udaje się zakupić potrzebne części, a resztą zajmują się już sami zainteresowani.

– Osoby bezdomne potrzebują wsparcia, wiary we własne siły oraz potwierdzenia swojej wartości. W Polce nie ma etosu pracy. Praca sama w sobie nie ma wartości. Osoby z niskim wykształceniem podejmują pracę tylko po to, aby otrzymać wynagrodzenie. Często słyszane słowa to: „nie opłaca się pracować”. Na takie myślenie nasze społeczeństwo pracowało wiele lat, postawa roszczeniowa przechodzi z pokolenia na pokolenie. Zwykłe powiedzenie: „masz iść do pracy” nie daje żadnych rezultatów. Z niewolnika nie ma pracownika. Nie starcza na kupno mieszkania, otrzymanie kredytu, a często nawet na wynajęcie pokoju. Wizyta w wydziale lokalowym kończy się stwierdzeniem: gmina nie ma lokali socjalnych, a jeśli są, to tylko dla matek z dziećmi. Pierwsza wypłata to zazwyczaj początek kolejnego ciągu alkoholowego. I w głowie myśl: po co żyć? Rodzina, znajomi, sąsiedzi „wiedzą”, że to nic nie wart alkoholik, który już nic nie zrobi ze swoim życiem. Ci ludzie także mają godność i zwyczajnie wstydzą się swego życia. Nie ma bezdomności z wyboru, jest tylko droga, z której trudno zawrócić. Mężczyźni, którzy ukończyli 40 lat, twierdzą, że są starcami i mają do przeżycia co najwyżej 5 lat. Jak przekonać ich, że są pełnowartościowymi ludźmi? Musi się jeszcze wiele zmienić, zanim społeczeństwo zacznie rozumieć osoby bezdomne. W mediach nie mówi się, że zamarzł człowiek, tylko że zamarzł bezdomny. Działa to na wyobraźnię w ten sposób, że „pijany przewrócił się i zmarł”. Bardzo często jest to nieprawda. Osoby bezdomne są bezbronne wobec stereotypów. Należy pamiętać, że ile jest osób bezdomnych, tyle dróg dojścia do tego stanu.
Ojciec Bogusław [zmarł w 2009 – mój przypis] usiłuje to zmienić, bezdomni będą się kojarzyć z „Karaibami”. Budowa jachtu pokazuje, że można zrobić wszystko, jeśli tylko się chce. Jest to symbol niemożliwego. Ze zrujnowanego biurowca fabryki Ursusa powstał jeden z najładniejszych budynków w dzielnicy. Jacht też będzie dumą osób bezdomnych. Wyprawa jachtem z osobami bezdomnymi dookoła świata będzie przełomem w świadomości osób bezdomnych oraz społeczeństwa

– możemy przeczytać na stronie www.misja.com.pl*. (Polecam także stronę www.ojciecboleslaw.pl. Zajrzyjcie koniecznie do zakładki „my o nas”.)

Jestem pewna, że bezdomni ze „Św. Łazarza” mogą o sobie powiedzieć z dumą: „My – budowniczowie jachtu!”, a gdy budowa się zakończy: „My – żeglarze”.

Wracając zaś do promowanego pomysłu z Neapolu – idea „dzielenia się dobrym gestem” otwarta dla każdego, kto tylko zechce z niej korzystać, bardzo do mnie przemawia. I w tej wersji wspieram zawieszoną. Natomiast czy morze kawy, które ma szansę wypłynąć dzięki hojności naszych portfeli, poprawi życie bezdomnego? Czy zawieszona będzie krokiem społeczeństwa do tego, by o bezdomności poważnie porozmawiać?

Czarno to widzę.

***

PS (12.04.13 godzina 19:05): Ten felieton skupił się na problemie, który wypłynął przy okazji „zawieszania po polsku”, czyli tego jak pomagać, aby pomóc. Ponieważ część osób jest zdezorientowa co do samego charakteru akcji w Polsce, skontaktowałam się z panem Aleksandrem Każurinem. O ile w innych krajach (nie mówię oczywiście o Włoszech) akcja rozwija się bowiem pod jednym „logotypem„, polskich Internautów zdjęcie ze starszym panem przywiodło do istniejącej znacznie wcześniej stronki pana Aleksandra, który już od roku namawiał kawiarnie w Krakowie i Warszawie na przyjęcie włoskiej tradycji. Przed chwilą z nim rozmawiałam. Jak mówi, do czasu boomu ze zdjęciem (pan Aleksander nie wie kto za tym stoi) zainteresowanych było 10-15  lokali, część po drodze się wykruszyła, ale w kilku zwyczaj ten (w małym wymiarze tj. 1-2 kawy dziennie) się przyjął.  Jak ocenia szum, jaki się wytworzył w ostatnich dniach? Mówi „każdy ma swoje cele… Mój był taki, by komuś na 5 minut poprawić humor, ja tym świata nie chcę uratować; a humor poprawia się tak temu, co zawiesza i jak i temu, co odwiesza”. Uważa też, że szum minie, a szanse na to, by akcja została, będą tam, gdzie kawiarnie potraktują to jako „zabawę dla bywalców”.