Bonobo – „The North Borders”

bonoboPoranek. Szybki rekonesans pogodowy utwierdza mnie
w przekonaniu, że wyraz „słońce” może zabrzmieć abstrakcyjnie
i odesłać ciepłowniczych koneserów do świata niespełnionych fantazji. Pomimo zimowej aury udało mi się znaleźć sposób na zwalczenie chłodu. Rozgrzewającą terapię zafundował Simon Green, w środowisku muzyki elektronicznej znany jako Bonobo. Najnowszy krążek „The North Borders” stanowi wysmakowaną mieszankę beatów, które przyjaźnie poklepią po grzbiecie nawet najbardziej zasmucone niedźwiadki.

Z moich nader skomplikowanych obliczeń wynika, że angielski muzyk znajduje się gdzieś w granicach trzynastolecia działalności muzycznej. Już jako osiemnastolatek Bonobo zachwycił recenzentów debiutanckim krążkiem „Animal Magic”. Prasa szybko ochrzciła go mianem pioniera nowych brzmień downtempo, a Simon wskoczył do grona utytułowanych producentów nagrywających dla wytwórni Ninja Tune.

Z napięciem wyczekiwałem daty ukazania się „The North Borders”. Konkurowanie nowego krążka z wydanym przed trzema laty „Black Sands” wydało mi się zadaniem trudnym, jeszcze zanim podjąłem się pierwszych odsłuchów. Utwór „Cirrus” wpuszczony do sieci na początku roku rozwiał moje wątpliwości. Bonobo powraca w wielkim stylu, a nowy krążek udowadnia, że angielski producent nie obawia się współczesnych romansów, z delikatnym dubstepem na czele.

Poza stricte instrumentalnymi produkcjami, Bonobo ponownie zdecydował się na współpracę z wokalistami. Z czystym sercem polecam każdy kawałek wspierany wokalami gości, wśród których pojawia się m.in. bezbłędna Erykah Badu. Otwierający krążek „First Fires” z udziałem Grey’a Reverenda na dzień dobry przypomni nam z czego słynie pan Simon. Wokal leniwie snuje się po ciepłym, kojącym beacie, który z czasem nabierze większej mocy. Spłynie na nas wielobarwna kompozycja, która pozwala wierzyć, że wkrótce uda się rozbudzić płomień w zmarzniętych, zmęczonych chłodem sercach.

Tytułowy „Cirrus” to bardzo melancholijny utwór, wsparty świetnym zresztą teledyskiem. Subtelne dźwięki instrumentów mających coś wspólnego z misami tybetańskimi, mantryczny, kilkustopniowy beat i delikatne błyski elektronicznych sampli zamierają gdzieś w połowie drogi do świadomości. Producent zabiera nas do zapomnianego sklepu z zabawkami: pozytywka wygrywa bajeczną melodię, a motorniczy elektrycznej kolejki z radością podwiezie do roztańczonego lunaparku. Utwór „Heaven For The Sinner” z wspomnianą Badu to zdecydowana czołówka płyty. Właśnie tutaj najbardziej widoczna jest chillwave’owa strona krążka. Znane z burialowych stron beaty załamują dźwiękową przestrzeń. Wspaniała, charakterystyczna linia wokalna przenosi do zadymionej jazzowej knajpki, w której spowolnione światło stroboskopu wprowadza nas w fazę śnienia na jawie.

Warto wspomnieć o „Don’t Wait”. To niepozorny, bujający kolaż, kojarzący się z dokonaniami Faithless i opatrzony lekko przesterowanym wokalem. Jedna z wielu kompozycji nadających się idealnie na dalekie autostradowe wojaże. Łatwo będzie wyobrazić sobie potężne wiatraki, odważnie machające do podróżnych i obracające się w rytm pulsujących uderzeń basu.

Na koniec polecam przygodę z kawałkiem „Transits”. Jest w nim coś, co odbiera mowę, a już na pewno zdolność do posługiwania się słowem pisanym. Faworyt krążka przez duże „F”. Falujący beat, jęki, brzdęki, urywane, przesterowane klawisze i poruszające serducho wokale zapierają dech w piersiach. Jeśli gdzieś na świecie organizuje się w tej chwili kurs spełniania marzeń, bez wątpienia poleciłbym trenerom użycie tego utworu jako jedynej ścieżki dźwiękowej odpowiedniej dla osiągnięcia wyznaczonych celów.

Każdą kompozycję „The North Borders” można by opatrzyć etykietą „wielowarstwowe, wysublimowane linie instrumentalne”. Zmiksowane sample nadlatujących kobiecych wokali, mocny, taneczny beat i nastrojowe klawisze plasują nowy krążek w pierwszej lidze pięciogwiazdkowych współczesnych elektronicznych rytmów. Jak zwykle w przypadku twórczości Anglika, nie straszny jest mu instrumental hip hop, downtempo i dubstep, opowiadające się jednak po „cieplejszej”, zabarwionej popołudniowym słońcem stronie.

Śnieg sypie, ale czuję się niewzruszony. „The North Borders” sprawia, że chce mi się płakać. Z radości.

Ocena Reflektora (1-5):

zaroweczi_5